8 lipca 2016

Where Do Broken Hearts Go

Znudzona siedziała na dachu jakiegoś budynku. Nawet się nie zastanawiała, czy ktoś w nim mieszka. Była smutna i zamyślona. Terrorystka w roztargnieniu oglądała rozgwieżdżone niebo, prosząc, żeby i dla niej znalazła się jakaś robota. Codziennie tylko siedziała i czekała, a jej starsi przyjaciele ratowali tysiące księżniczek, zabijali miliony smoków i pomagali zejść z drzew miliardom słodkich kotków. Nigdy nie wysyłali jej w teren, uważali, że jest za słaba, zbyt drobna, wiecznie rozkojarzona, bezmyślna i nierozważna. Nie mieli racji. Terrorystka robiła wszystko z dokładnością, rzadko kiedy bywała impulsywna. Ona była inna, dlatego jej przyjaciele się obawiali, że ratowanie świata nie jest dla niej. Zresztą nie wywodziła się z rodu wspaniałych i odważnych rycerzy w złocistych zbrojach. Była raczej kimś, kogo wszyscy się obawiali. Ale ona nie zabijała. Nie zabijała niewinnych ludzi. Chciała im pomagać. Jej przyjaciele doskonale o tym wiedzieli. Ale zdawali sobie sprawę, że ludzie niechętnie by ją widywali. Ba, baliby się, nie umieliby jej zaakceptować. Nie zdawaliby sobie sprawy, że ona tak naprawdę chciałaby się z nimi zaprzyjaźnić. Zawsze nosiła moro, ciężkie buty, a twarz zasłaniała czarną bandaną. Wydawała się być mroczna, tajemnicza, ale tak naprawdę pozory zbyt często myliły. Ona nie nosiła potężnego, srebrnego miecza u boku. Nie jeździła konno. Posiadała za to broń, której dosłownie nigdy nie użyła. "Artyleria ciężka", to trzeba było przyznać. AK47 to cholernie dobra broń, która przebijała nawet mury. Celna, bardzo celna. A młoda miała duże zdolności, znała się na tym. Niestety nie miała okazji, aby to wykorzystać. 

W tym samym czasie równie znudzona księżniczka siedziała na parapecie i wyglądała z zamkowego okna. Uwielbiała patrzeć na piękne, nocne niebo, jednak od zawsze czegoś jej brakowało. Odwróciła się na moment, by z politowaniem spojrzeć na swoje starsze siostry. Chichotały, chwaląc się przed sobą fryzurami i paznokciami. Prężnie dyskutowały również o swoich ukochanych. Obie niebawem miały wyjść za swoich wspaniałych, przystojnych rycerzy. Były dumne jak pawie, bowiem każda księżniczka w grodzie marzyła o rycerzach tych dwóch. Madison przewróciła oczami i znów skierowała wzrok na grafitowe niebo, przyozdobione błyszczącymi cekinami, którymi z kolei były gwiazdy. Wiedziała, że zaraz zaczną się dyskusje o jej ślubie. W końcu jej rodzina planowała już wydać ją za mąż. Kandydat ani trochę nie podobał się Mads. Za to jej rodzinie bardzo. Dziewczyna była zrozpaczona, ale nie protestowała. Już wielokrotnie próbowała. Księżniczka chciała się zakochać, ale w kimś subtelnym, słodkim i czułym. Książę, za którego miała wyjść był zarozumiały, sztywny i myślał jedynie o władzy. 
Madison westchnęła smutno na swoje myśli.
- Gdzieś tam czeka mój jedyny... - powiedziała cicho, patrząc na gwiazdę, która świeciła najmocniej.
Zmęczona, ale wcale nie zadowolona zasnęła po krótkim czasie. Nie miała dobrych snów, prześladował ją jej własny ślub, który zbliżał się szybkimi krokami. Od zawsze myślała, że poślubi kogoś, w kim będzie okropnie zakochana. Niestety dobry los się od niej odwrócił. Po jej policzku spłynęła słona łza, ale wciąż spała.


Terrorystka ostatni raz spojrzała na gwiazdę, która świeciła najjaśniej, po czym zgrabnie zeskoczyła z dachu na murek i ostrożnie z niego. zeszła. Wolnym krokiem ruszyła z powrotem do domu. I już podczas drogi zaczęła obmyślać plan. "Zwinę się stąd i przeżyję wspaniałą przygodę!" - pomyślała, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. - "Udowodnię wszystkim, że terrorystka potrafi! Zrobię coś wielkiego i stanę się szczęśliwa!". 
I w takim oto świetnym humorze wróciła do domu, gdzie po kąpieli od razu położyła się do łóżka. Jutro zacznie się dopiero życie. Właśnie z taką myślą zasnęła.
Obudziła się o szóstej nad ranem i od razu wyskoczyła z łóżka. Nie zamierzała na nic czekać. Po cichu, starając się nikogo nie obudzić, zjadła śniadanie. Następnie umyła się, ubrała w to co zwykle, spakowała prowiant, zawiesiła przez ramię swoją broń i gotowa wyszła. 
Nie miała pojęcia dokąd pójdzie. Szła przed siebie, rozglądając się. Od lat żyła wśród swoich, gdzie nie było dużo "zwykłych" ludzi. Właściwie w ogóle ich nie było. Jej rodziną byli przyjaciele, czyli rycerze. Dlatego kiedy mijała na drodze jakichś chłopków z kurczakiem pod pachą, dostrzegała ich nieprzychylne spojrzenia. Spuszczała wtedy wzrok i szła dalej. 
Po jakimś czasie zaczęła tracić nadzieję, zapał i humor, bo przez długi czas nic szczególnego się nie działo. Wielu ludzi uciekało przed nią, a ona nie wiedziała dlaczego. Pojedyncze łzy spływały po jej policzkach, dlatego lepiej zasłoniła się bandaną. 
Długi kawałek drogi szła zamyślona, jak to miała w zwyczaju. Nie bardzo patrzyła ani pod nogi, ani przed siebie. Nie za bardzo wiedziała, co robi i gdzie idzie. Dlatego w pewnym momencie poczuła mocne zderzenie i dopiero wtedy powrócił jej kontakt z rzeczywistością. Uniosła głowę i rzuciła się z przeprosinami. Ujrzała przed sobą istną piękność; prawdziwe, chodzące dzieło sztuki. Zaniemówiła.
- Ale nic nie szkodzi, naprawdę. Wszystko jest w porządku - dziewczynka zachichotała, patrząc na terrorystkę.
- A... Ale, ale... - terrorystka mrugała tylko oczami, nie mogąc spuścić wzroku z tej pięknej twarzy. 
- No, już - dziewczynka mocno przytuliła terrorystkę, na co ona wtuliła się z przyjemnością.
Dziewczynki nie zwracały uwagi na otaczający je świat. Nie myślały o tych nerwowych spojrzeniach ludzi. Nie słyszały złośliwych uwag i szeptów. Nie wiedziały, ze terrorystka była w niebezpieczeństwie.
- Jestem Madison - księżniczka wyciągnęła dłoń do terrorystki.
- A ja... Ja nie mam imienia - terrorystka zmarszczyła brwi, podając dłoń dziewczynce.
- Jak to nie?! Każdy je ma! Rodzice na pewno ci je dali.
- Nie mam rodziców. Nigdy ich nie poznałam. Wyrzucili mnie, gdy byłam malutka. Oo, taka! - pokazała terrorystka za pomocą dłoni. 
- Wielkie nieba! - oburzyła się Mads. - To straszne! Ale wiesz? Ja wymyślę ci imię! Do ciebie pasuje... Hm... Catherine! Cath! Co sadzisz?
- Świetne! - dziewczynce zaświeciły się oczy z wrażenia. 
- A w ogóle to co to jest, co nosisz na plecach? I dlaczego jesteś tak dziwnie ubrana?
- TUTAJ! TUTAJ JEST! - nagle rozległ się krzyk, ktoś biegł w stronę dziewczynek.
Przerażona Cath chwyciła Madison za dłoń i zaczęła uciekać. 
- Opowiem ci wszystko, gdy się ukryjemy! - krzyknęła terrorystka.
Kilku dorosłych mężczyzn długo goniło zdyszane dziewczynki, ale po jakimś czasie ukryły się za wielkim głazem. Daleko od miasteczka, blisko lasu. Kiedy obie się uspokoiły, Cath wyjęła z plecaka wodę i najpierw podała ją Madison, a potem sama się napiła. Po krótkiej chwili odpowiedziała księżniczce na wcześniejsze pytanie i opowiedziała całą historię o sobie. Madison nie patrzyła na nią jak wszyscy, nie oceniała jej źle. Chciała ją poznać, była zaciekawiona Catherine. I to terrorystce bardzo się spodobało. Nikt nie był dla niej taki miły. Nigdy.
Oczywiście Mads też opowiedziała o sobie swojej towarzyszce. Opowiedziała o jej problemie. O tym, co tak naprawdę trapi ją od dłuższego czasu.
- Nigdy nie byłam zakochana - skomentowała Cath.
- Ja też nie - westchnęła Madison. - Ale chcę być.
- Ej, ale nie smuć się! Wymyślimy coś! - terrorystka chwyciła dłoń księżniczki.
Dziewczynka uśmiechnęła się z ulgą, patrząc w czarne oczy nowej znajomej. Bez słowa wtuliła się w nią mocno.
- Może... Zjemy coś i pobawimy się? - zaproponowała, na co Cath wybuchnęła entuzjazmem. 
Po chwili siedziały obok siebie, zajadając kanapki z szynką i pomidorem (ulubiona kanapka Cath) i wesoło gawędziły.
Kiedy się najadły, poszły na pobliską polankę i zaczęły bawić się w berka. Nie czuły upływającego czasu, nie myślały o nikim innym, tylko o sobie. Żadna z nich nigdy nie czuła się tak dobrze w czyimś towarzystwie.
W pewnym momencie Mads potknęła się i przewróciła na Catherine, która tracąc równowagę, upadła na trawę. Obie wybuchnęły głośnym śmiechem i tak już zostały. 
Leżały wśród wysokich traw, nic do siebie nie mówiąc. Cisza wcale nie była nieprzyjemna czy krępująca. Obie uśmiechały się pod nosem. Terrorystka co chwilę zerkała na księżniczkę. Nigdy nie widziała tak pięknej istoty. I nie zamierzała jej już opuszczać. Delikatnie głaskała ją po kasztanowych włosach, tuląc dziewczynkę do siebie. Pomyślała, że potrzebowała ją chronić już do końca. Świat nie mógł stracić kogoś takiego. 
W pewnym momencie i Mads spojrzała na swoją towarzyszkę. Zdjęła z twarzy dziewczynki czarną chustkę i spojrzała na jej uśmiechnięte usta. 
- Ty, co to za uczucie? - odezwała się Cath.
- Jakie? 
- Takie... Przyjemne, o tu - terrorystka wskazała palcem na miejsce, gdzie znajdowało się serce. 
- Miłość? - odgadła Madison.
- Och! - zakrzyknęła Catherine. - Tak, tak! To musi być to! Kocham cię, księżniczko, bardzo cię kocham.
- Naprawdę? - dziewczynka pisnęła z zachwytu. - Ja ciebie też! Bardzo, bardzo! 
Terrorystka nieśmiało chwyciła dłonie księżniczki i schowała je w swoich. Spojrzała w jej oczy równie nieśmiało. Nachyliła się i szybko, ale czule cmoknęła usta dziewczynki. 
- Och! - księżniczka zarumieniła się mocno. - Jesteśmy... Dziewczynkami. Można tak?
- N...nie wiem, ale chyba każda miłość jest dobra. 
- Też tak uważam - Mads uśmiechnęła się i cmoknęła terrorystkę w nosek. 
- Bo ja wiem, że masz wziąć ślub z tym księciem, ale ja chcę widzieć cię szczęśliwą... I tak myślę, może by się udało i... Wyszłabyś za mnie? 
- Co za pytanie w ogóle?! Oczywiście! - księżniczka rzuciła się do obcałowywania terrorystki. 
- Kocham cię.
- A ja ciebie. A teraz czas zbierać się do domu. Chodź ze mną.
Dziewczynki podniosły się. Od razu chwyciły się za rączki, po czym ruszyły przed siebie w stronę zamku. Znów nie musiały dużo mówić, by czuć się radosne. Cieszyły się swoim towarzystwem i co jakiś czas przystawały, by popatrzeć sobie w oczy i pocałować się. Bo czasem miłość przychodzi niespodziewanie. I nie wiemy w jakiej postaci. Ale pamiętajcie: każda miłość jest piękna. Byleby była prawdziwa! Tak jak Madison i Catherine.

Jednakże żadna z nich nie miała pojęcia o tym, co nastąpi. Bo skąd miały niby wiedzieć? Szły, trzymając się za ręce ogarnięte atmosferą, która wręcz przesiąkała szczęściem. Nie myślały o niczym złym, w końcu miały siebie. Były pewne, że wszystko co przykre skończyło się. Były w błędzie. Kiedy wróciły do miasteczka, okazało się, że wszyscy szukali księżniczki, którą porwał terrorysta. Było to oczywiście wierutnym kłamstwem. Niestety argumenty księżniczki nic nie zdziałały, a małą terrorystkę wzięto w niewolę. Wrzucono ją do zimniej piwnicy zamkowej i zakuto w kajdany. Zrozpaczona księżniczka nie miała pojęcia, co powinna zrobić w takiej sytuacji. Zanosiła się płaczem, błagając rodziców o wypuszczenie Cath.
- Mogło ci się coś stać! Za niedługo wychodzisz za mąż! - denerwowali się.
- Ale... Ale... Nie wyjdę za niego. Ja kocham... Catherine kocham.
W tym momencie obojga rodziców spojrzało po sobie znacząco. Nastała głucha, nieprzyjemna cisza. 
- Tak nie może być, dziecko. I nikomu nie możesz o tym powiedzieć. Wyjdziesz za księcia - twardo zakończył sprawę ojciec księżniczki. 
Po chwili rodziciele wyszli z sali, zostawiając księżniczkę samą. Ta rozpłakała się na dobre. Nie miała żadnego pomysłu, jak ich przekonać, ale wiedziała, że musiała coś zrobić. Kochała Catherine. I to ją chciała poślubić.
Potajemnie wydostała się z sali i zeszła po stromych schodach na sam dół, aż do piwnic. Było w nich okropnie zimno i nieprzyjemnie. Z trudem odszukała swoją terrorystkę, która równie zrozpaczona jak Madison siedziała ze spuszczoną głową.
- Hej... - wyszeptała księżniczka.
- Hej - Cath wymusiła blady uśmiech, by nie martwić Mads bardziej.
- Wydostanę cię stąd!
- Masz klucz?!
- Nie... - smutno odparła Mads.
- To nie da rady. Zabiją mnie.
- CO?!
- Mads... Oni będą chcieli mnie dziś zabić, a ty musisz stąd iść. Chcę ci tylko podziękować... Za wszystko. Za ten cudowny dzień. Za ciebie. Za twój cudowny uśmiech. Za zabawę w berka. Za miłość, za pocałunek. Za twoje kasztanowe włosy... Malinowe usta.. Ciemne oczy... - terrorystka nie dokończyła, bo rozpłakała się.
- Cath! Zamknij się! - Madison również wybuchnęła płaczem, rzucając się na szyję ukochanej.
- To koniec...
- Nie mów tak!
Dziewczynki spuściły głowy w tym samym momencie. Cath straciła nadzieje, ale nie Madison. Księżniczka zastanawiała się, jak można by uwolnić Catherine.
- Cath! A twoja broń?!
- Och! Tak, ona by mogła pomóc. Ale nie mam pojęcia, gdzie jest.
W tym momencie Mads uśmiechnęła się łobuzersko i wybiegła z piwnicy. Nie potrzebowała dużo czasu, by odnaleźć broń. Strażnicy już zdążyli ją sobie przywłaszczyć. Leżała spokojnie na czerwonych, aksamitnych poduszkach w sali, gdzie przechowywano broń. Znajdowała się rzecz jasna na specjalnym miejscu, gdyż każdy pożądał tak mocnej artylerii. Księżniczka upewniła się, że w pobliżu nikogo nie ma i zakradła się do środka. Sięgnęła po zgubę i pędem pobiegła z powrotem do Cath.
Terrorystka uśmiechnęła się szeroko na widok swojej ukochanej wraz z karabinem. 
- Cudownie ci w tej różowej sukni i tą ciężką AK47, zakochałam się mocniej, o ile to możliwe... - rozmarzonym tonem powiedziała Cath. 
Madison przewróciła tylko oczami i podeszła bliżej terrorystki.
- Jak się tym obsługuje?
Terrorystka roześmiała się i odparła:
- Jest naładowana. Strzałów masz trzydzieści dwa. Nie spudłuj. Widzisz tą sprzączkę? Pociągnij za nią mocno, ale najpierw przełóż... O tak, właśnie. Teraz pociągnij. Mocno. 
Księżniczka zrobiła to, ale łapki trzęsły się jej potwornie.
- Teraz broń jest gotowa do strzału. Jeśli naciśniesz spust, kula wystrzeli. Strzel w łańcuchy. Nie mam tłumika, bo do AK ich nie ma, więc zrób to szybko, a potem uciekamy. Żeby nikt nie zdążył nas dogonić.
Mads przełknęła głośno ślinę. Cały czas uważnie słuchała Cath, zaciskając palce na karabinie. Uniosła go i luftem wycelowała w łańcuchy. 
- Wyżej luft. Ostrożnie - usłyszała komendę terrorystki.
Po krótkiej chwili nacisnęła spust. W piwnicy rozległ się głośny huk, ale udało się. Kula poradziła sobie z łańcuchem. Na nic nie czekając, Madison ponowiła strzał, mierząc do drugiego łańcucha. I Catherine już mogła stąd uciec.
Podniosła się szybko i chwyciła Mads za rękę. Odebrała od niej ciężką AK, zasłoniła się chustą i ruszyły, ile sił w nogach. 
W zamku trwało poruszenie, gdyż każdy dwukrotnie usłyszał podejrzany huk. Madison poprowadziła je tak, że nikt ich nie zauważył. Bez namysłu wybiegły z zamku i pędem ruszyły przed siebie.
Zatrzymały się dopiero daleko za miasteczkiem. Dysząc i sapiąc dotarły na swoją ukochaną polankę i zaczerpnęły wody z czystego źródełka. Usiadły nad jego brzegiem tuż obok siebie. 
- Co teraz zrobimy? - zapytała smutno Cath.
Madison spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Jak to co? - ujęła twarz terrorystki w dłonie. - Będziemy żyć szczęśliwe. Razem. Bez tych ludzi.
Terrorystka zrobiła duże oczy i nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo księżniczka wpiła się w jej usta. Cath zamruczała i ochoczo oddała pocałunek.
- Zrobimy sobie tu ciepłą i przytulną chatkę. O jedzenie się nie martw. Zobacz, ile przeszłyśmy i przez jakie sytuacje. Każda z nas. Więc to nie będzie problem - księżniczka uśmiechała się szeroko.
Terrorystka odwzajemniła ten uśmiech. Nie musiała nic mówić. Mads dopowiedziała wszystko. Zresztą ptaszki tak pięknie śpiewały, koniki polne cudownie grały, a głos księżniczki był nie dodatkiem do tego, ale najpiękniejszą melodią świata. I Catherine nie chciała przeszkadzać w "koncertowaniu". Patrzyła tylko na Madison i myślała sobie, jak bardzo kocha tą dziewczynkę.
- To co? Berek? - zachichotała Mads.
- Berek - roześmiała się terrorystka.
Po chwili obie ganiały się po wysokiej trawie, ciesząc się wolnością. Wolnością, jaką była ich miłość. Nikt nie miał prawa tego naruszyć, a jeśli naruszał - one szybko przywracały wszystko do porządku. Walczyły o siebie. Kochały się. Żyły długo i szczęśliwie.

Napisałam tą bajkę właśnie dla niej, dla Madzi. Ta bajka ma dla mnie duże znaczenie i szczerze? Bardzo ją lubię, mimo że jest taka chaotyczna. Jednakże ma ona sens nawet dla tych, którzy kompletnie nie znają ani mnie, ani Magdy. Interpretować można ją na wiele sposobów i według mnie bardzo odnosi się do problematyki czasów teraźniejszych. Mówi ona o miłości, która zawsze miłością pozostanie. O tym, że to uczucie chodzi swoimi ścieżkami i nikt tych ścieżek nie może zmienić. Bajka pokazuje również, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie, po pozorach. Pokazuje, że nie należy wrzucać wszystkich do jednego worka, że nie wszyscy są tacy sami. Czasem warto poznać kogoś bliżej i dopiero wtedy ocenić, jaki on jest i czy warto dać mu szansę. A warto każdemu. I ludzie powinni się o tym przekonywać, powinni być bardziej pokorni i po prostu otwierać serca dla innych. 
A tytuł wziął się stąd, że i terrorystka, i księżniczka miały złamane serduszka. Ale oba te serduszka czekały na coś, a wręcz dążyły do czegoś. I ja pokazałam wam, dokąd wędrują te złamane serduszka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zachęcam do dyskusji i komentowania. Będę wdzięczna za każde słowo. Pamiętajcie, że robię to dla was i wszelka opinia jest bardzo mile widziana.

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X