Polska nie jest gotowa na przyjmowanie uchodźców, na legalizację małżeństw jednopłciowych, na uszanowanie czyjejś tożsamości płciowej, na wielokulturowość, na wielowyznaniowość — ale na obronę pustych kościołów katolickich już tak. Żyjemy w społeczeństwie, w którym łatwiej walczyć o wolność niż ją pielęgnować czy po prostu utrzymać. Nawet podczas strajków ciężko się nam zsolidaryzować, bo „jakim prawem na proteście przeciwko odbieraniu ludzkich praw pojawiają się tęczowe flagi?!”. Dzielimy się na tych, którzy są za kompromisem aborcyjnym i na tych, którzy są za aborcją na życzenie. Przywłaszczamy sobie wolność na naszą wyłączność. Ile Polaków, tyle definicji wolności. Mamy własne sumienia, ale ochoczo zaglądamy w cudze. Nie bez powodu chodzę na protesty z banerem, który wręcz krzyczy, że wolność to nie wartość mierzona własną miarą. Tyczy się to absolutnie nas wszystkich, bo nie powinno być tak, że ludzie walczący o prawa wykluczają innych ludzi walczących o prawa. To bardziej przypomina walkę o własne interesy, niestety. To jest stronniczy post i nie mam zamiaru mówić inaczej, bo to odpowiedni czas, by społeczeństwo się obudziło. Aborcja to nie antykoncepcja czy mordowanie nienarodzonych dzieci. Aborcja bardzo często jest jedynym rozwiązaniem, które może uratować życie i zdrowie kobiety. Skoro uważamy się za uczniów Chrystusa, powinniśmy skupić się na własnej woli, a nie drugiego człowieka. Poza tym to kpina i nie chcę mi się tłumaczyć niedouczonym, że płód nie jest człowiekiem, a aborcja morderstwem. Poza tym wady prenatalne przekreślają jakiekolwiek życie, więc jakim trzeba być skurwysynem, by zmuszać kobiety do porodu w takiej sytuacji? A kobiety zgwałcone? Poza tym jaki sens jest w zmuszaniu kogokolwiek do czegokolwiek? Skoro państwo jest prorodzinne powinno się zastanowić, jaki los czeka dziecko urodzone z przymusu. Bo o tych narodzonych to już rząd nie pamięta. Wycierają sobie gęby konstytucją, na którą zresztą otwarcie plują, ale nikt z PiSu nie odważył się porozmawiać z niepełnosprawnymi, którzy protestowali jakiś czas temu. To jak to jest? Zmuszają kobiety do rodzenia dzieci z niepełnosprawnościami, ale nie wyciągają do nich pomocnej ręki? Pisząc ten post nie myślę o rządzie, który jest popierdolony i który doskonale zdaje sobie sprawę z tego wszystkiego. W tym momencie zwracam się do ludzi z idiotycznymi nakładkami na facebookowe profilowe „wygrało życie”, do tych, którzy krzywią się na widok tęczowych flag na protestach i do tych, którzy walczą o kompromis aborcyjny, który nigdy nie istniał. Kobieta w Polsce się nie liczy. A żeby zaczęła się liczyć, nie możemy iść na żadne kompromisy. Wracając do tych głupich nakładek... Jakie życie wygrało? Płody z nieuleczalnymi wadami? Przestańcie wyrzucać pieniądze w błoto na furgonetki głoszące brednie i pomagajcie NARODZONYM dzieciom i rodzinom. Co do tęczowej flagi, chcę tylko wspomnieć, że oprócz symbolu walki o równouprawienie osób LGBT, stanowi niejako symbol nas wszystkich. Świat jest kolorowy jak tęcza, nie ma dwóch takich samych osób. A wszystkim należą się fundamentalne prawa. Poza tym nie zapominajmy o osobach niebinarnych i transpłciowych, które również mają macice. Poza tym skoro ktoś nie umie uszanować czyjejś tożsamości płciowej, czy tego kogo kocha, dziwne, by w ogóle mówił cokolwiek o jakichś prawach. A do tych wszystkich, którzy narzekają, że jest głośno i wulgarnie, mam pytanie: jak ma być, gdy odbierane są prawa? Radzę zrobić powtórkę z historii i przypomnieć sobie, jak wyglądały różne ruchy czy strajki. Nikt nie będzie stał z opuszczoną głową i mruczał pod nosem: „ale panie Jarku... Panie prezesie”. I tu nie chodzi o akty wandalizmu, tego nie popieram. Takie zachowania też mnie wkurwiają. Chodzi o krzyk, o to, by pokazać, że nie chcemy tak żyć. Tak więc apeluję do wszystkich, żebyśmy się w końcu porządnie zsolidaryzowali i zawalczyli o jedyną, słuszną wolność.
1 listopada 2020
Aborcja #9 (z serii: kontrowersyjne tematy)
„Lustro"
— Przecież nie wybrałbym takiego życia — mruknąłem, marszcząc brwi. — Nikt nie pozostawił mi możliwości podjęcia decyzji.
Mężczyzna, z którym rozmawiałem również zmarszczył brwi, złośliwie mnie naśladując. Odwróciłem wzrok od jego bladej twarzy i westchnąłem głęboko. Nie chciałem się przyglądać każdej pojedynczej zmarszczce, wszystkie kryły różne bolesne historie. Wydawało się, że były niewidoczne, a nawet jeśli nie to po prostu mimiczne. Tylko ja wiedziałem, że pojawiały się w momentach, w których niepokój mącił myśli mężczyzny. Oczy stawały się mętne, przezroczyste, niekiedy wręcz puste. Owszem, to były rzadkie sytuacje, kiedy smutek zakłócał jego wewnętrzną harmonię i burzył coś, co budował latami. Niekiedy również uwydatniały się niewielkie wgłębienia wokół ust, ale raczej nikt nie zastanawiał się nad ich genezą, przecież stanowiły ledwo dostrzegalny szczegół na twarzy dorosłego, silnego i przede wszystkim młodego mężczyzny.
— Cóż, tłumaczysz się z tak oczywistej rzeczy — kątem oka dostrzegłem, jak wzrusza ramionami. — Winny się tłumaczy.
— Winny?! — obruszyłem się. — Z jakiego to powodu, przepraszam bardzo? Nie widzę absolutnie nic złego w tym, jaki jestem. W tym, jakie mam pragnienia, marzenia, osobowość, tożsamość czy zainteresowania...
— Skończ, proszę... — mężczyzna był niewzruszony ani moim wywodem, ani wzburzeniem.
Podniósł się i zaczął jakby nigdy nic przechadzać się po pokoju z dłońmi splecionymi na plecach. Irytowało mnie to, ale tylko pokręciłem głową, starając się opanować emocje. Najpierw podszedł do okna i obrzucił ulicę nostalgicznym spojrzeniem. Wodził wzrokiem a to za przechodniami, a to za sunącymi pojazdami. Po chwili obrócił się na pięcie, uniósł dłoń, rozchylił usta i... zamarł. Zastygł dokładnie w takiej pozycji, a jego oczy stały się szkliste. Choć zaszły łzami, mężczyzna szybko spojrzał w górę, mocno zagryzł wargi i opanował się.
— Jeśli nie potrafisz spełnić tak banalnych oczekiwań... — mówił drżącym głosem. — Nie możesz myśleć, że jesteś kimś. Kimś godnym dobrego statecznego życia, miłości...
Łamał się nie tylko jego głos, ale on sam. Znowu coś się burzyło w niedawno poskładanym sercu. Próbował opanować trzęsienie dłoni, dlatego chwycił za długopis leżący na stole. Zaczął się nim bawić, próbując skupić myśli.
— Nie potrafię — przyznałem, uśmiercając się smutno.
— Nie potrafisz — wbił we mnie lodowate spojrzenie.
Nastała głucha, nieprzyjemna, wręcz przejmująca cisza. Tak głośna, nieznośna i przeszywającą na wskroś cisza, że aż wyobraziłem sobie zgraję wyjących psów. Odchrząknąłem i ze spokojem sięgnąłem po kubek z zimną kawą. Upiłem łyk, czego od razu jednak pożałowałem. Byłem w tak dziwnym stanie, iż rozczulił mnie fakt, że napój zupełnie wystygł. Cóż za okropna metafora stygnącego życia. Życia pozbawionego życia, pozbawionego energii, a w końcu radości. Zimna kawa smakuje inaczej, gorzej, nadaje się do wylania. Tak samo życie. „Brednie” — machnąłem ręką. Byłem zły na siebie, niepotrzebnie dopuszczałem podobne myśli. Życie to pasmo różnych zdarzeń, chwil — jest złożone. Zupełnie tak jak my. Wiele można zmienić, naprawić, a na pewno zawalczyć o szczęście.
W pewnym momencie mężczyzna usiadł w fotelu na przeciwko mnie. Nasze spojrzenia się spotkały i wtedy znowu zobaczyłem smutne oczy. To był specyficzny rodzaj spojrzenia, taki manifest, który miał dać do zrozumienia, że mężczyzna jest przyzwyczajony, wręcz absolutnie pogodzony z sytuacją. Po prostu ulegał, bo nie potrafił wydobyć z siebie wystarczająco dużo sił na walkę. Poza tym mężczyznę ogarnął paniczny strach przed utratą bliskich. Wszyscy boimy się zmian, nawet jeśli wiemy, że przyniosłyby ze sobą coś dobrego.
— Chciałbym się zmienić tak, by nie tylko się wpasować w kanon, jaki odpowiada innym — powiedziałem. — Ale też tak, by czuć się szczęśliwym i wartościowym. Czy można kochać szczęśliwego mnie? Czy w ogóle można mnie kochać bez żadnego „ale”? Czy ludzie mogą być ze mną szczęśliwi?
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Oboje wiedzieliśmy, że te pytania były czysto retoryczne. Znowu zapadła grobowa cisza, jednak niesmak pozostał, a w powietrzu wisiała nieprzyjemna atmosfera, która jeszcze bardziej się zagęściła. Byłem zmęczony zamartwianiem się i skupieniem na własnej osobie, w dodatku na tak negatywnych jej aspektach. Wziąłem głęboki wdech, a następnie powoli wypuściłem powietrze z płuc. Klatka piersiowa mojego rozmówcy uniosła się i po chwili stopniowo zaczęła opadać. Zerknęliśmy na siebie i w tym samym czasie przeczesaliśmy włosy, wykonując identyczny gest dłonią. Był okropnie ironiczny wobec mnie, otwarcie kpił i przedrzeźniał bez ogródek. Ani mnie to nie dziwiło, ani nie bolało, doskonale rozumiałem tę postawę. Ironia była idealną odpowiedzią na nieporadność. To niecodzienna sytuacja: człowiek, który ledwo powstrzymywał łzy, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co czuję — jednocześnie ze mnie szydził. Ktoś z boku stwierdziłby, że odgrywaliśmy niebywale dziwną scenę z przedziwnego spektaklu. To wydawało się wręcz absurdalne, nienaturalne. Uśmiechnąłem się na myśl, że życie tak naprawdę może być groteską, chociaż w końcu artyści muszą skądś czerpać pomysły. Doskonała synchronizacja naszych ruchów tylko podkreślała teatralną otoczkę, mimo że uczucia były autentyczne. W pewnym momencie aż zakręciło mi się w głowie i musiałem upić kolejny łyk niedobrej, zimnej kawy. Mężczyzna naśladował mimikę twarzy, gesty, a nawet ton głos. Wydawało się, że był moim cieniem nie opuszczającym nawet na krok. „Która wersja lepsza?” — pomyślałem. Ja czy cień? Dubler czy oryginał? Co tak naprawdę nas różniło, skoro byliśmy jedną osobą? Uniosłem brodę, żeby spojrzeć w lustro i znów napotkałem smutny wzrok. Smutny, ale wciąż oceniający. Właśnie ta ambiwalencja była groteskowa. Człowiek, któremu najmocniej powinno zależeć na moim szczęściu, celowo wydłużał drogę do osiągnięcia wewnętrznego spokoju.
— Praktycznie całe życie byłeś moim największym wrogiem — powiedziałem. — Kiedy to właśnie ty powinieneś być najbliższym przyjacielem.
W odbiciu dostrzegłem jedynie własny cień. Mnie nie było. Zostałem całkowicie zdominowany przez dublera, który okazał się być lepszy. „Może kiedyś” — pomyślałem, posyłając sobie smutny uśmiech.
17 lutego 2020
Rozliczenie się ze sobą, czyli tym razem bez serii
Zacznijmy od chronologicznej analizy mojego portfolio. Nie lubię się chwalić, ale faktem jest, że ciągła praca pozwala się rozwijać. Uważam, że w mojej twórczości nastąpił progres.
Już w zerówce umiałam płynnie czytać i pisać. Jednak trudno powiedzieć, dlaczego zaczęłam tworzyć własne opowiadania, po prostu mi się to podobało. Miałam wiele pomysłów, moja wyobraźnia stworzyła sporo historii, więc pewnie chciałam je jakoś zachować. "Jakoś", to znaczy nadać konkretny kształt i formę. Po prostu coś stworzyć. Od początku ciągnęło mnie do słów. Słowa to mało. Pragnęłam stworzyć własny świat. Tak powstała moja pierwsza książka fantasy, która liczy sto dwadzieścia stron A4. Nie została skończona, ale... Nie ma czego żałować, nie byłabym w stanie odratować tej fabuły. To jednak historia stworzona przez dziewięcioletnie dziecko. Może jeszcze młodsze, nie pamiętam. Książka ma ciekawą historię, bowiem została napisana na podstawie zabawy, w którą wciągnęłam niemal wszystkie moje koleżanki i kolegów. Dokładnie na tym skupiła się spora część mojego dzieciństwa. Początkowo pisałam ją w zeszytach, dopiero później całość przepisałam i ba! - Poprawiłam na komputerze. To był pewnego rodzaju projekt, bardzo ważny. Chciałam wydać tę książkę, żyłam nią wiele, wiele lat i wcale nie przesadzam.
Potem pojawiały się blogi, na których pisałam przeróżne opowiadania. Całe mnóstwo opowiadań. W większości nie zostały dokończone. Ogólnie to proza skradła moje serce i nie wyobrażałam sobie pisać czegokolwiek innego niż opowiadania. Dopiero potem pojawił się pomysł pisania esejów. To było na pewno w gimnazjum, dokładnie w drugiej klasie. Zaczęłam spisywać moje myśli, poglądy, doświadczenia i wnioski, które wyciągałam z życiowych lekcji. Przyznam, że nie mam pewności, ale pierwsze eseje zaczęły pojawiać się chyba na Tumblerze. Możliwe, że były i na bloggerze, ale na pewno nie na tym, na którym aktualnie czytacie post. Bowiem ten blog jest szczególny i ma szczególną historię. Wraz z moją byłą dziewczyną stworzyłyśmy go w roku dwa tysiące szesnastym, a pierwszy adres brzmiał: "all-in-history.blogspot.com". Stanowił on połączenie nazw naszych dwóch ulubionych piosenek: "History" One Direction i "All in it" Justina Biebera. Moja była dziewczyna dodawała swoje prace, a ja swoje. W momencie rozstania, usunęła je. Usunęła wszystko, co było było z nią związane. Zniknęła z zakładki "o nas". Zostałam ja. Moje opowiadania i eseje. Od tej pory nie zmieniłam ich treści, mówię o pracach związanych z byłą dziewczyną. Oczywiście to celowe, bo mimo że zamknęłam ten rozdział, był on zbyt ważny w moim życiu, żeby tak po prostu wszystko zatrzeć czy wyrzucić.
Lata dwa tysiące czternaście - dwa tysiące szesnaście były przełomowe, jeśli chodzi o moją twórczość. Nie ukrywam, że miłość była tego powodem. Tworzyłam więcej dla niej i dzięki niej. Kryzys pojawił się po rozstaniu i do dzisiaj piszę nieporównywalnie mniej niż wtedy. Wprawdzie blog rozwinął się o dwie zakładki: z fotografią i poezją. Dodałam sporo nowych esejów i kilka opowiadań. No, i oczywiście zmieniłam adres. Zacznij kochać życie. No, i tutaj pojawia się istotne pytanie. Czy dziewczyna, która cierpi na pewne zaburzenie, ma prawo pisać o tym, czego sama nie realizuje? Końcówka szkoły podstawowej i gimnazjum było najgorszym okresem w moim życiu, pragnęłam umrzeć. Czując potworny ból, pragnęłam ratować przed nim innych. Nie miejcie mnie za hipokrytkę i oszustkę. Ja wierzyłam w swoje słowa, pragnęłam w nie wierzyć, po prostu nie umiałam ich wdrożyć w życie. Bardzo chciałam pomóc innym. Niestety nie tak bardzo jak sobie i to mnie w pewnym momencie zgubiło. Zgubiłam siebie.
"Estetyczne Jeansy" to cała zgromadzona dotychczas poezja mojego autorstwa. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek zabiorę się za wiersze. Początkowo wychodziły mi koszmarnie, wręcz żałośnie. Dopiero z czasem nabrały charakteru i to w tak wielkim wymiarze, że proza zeszła na dalszy plan. Teraz widzimy tego skutki. Jeśli jesteście ciekawi, w dwa tysiące siedemnastym roku powstało specjalne konto na tweeterze: @aestheticjeans. To był właśnie ten wielki krok, który pchnął mnie w stronę poezji. Moment, kiedy zaczęła stawać się lepsza. Emocje wzięły górą, byłam nimi przepełniona i pragnęłam jak najszybciej z siebie wyrzucić. Znalazły swoje ujście, a tym ujściem stała się poezja. Ratunek dla mojej poszarpanej duszy.
Fotografia. Tego całkowicie się nie spodziewałam, przyszło równie spontanicznie jak poezja. Zaczęło się chyba od pielgrzymki do Włoch w dwa tysiące siedemnastym, czyli stosunkowo późno. Ten kraj wzbudził we mnie miłość do uwieczniania chwil właśnie w taki sposób. Chwil, uczuć, piękna - wszystkiego, co zaintryguje oko i duszę. Od tamtej chwili przestałam rozstawać się z aparatem. Była Bydgoszcz, Muszyna, Gdańsk, Sopot, Toruń, Kraków, Międzywodzie, Świebodzin, Irlandia, a dokładnie Belfast i w końcu zwykłe miejsca, które tak naprawdę są niezwykłe. Miasteczka, wsie, uliczki, parki. Czasem wystarczy mi iść na spacer albo wyjrzeć za okno. No, i sięgam po aparat.
W międzyczasie powstawały opowiadania - każde nowsze lepsze od poprzedniego, ale wciąż kiepskie. Żadne nieskończone. Każde czeka na zakończenie i wierzę, że uda mi się dopiąć swego. Tylko jedno już nigdy nie ujrzy światła dziennego, mimo że doczekało publikacji. "Więcej niż pamiętnik", czyli zbyt osobisty rodzaj przeżywania cierpienia. Ta artystyczna perełka, czyli "List do Magdy", perełka, przez którą to opowiadanie musiało zostać zdjęte, bowiem tego chciała adresatka. Uszanowałam jej prośbę. No, i opowiadania nieopublikowane, ale przeczytane przez kilka osób, na przykład "Raise the bar" albo "Theatrum Mundi". Mogłyby być dobre, dlatego cały czas mam na uwadze ich kontynuację. Oczywiście istnieje o wiele więcej tytułów, ale wymienianie zajęłoby sporo czasu.
Patrycja, czyli moje alter ego. Bohaterka, która przewinęła się przez dziewięćdziesiąt procent opowiadań. Rozwijała się wraz ze mną i wciąż ją kształtuje. To tak jak poglądy - raczej nie zmieniłabym treści starych esejów, ale nie da się ukryć, że dojrzewam. Z dziewczynki zmieniam się w kobietę. Dojrzewam i zawsze starałam się to robić. W życiu i w twórczości. W końcu jedno ma bardzo bliski związek z drugim. Nabieram doświadczenia, a więc zdobywam coraz więcej pomysłów i inspiracji. Chcę przekazywać to, co mam w sobie najlepsze. Moja twórczość od samego początku posiadała cel, to nie była sztuka dla sztuki.
Instagram, czyli najświeższy owoc mojej pasji. Dwa tysiące dziewiętnasty rok. Połączenie fotografii z pisaniem. Świetna sprawa, która nie pozwala mi się zatrzymać i choć dodaję tam krótkie teksty - wciąż to robię. A co za tym idzie, wciąż tworzę i nie przestaję pisać.
Wszystkie moje prace kształtują zdarzenia, ludzie, doświadczenia i uczucia. No, i ja sama. Pragnę być coraz lepszą wersją siebie. Pragnę siebie pokochać. Lepiej kochać innych. Być lepsza. Tworzyć lepiej.
Jedno nigdy się nie zmieni. Tworzę, żyjąc i żyjąc tworzę.
Zatem skąd zastój? Po prostu ten blog potrzebuje regeneracji. Jest dla mnie niesamowicie ważny, więc muszę o niego zadbać. Tworzyć coś dobrego, naprawdę dobrego. Przyznam, że już wielokrotnie przymierzałam się do napisania kolejnych postów i pomysły nie były najgorsze, ale nie miałam dość siły, by sklecić coś dłuższego, a sensownego. Rozumiecie, traktuję tego bloga jak własne dziecko: z miłością i czułością. Włożyłam w niego całe serce i mnóstwo pracy. Poświęciłam wiele bezsennych nocy, a także niesamowicie dużo sił, ponieważ pisanie wymaga ode mnie dogłębnych analiz, a przede wszystkim dogłębnego przeżywania. To nie są czcze wywody, pragnę przekazywać najlepsze, co w sobie mam. Właśnie z tego powodu nastają momenty, gdy jedno zdanie piszę przez dziesięć minut. Nie uważam się za perfekcjonistkę, ale ten warsztat traktuję niemalże z namaszczeniem i czcią. Chcę, by z mojej ręki powstawały jak najlepsze rzeczy. Pragnę, byście byli w pełni usatysfakcjonowanymi odbiorcami.
W tym miejscu proszę o wyrozumiałość i nieprzekreślanie mojej twórczości. Nie mam zbyt wielu czytelników, ale każdego traktuję jak prawdziwy skarb. Jesteście motywacją i sprawiacie, że mam ochotę żyć. To mocne słowa, ale niebywale prawdziwe.
Nigdy o to nie prosiłam, jednak tym razem to zrobię. Jeśli komuś podobają się zamieszczane tutaj posty, to polećcie, zalinkujcie, podajcie dalej. Gwarantuję, że będę się udoskonalać.