23 września 2023

Rozważania o stokrotce

     Chciałabym mieć w sobie ten szczególny rodzaj upartości, który powoduje, że niby mały, lichy kwiat wzrasta pomiędzy kostką brukową. Nawet nikt by nie pomyślał, że właśnie tu może zrodzić się życie, a jednak stokrotka dziarsko zapuściła swoje korzenie. Przyglądam się temu ciekawemu zjawisku i zastanawiam się nad paroma kwestiami: Dlaczego w tym miejscu? Dlaczego akurat stokrotka? Dlaczego nie towarzyszą jej trawa, mech czy chwasty? Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu moja kontemplacja stokrotki rosnącej pomiędzy kostką brukową będzie wydawała się śmieszna, jednak osobiście dostrzegam w tej sytuacji potencjał na filozoficzne rozważania. W końcu mamy ogrom wspólnych cech z naturą, więc dlaczego nie miałabym dostrzec tej zdrowej upartości również w człowieku? Ponadto, chętnie spróbuję odpowiedzieć na pytania, które sobie postawiłam. Kostka brukowa: miejsce niebywale niepozorne, a jednak spomiędzy niej widnieje skrawek życia. Może to znak, że niezależnie, w jakim miejscu się znajduję, mam szansę na rozwój? Na posiadanie nadziei zielonej jak kwiaty stokrotki? A dlaczego stokrotka? Piękna, choć równie niepozorna. Wydawałaby się zbyt mała, krucha i delikatna, aby zderzyć się z wyzwaniem, jakim jest twardy materiał kamienia. Może to znak, że powyższe określenia bywają pojęciami zupełnie względnymi? A może że POMIMO pewnego rodzaju kruchości czy słabości każdy z nas jest w stanie stawiać sobie różne wyzwania i z sukcesem je podejmować? Lubię i cenię sobie ludzki mechanizm obronny, który sprawia, iż dodajemy symbolikę do zjawisk czy sytuacji, które po prostu są i się dzieją. Oczywiście może to pójść w zupełnie odwrotnym, czyli katastroficznym kierunku, jednak ja obrałam sobie ten pozytywny. Jednakże, nawet jeśli miałabym odrzeć ten uroczy obrazek z mojego filozoficznego wywodu, wciąż pozostaje on piękny w swoim zwykłym jestestwie. Rozumiecie, nawet jeśli nie naruszyłabym w żaden sposób stokrotki rosnącej między kostką brukową swoimi ludzkimi myślami czy symboliką - ona po prostu jest. Po prostu rośnie i żyje sobie. Nic więcej, a wciąż tak wiele. I to jest piękne. Może po prostu wystarczyło w kilku zdaniach opisać to piękno, upuścić je na papier, aby podzielić się swoją radością z innymi? Potraktować sprawę czysto po artystycznemu? Nie wiem, może tak, ale ja widzę w naturze coś więcej, znacznie więcej i zawsze o tym pisałam. 

     Wychwytywanie takich rzeczy przychodzi mi lekko, naturalnie i zazwyczaj zupełnie nagle. Najpierw ta stokrotka, potem delikatnie falująca woda zalewu. Doskonale pamiętam, jak wtedy moje plecy przyjemnie ogrzewało słońce. Przysięgam, że obcowanie z naturą to najlepsza technika relaksacyjna, ponieważ połączenie tego przyjemnego ciepła i wpatrywanie się w spokojny ruch wody sprawił, że poczułam błogość. Zupełnie odpłynęłam, ale w takim dobrym sensie - to było coś w rodzaju medytacji. I też wtedy przyszła mi do głowy myśl, że w absolutnie całej naturze możemy doszukać się różnych analogii do codziennego życia. Delikatnie drgająca woda przypomniała mi rozbite lustro. To i to powoduje zniekształcenie odbicia. Pomyślałam sobie, że nawet w tym prostym zjawisku chowa się tak ogromne piękno, że mogłabym napisać wiersz, którym głównym tematem byłaby powyższa metafora. 

     Uważam, że artyści i filozofowie zawsze będą mieć ręce pełne roboty, a dzięki temu motywację do życia. Natura i ludzie, którzy są jej częścią, stanowią bezkresne źródło weny. Zawsze mnie coś zaskoczy lub po prostu przykuje uwagę, a to z kolei rodzi w głowie różne myśli. Dodatkowo, mam silną potrzebę, aby te refleksje przelać na papier, uwiecznić, zostawić dla innych. Proszę, nie uznajcie tego jako przejaw osobowości narcystycznej, bo nie mam zamiaru nikomu wpychać do głowy swojej wizji piękna czy poglądów. Dla mnie sztuka jest dialogiem, żywą relacją pomiędzy twórcą a odbiorcą. Poza tym, kiedy przepełnia mnie coś dobrego, naprawdę pragnę się tym dzielić i to błogosławieństwo, trochę jak dobry wirus. To jest właśnie dar sztuki. Przekazując książkę z rąk do rąk, dzielimy się ze sobą różnymi emocjami, refleksjami czy nauką.

     Znam pogląd, który mówi, że artyści to pasożyty społeczne, ale nie mam pojęcia, gdzie bym się znalazła, gdyby nie sztuka. Jednakże, z pewnością nie byłoby to dobre miejsce. Nie mam tutaj zamiaru debatować nad korzyściami uprawiania i odbierania sztuki, a jest ich cały szereg. Począwszy od rozwijania inteligencji emocjonalnej, poprzez zdrową regulację emocji, kończąc na trenowaniu pamięci czy wyobraźni. Ale fakt, że mogę coś tworzyć (nawet, jeśli nie znalazłby się ani jeden odbiorca!), sprawia, że czuję prawdziwe spełnienie i ba, że posiadam sens życia. Tak było, odkąd pamiętam i przepełnia mnie ogromna wdzięczność, że pasja zawsze trzymała mnie przy życiu. I jestem równie wdzięczna innym twórcom za to, że mogę wzbogacać swoje wnętrze w piękny i przyjemny sposób. 

22 czerwca 2023

Do B******

Czuję, jak zewsząd bombardują mnie presją. Ale jak mam zapomnieć, gdy oddałam nie część, ale całą siebie? Włożyłam w to całe zaufanie, całą miłość i całą dobroć, jaką posiadałam. Oddałam wszystko, ale i to okazało się być niewystarczające. Teraz już nic nie zostało, nie ma nic pozytywnego. Martwe, puste serce. Może jeszcze tęsknota i strach, że te pokłady miłości nie powrócą, że spożytkowałam je zupełnie niewłaściwie. To przerażajace, ale w pewnym rodzaju straciłam tożsamość, nie jestem sobą. Mówią, że mi przejdzie i że kiedyś znów się zakocham, a ja czuję, jakby w ten sposób życzyli mi źle. Zresztą Bóg by tego nie wybaczył, przecież miałam składać przysięgę. Nie będę obiecywać w nieskończoność rożnym osobom. Bóg by tego nie wybaczył. Cały czas tkwię w jednym miejscu i waham się, czy chcę iść naprzód. Wszystkie możliwe opcje są dla mnie przerażajace. A co jeśli skończyłam się na Wereszczakównej? A co jeśli nie? Tylko że ja już nie wyobrażam sobie być z kimś innym, bolałoby ciągłe szukanie Ciebie w innej. Ciągłe porównania Ciebie do innej. Nieważne, że ktoś mógłby być ideałem, ja po prostu pragnę Ciebie, a oni tego kompletnie nie rozumieją. Czy to oni nigdy nie kochali, czy to ze mną jest problem? Już usłyszałam, że jestem Werterem, ale nic na to nie poradzę. Polewam się bólem jak szampanem, nazywając to miłością. Jednakże lubię ładnie cierpieć, czerpię z tego chory rodzaj przyjemności. Topię się, dławię i duszę, nie mogąc niczego wykrzyczeć, a tak wiele chciałabym powiedzieć. Słowa grzęzną mi w gardle, bo przecież nie mogę poprosić, bys na chwilę ukoiła cały ten ból, chwytając mnie za rękę. Właściwie dlaczego miałabym na to liczyć? Bez żadnej reakcji obserwowałaś, jak dorosła kobieta wylewa z siebie potok łez, niemalże wypluwając przy tym wnętrzności. Teraz już wiem, że wcale się nie poddałaś, kiedy ja walczyłam. Po prostu nigdy mnie nie kochałaś, więc nie było warto nawet próbować. Wszelkie zmiany muszą się opłacać, tak już po prostu jest. Dzisiaj wiem, jak łatwo jest ułożyć sobie życie beze mnie, jak prędko da się przyzwyczaić do mojej nieobecności. Proszę, już nigdy nie kierujcie do mnie górnolotnych słów, ponieważ czuję wzbierające mdłości. Jednak, jeśli jakimś cudem chciałabyś do mnie wrócić i powiedzieć tych kilka górnolotnych słów, przepadłabym na zawsze. Wróciłabym do naszej pięknej rzeczywistości, wiedząc, że to by mnie wykończyło. Ale przynajmniej umarłabym w miłości. 

10 kwietnia 2023

Katharsis

Kiedy siadam do pisania tego tekstu, czuję ciepło wtulonego we mnie kota. Celebruję wolne popołudnie, popijając wino z kubka. Nie mam kieliszków i w tym momencie w ogóle tego nie żałuję, bo jest coś niebywale romantycznego w aromacie winogron, który osadza się na ceramice zamiast na szkle. Smak okazuje się być jeszcze lepszy, czyż to nie wspaniałe?

Fakt, że zachwyca mnie Nowa Huta, nie stanowi żadnej nowości. Niemniej, każdy jednorazowy spacer po tej dzielnicy przynosi zupełnie dziewicze doznania. Tutaj nie ma miejsca na deja vu, codziennie dostrzegam coś nowego, choć przysięgam, że znam to miejsce od lat. I choć zdecydowanie wolę, gdy jest jasno, nie mogę zaprzeczyć, że wieczory noszą w sobie ten wyjątkowy, magiczny pierwiastek. Wczorajszy wieczór był spokojny, taki jak zawsze - a jednak magiczny. I może właśnie ta harmonia sprawiła, że doznałam czegoś niezwykłego. Opowiem o tym i zadbam, żebyście odczuli każdy szczegół, tak żeby mój nastrój się wam udzielił. 

Zauważyłam, że wiele osób rezygnuje z wieszania zasłon, a może po prostu zapomina je zasuwać, a może to celowy zabieg? Po prostu od razu nasuwa mi się myśl, że pięknego i czystego serca się nie ukrywa, a raczej z dumą eksponuje. No, bo przecież... Czy nasze domy i mieszkania nie są odzwierciedleniem nas samych? Naszej codzienności, zmartwień, cech charakteru, przywiązania do pozostałych domowników? Zaglądam zaciekawiona, podniecona tymi wszystkimi wyeksponowanymi sercami. Nie, żebym była wścibska, nic z tych rzeczy. Po prostu, moi drodzy, uwielbiam te wszystkie większe i mniejsze spektakle wystawiane w oknach. Każdą z tych sztuk cechuje otwarta kompozycja, bowiem odbiorca sam musi wiele dopowiedzieć, odpowiedzieć na nurtujące go pytania. Tak było i w moim przypadku. W jednym z okien dostrzegam piętrzący się drapak i już wiem, że w tym spektaklu bierze udział kot. Domyślam się, że domownik lub domownicy przepadają za zwierzętami, może zwłaszcza za mruczkami. W następnym oknie widzę bujną roślinność, parapet zastawiony przeróżnymi kwiatami doniczkowymi, ale niestety nie przytoczę ich nazw, ponieważ nie mam wiedzy w tym zakresie. Bez żadnego namysłu wnioskuję, że w tym mieszkaniu kocha się kwiaty, a to wspaniałe. Przecież jesteśmy częścią natury, powinniśmy się nią opiekować, współżyć z nią. Gdy zaglądam przez kolejne okno, dostrzegam ogromną mapę zawieszoną na ciemnozielonej ścianie. Normalnie pomyślałabym, że to zdecydowanie za ciemny kolor, ale było w tym pokoju coś tak urzekającego, że zapragnęłam się w nim znaleźć. Przeleciało mi przez głowę, że tę przestrzeń na pewno zamieszkuje jakaś artystyczna dusza. Sama nie wiem dlaczego, po prostu odczułam taki klimat. W innym oknie widzę różowy pokój dziecięcy po brzegi wypełniony zabawkami. A więc tutaj swoje życie prowadzi owoc czyjejś miłości. Dziecko odgrywa bardzo ważną rolę absolutnie w każdym spektaklu, ponieważ symbolizuje czystość, niewinność i świeżość. Idę dalej, w następnym oknie dostrzegam ogromną bibliotekę wypełnioną książkami. Miłośnik literatury - zgaduję bez wahania. Od razu przypominam sobie cudowny zapach starych książek i ogarnia mnie spokój. Tam gdzie są książki, tam musi istnieć specyficzny rodzaj więzi, w dobrym znaczeniu oczywiście. Ale to już taka osobista teoria, po prostu literatura odgrywa w moim życiu ogromną rolę. Jestem przekonana, że ludzie, którzy oddają się czytaniu, rozumieją się lepiej, czują głębiej i widzą wyraźniej. 

Można by rzec, że to tylko pojedyncze elementy, a ja układam z nich całość. Widzę rodziny, dzieci, starsze osoby, czworonożnych przyjaciół i oni wszyscy biorą udział w ważnych przedstawieniach. I wcale nie przeszkadza mi otwarta kompozycja, przeciwnie, lubię być zmuszana do refleksji. Z przyjemnością zastanawiam się, czym na co dzień zajmują się poszczególni domownicy, kim są i co lubią robić w wolnym czasie. Zrobię krótką dygresję i powiem wam, że ogólnie lubię przyglądać się ludziom. Jestem absolutnie zakochana w ludziach i w ich codzienności. Wszyscy jesteśmy do siebie tak podobni, a jednocześnie tak różni, czy to nie zachwycające? Podczas wieczornego zaglądania w okna, również naszła mnie ta myśl: ależ jestem zakochana w ludziach. 

Kiedy tak oglądam te mniejsze i większe spektakle, w pewnych momentach dostrzegam w nich samą siebie. Gnieżdżę się w poszczególnych mieszkaniach, lokuję się jako cichy, niewidoczny lokator. Marzę, że kiedyś też będę mieć podobne ognisko domowe. Ogromną bibliotekę wypchaną książkami, obrazy na ścianach, salon rozświetlony ciepłym światłem. Ja, moja rodzina, którą stworzyMY.

Spaceruję tymi szerokimi chodnikami, typowymi dla Starej Huty i mijam innych. Pary, pojedyncze jednostki i tych z czworonożnymi przyjaciółmi. Przyznam wam, że na ten widok zaczynam uśmiechać się do siebie, bo... Jeszcze raz to powiem: Tak bardzo kocham ludzi. Ale muszę zaznaczyć, że wcale nie jest wcześnie, powoli dobija godzina dwudziesta druga. I właśnie za to cenię sobie większe miasta, one żyją niezależnie od godziny. Kiedy czuję się samotna, wychodzę o trzeciej nad ranem, mijam innych i już wiem, że wcale nie jestem sama. Tego wieczoru Zalew Nowohucki wręcz tętni życiem. Spacerują pary, kilka osób uprawia jogging, inni wyprowadzają swoje pupile na wieczorną toaletę. Czuję się idealnie w tym towarzystwie, jakby nie bez powodu wszyscy znaleźliśmy się właśnie tam, o tej porze, w takiej konfiguracji. Jestem sobie wdzięczna za ten wieczór, można powiedzieć, że zabrałam siebie na randkę, którą zaliczam do jednej z najlepszych w całym życiu. 

Kiedy już idę drogą powrotną do domu, rozładowuje się telefon. Zdejmuję słuchawki i zaczynam wsłuchiwać się w ciszę, która mnie wręcz pochłania. Jest niebywale przyjemna, kojąca. Wiatr ustał, widocznie poszedł spać. Wieczór jest ciepły, piękny. Przyglądam się tym szerokim ulicom i chodnikom, monumentalnym budynkom i bujnej zieleni, w którą wdała się wiosna. Znowu dotarło mnie to, jak bardzo kocham życie i jak bardzo pragnę żyć. 

Moi, drodzy, żeby nie przedłużać, bo alkohol daje się we znaki, powiem wam jedno: Doznałam prawdziwego katharsis. 

5 kwietnia 2023

Krótki tekst o moim rozwoju, mam nadzieję, że nowym, lepszym rozdziale w życiu :)

Oczami wyobraźni widzę siebie jako nowo powstające życie, konkretnie roślinę. Wyłaniam się z bujnych korzeni, które powolutku, ale uporem rozrastają się pod powierzchnią ziemi. Mija chwila i dostrzegam również mnóstwo pędów, dorodnych i przede wszystkim silnych. Już od początku pulsuje w nich niezwykła moc, a co ciekawe nie doszłoby do tych wspaniałych narodzin, gdyby nie wcześniejsza śmierć. A więc tak, to odrodzenie. Moim zdaniem, cykliczność najlepiej odznacza się w przyrodzie, bowiem właśnie tu jej schemat i kontury są dla ludzkiego oka najwyraźniejsze. Cztery pory roku, a wraz z nimi cała paleta barw, zapachów i cudownych procesów. Stąd umysł podsunął mi wyobrażenie mojej osoby jako powstającej rośliny. Powstałam na na nowo, na własnych zgliszczach, co może wam, czytelnikom, kojarzyć się smutno, może wręcz z odrazą. Jednak muszę wyjaśnić, że nic bardziej mylnego, bowiem złote liście muszą upaść, aby w ich miejscu pojawiły się soczyście zielone, czyż nie? W ramach oczyszczenia własnymi łzami podlewam wszystkie korzenie, które w zamian szczodrze obdarowują mnie owocami. Aby nikogo nie zmylić - owoce dopiero będą rosnąć, jednak jednego nie da się zaprzeczyć... Rozkwitam, z dnia na dzień. Zapytacie, jakiego będą koloru, ale ja sama jeszcze nie wiem. Pewne rzeczy stanowią po prostu piękną tajemnicę. Może każdy będzie nosił inny kolor? Krwisto czerwone, ponieważ wciąż noszę w sobie pokłady miłości, które czekają na właściwe zagospodarowanie. Zielone, ponieważ jestem przepełniona nadzieją na lepsze jutro. Niebieskie, ponieważ mam w sobie ogrom zaufania do innych, a ta piękna cnota kojarzy mi się z czystością. Ani ból, ani rozgoryczenie, ani złość ani frustracja nie skaziły żadnego korzenia, pędu, łodygi ani kwiatu. Może pojawią się również żółte owoce, ponieważ w mojej duszy w końcu zapanuje spokój i harmonia. W pełni odkryję prawdziwe źródło szczęścia, które odnajdę we własnym wnętrzu. Widzicie, w tym przypadku niepewność wcale nie jest uporczywa, nie budzi lęku ani nie trwoży. Przeciwnie, z przyjemnością obserwuje się wskrzeszenie, odrodzenie, rozwój - nawet, jeśli ostateczny kształt stanowi niewiadomą. Przecież ufam sobie. Nikt nie zaopiekuje się tą rośliną lepiej niż ja. To ode mnie zależy, jakie owoce wyda. I ta świadomość jest piękna, budująca. Ktoś wcześniej przyciął jej łodygi i kwiaty, skradł również owoce, ale ogrodziłam roślinę tak, by dostęp do niej mieli tylko dobrzy ludzie. Już nigdy więcej nie chcę "nawozić" ją trucizną, której głównym składnikiem jest samonienawiść, a zaraz po tym samoupodlenie. Jak to się mogło stać? Biernie przyglądałam się, gdy wyrywano łodygi z korzeniami, mówiąc, że to wciąż mało. Nadmiernie skupiałam się na sadzeniu kolejnych roślin, lepszych, żeby w końcu usłyszeć, że wystarczy. Ale ta chwila nigdy nie nadeszła, nigdy nie starczało. Czyjaś roślina okazywała się piękniejsza, lepsza, trwalsza, więc ukochane twarze odwracały się ode mnie, zupełnie zawiedzione. Teraz wiem, że to nie w moich korzeniach istniał problem. Moja roślina zasługuje na miłość, więc dzisiaj nawożę ją szacunkiem. Już nie pozwolę na to, aby kwiaty z dnia na dzień coraz bardziej chyliły się ku ziemi, jakby pragnęły się w niej zanurzyć na wieki, ukryć przed światem. Jakby były skrępowane swoimi słabościami, które w rzeczywistości stanowiły ich największą siłę - miłość, nadzieja, zaufanie, dziecięca radość i ciekawość świata. Czasem bywało tak, że moje korzenie łączyły się z czyimiś, osobiście uważam to za najpiękniejszy proces, ponieważ stanowi rodzaj niezwykłej symbiozy. To znaczy... W domyśle. Niezupełnie wiem, co się ze mną działo, gdy byłam przekonana, że obie rośliny czerpią korzyści, a w rzeczywistości więdłam. Cieszyłam się malutkimi promieniami słonecznymi, jak gdyby uśmiechało się do mnie samo słońce. Nic bardziej mylnego. Otwarcie oczu szerzej bywa przykrym doświadczeniem, ma się poczucie ogromnych strat. Ale powiem wam, że czasem tak musi być, roślina musi zostać obrzydliwie zakażona, musi uschnąć, zgnić i w ostateczności umrzeć, żeby w końcu wystrzelić wysoko do nieba. Po tych wszystkich chorobach pielęgnacja rośliny jest niestety utrudniona, ale wystarczą samodyscyplina, cierpliwość i miłość hodowcy. A więc dzisiaj patrzę na te korzenie, łodygi, liście, kwiaty, owoce z czułością i zadowoleniem. Szczególnie skupiam się na korzeniach, bo to od nich zależy, jakie owoce wyda roślina. 

22 lutego 2023

Stara Huta i psychotropy

   Ludzie nazywają to powrotem na stare śmieci. W istocie, majestatyczna architektura Starej Huty przywitała mnie niczym matka, która otwiera ramiona i tylko czeka, aż do niej przylgnę. Znajomość tejże okolicy działa na mnie odrobinę kojąco, może nawet pokrzepiająco. Drastyczna, bezwzględna zmiana nie zaburzyła w całości ciągu przyczynowo-skutkowego inaczej zwanego życiem. Nie wszystko stało się dalekie, obce i nieznośnie zimne. Cóż, w obliczu tak tragicznej sytuacji to wciąż marne pocieszenie, ale jednak. Przecież, gdyby pozostawiono mi wybór, nie wróciłabym do miejsca, które bez cienia żalu stało się po prostu dobrym wspomnieniem. Gdybym miała wybór, nie odarłabym się ze szczęścia, które pachnie jej perfumami, brzmi jak barwa jej głosu i po prostu nią jest.
    Przemierzam szerokie ulice w nadziei, że po drodze odnajdę magiczny lek dla konającej duszy. Jednak nic z tego, ból uporczywie narasta. Im głębsza staje się cisza między nami, tym bardziej cierpię. Czas wcale nie jest sprzymierzeńcem, to bzdury. Mój mózg zupełnie nie rozumie idei czekania, ponieważ serce po prostu pragnie przy niej bić. Ono bije dla niej. Nie ma w tym nic skomplikowanego. Jednakże, zamęt jaki stworzyła ta jedna decyzja, ta jedna chwila wywróciła moją chemię mózgu do góry nogami. Mimo wszystko jeszcze nie całkiem postradałam rozum, myślę klarownie, choć niespokojnie. Za to sen poszedł w niepamięć. Nie ma mowy o położeniu się do łóżka bez analizowania każdego, pojedynczego słowa. Całkowicie straciłam kontrolę nad myślami, które zerwały się niczym szaleńczy nurt wody pod złamaną zaporą. Porwały mnie ze sobą i nie jestem w stanie dotrzeć do brzegu, na którym panuje spokój. Nie stanę się obiektywnym obserwatorem własnych myśli. Przeciwnie, zaczynam się topić, dławię się wszystkimi lękami oraz wydarzeniami, które wcale nie miały stać się wspomnieniami. Ponadto krztuszę się absurdalnością całej sytuacji oraz tym, że nie potrafię jej pojąć. Analizuję bez końca, zupełnie bezwolnie, bez żadnych efektów. Stałam się swoimi myślami, choć to psychologiczna pułapka. I niech nikt nie pomyśli, że ten stan gnębi mnie od niedawna, ponieważ on trwa od wielu lat. Wielka, nieustanna gonitwa z własnymi myślami,  niczym gra w berka. Szalona walka o parę godzin spokojnego snu, która rozgrywa się każdej nocy.
    Wycieńczone ciało w końcu się poddaje, już nie ma sił, by dalej toczyć bój. Po niebywale długim maratonie wiercenia się w łóżku, zasypiam. Śpię snem lekkim, ponieważ ciało jest w fazie czuwania, musi być gotowe do walki w każdej chwili. Koszmary bezlitośnie męczą skołatany mózg, ale w sercu rodzi się nadzieja, że to wszystko to tylko złe sny. Niestety, pobudka szybko weryfikuje rzeczywistość - to naprawdę się dzieje. Zostałam pozbawiona domu, którym były jej ramiona. Ponadto, zupełnie nie rozumiem dlaczego konam w odmętach jej pamięci. To absurdalne, jak gdyby cztery lata budowania relacji były jedynie opowieścią spisaną ołówkiem na kartce papieru. Kartka się zawieruszyła albo jakaś bezlitosna dłoń po prostu wymazała całą treść. Wtem organizm na nowo odcina się od snu i jak narkoman na głodzie, staje się pobudzony i gotowy do walki o odzyskanie swej ukochanej codzienności. Biedny nie rozumie, że nie ma o co. Ona beze mnie rozkwita niczym najpiękniejszy kwiat. A to wszystko, co „nasze”, co ma dla mnie tak ogromne znaczenie, dla niej prawdopodobnie jest po prostu miłym ciągiem wydarzeń, niczym więcej. 
    Nie wiedzieć czemu, mój mózg szaleńczo domaga się nikotyny, jakby ta wraz z dymem miała uwolnić wszystkie przygniatające uczucia. Żałosny akt autoagresji, stopniowej autodestrukcji tłumaczony przez niby najmądrzejszy gatunek zszarganymi nerwami. W portfelu zostały mi ostatnie grosze, więc głupotą byłoby je wydać na paczkę papierosów, więc tylko z zazdrością łypię wzrokiem na palących przechodniów. 
    Choć Stara Huta przyjęła mnie do siebie jak matka, która wie wszystko, to nie wystarczyło, żebym poczuła się jak w domu. Kręci mi się w głowie, gdy spaceruję nad Zalewem Nowohuckim, gdy mijam dworek Matejki i pobliski plac zabaw. Odtwarzam całą trasę, którą spacerowałyśmy i ból uderza ze zdwojoną mocą. Nigdy nie chciałam, aby jakakolwiek nasza wspólna chwila przeobraziła się we wspomnienie. Wspomnienie mimo że może być najprzyjemniejsze na świecie, jest objawem choroby, którą cierpiący odczuwa na poziomie mostka, po lewej stronie. Choroba ta atakuje serce. Organ pęka, łamie się na kawałki, po prostu kruszy. Zaczyna krwawić dosłownie zewsząd, a bezradni lekarze załamują ręce i z przykrością informują o nieuleczalnej chorobie. Mój mistrz i mentor, sam Adam Mickiewicz również cierpiał na tę przypadłość. Jego słowa huczą w mojej głowie: "Kto miłości nie zna, ten żyje szczęśliwy, i noc ma spokojną i dzień nietęskliwy". A więc to tak, kolejna dusza umiera przez miłość. 
    Każda noc jest niespokojna, a dzień niebywale nietęskliwy. Psychiatra oczywiście nie znajduje leku na chorobę zwaną Miłość, jednakże próbuje załagodzić jej skutki, sprawić, by umieranie stało się mniej dotkliwe. Chce otumanić zwodnicze myśli, przytępić ich ostrza raniące jak brzytwy. I to wszystko po to, bym po prostu mogła zasnąć. Proponuje mi Ketrel, ach, cóż za wymowna sugestia. Lekarka subtelnie podsuwa diagnozę, że piękne życie u boku ukochanej było moim wymysłem, omamem, grą chorego mózgu. Wszystko sobie wyśniłam, przywidziałam, to urojenia naiwnej schizofreniczki. Ależ... Ależ ja tylko pragnę móc spać. Przyznaję lekarce, że biorę Hydroxyzinum, ale wszystkie moje lęki i niepokoje śmieją się w twarz pochodnej piperazyny. Nic sobie z niej nie robią. Nadaremno zatruwam organizm. Cóż, jak pragnę snu, to nie mam wyboru, trzeba działać dalej, więc niech i Ketrel rozgości się w rozchwianej chemii mózgu. Kwetiapina jest zdecydowanie silniejszym preparatem niż pochodna piperazyny, a jednak ugina się pod wpływem destrukcyjnych, pędzących myśli.            
     Oczywiście psychiatra wysyła mnie na psychoterapię, a tam terapeutka załamuje się, że oprawców nazywam cudownymi ludźmi. Cóż, po prostu wszędzie doszukuję się dobra, to moja metoda na przetrwanie. Dowiaduję się, że ogólnie nic mi nie dolega. Człowiek w żałobie, ot co. Zdrowa reakcja psychiki na stratę. A strata jest przeogromna, bezbrzeżna, nie dająca się opisać żadnymi słowami. W dodatku żałobę pogłębia fakt, iż moja wybranka wydaje się nie podzielać tego stanu. To nie tak, że chcę, aby cierpiała, nic z tych rzeczy. Skoro jestem ciężarem na jej duszy, niech będzie wolna! Niczego nie pragnę bardziej od szczęścia mojej ukochanej. Niemniej, objaw ten, a raczej jego brak bardzo mnie zasmucił. Oznaczałoby to jedynie tyle, że wszystko, co zbudowałyśmy, naprawdę nic dla niej nie znaczyło. Ze spokojem, a może nawet ulgą wyrzuciła moją osobę w otchłań. Jej strwożoną duszę przejmują zupełnie inne rzeczy, ważniejsze, priorytetowe. Myśl, że mogłabym należeć do jednej z nich jest strasznym grzechem, żałosną naiwnością. Ona nie dopuszcza mnie do siebie, nie chce przyjąć mojej miłości, wybudowała naprawdę potężny mur. Pragnę zrobić wszystko, aby pomóc, żadne jej cierpienie nie uchodzi mojej uwadze. Jednakże, o zgrozo… Nie byłam świadoma, że… Moja obecność pogłębia jej ból. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale czy wszystko należy ogarniać rozumem? Byłam i wciąż jestem gotowa zmienić wszystko, ale to na nic, bo ona stanowczo odmawia. 
    Choć noszę w sobie pokłady zrozumienia, czasem coś się we mnie burzy, wtem powstaje prawdziwy buntownik. Moralizatorski głos w głowie podpowiada, że izolowanie się od bliskich osób nie jest rozwiązaniem żadnego problemu. Ale cóż ja mogę zrobić? Nie będę tego powtarzać jak magicznej mantry, ponieważ to oczywiste. „Po prostu przestań się miotać, ona cię nie chcę, rozumiesz? Chce być sama, już nic nie możesz zrobić” - odzywa się kolejny głos, a ja blednę. Te słowa są okrutne, bezwzględne, ale do cna prawdziwe. Już całkowicie opadam z sił, ale to jeszcze nie koniec. Chore serce się nie podda, choćby wszystko podkreślało bezsens jego działań. Niebawem wstanę i znowu zaczepię się tej najmniejszej iskierki nadziei. 
    W myślach przemierzam Prądnicką, Bratysławską, Długą, Szewską, Sławkowską, Grodzką, rynek, idę też brzegiem Wisły, ale i to staje się nie do zniesienia. Bo wszędzie tam zostawiła siebie - nie cząstkę, ale ogromne części, które tworzą całe moje szczęście. Jednak to wszystko poszarzało i wyblakło. Bo tylko jej obecność nadaje kolor miejscom, wydarzeniom czy nawet ulotnym chwilom. A więc znów wracam na ziemię, na Starą Hutę, gdzie Plac Centralny zawstydza swoim majestatem. Spaceruję Strugą i  zaciskam pieści, marząc, aby znów przenieść się do liceum. Aby znów umęczona stosem kartkówek codziennie wysiadać z autobusu numer 193. Idę na osiedle Szkolne i uśmiecham się, gdy mijam internat, w którym mieszkałam. Teraz chowa dziesiątki innych umęczonych kartkówkami umysłów.   
    Kiedy zapada zmrok, posłusznie przełykam gorycz wraz z Ketrelem i Hydroxyzinum. Cierpliwie czekam, aż na moich powiekach spocznie senna kotara, a wtedy oddam się we władanie koszmarów. A to wszystko po to, by obudzić się w kolejnej zmorze. To naprawdę ekscentryczna ceremonia, wręcz pokusiłabym się o stwierdzenie, że beznadziejna i bezsensowna. Ale to nie wszystko, bo każdej nocy gdzieś pomiędzy jawą, a snem, mówię na głos: „Dobranoc, B****, kocham Cię”, mając przed oczami twarz, którą jeszcze niedawno widziałam każdego pięknego poranka. 

20 stycznia 2023

Czy ludzie się zmieniają? Myślenie zero-jedynkowe #10 (z serii: kontrowersyjne tematy)

Jednym z najczęściej występujących zniekształceń poznawczych jest myślenie dychotomiczne, czyli innymi słowy zero-jedynkowe lub też czarno-białe.  


Dlaczego to zjawisko jest tematem mojego dzisiejszego posta? Przecież psychologia już dobrze wyjaśniła ten mechanizm (polecam się nad tym pochylić!). Ale no, właśnie - psychologia. A ja chciałabym poruszyć ten temat od strony filozoficznej, może nawet metafizycznej, ale bardziej na zasadzie gdybania. Takie luźne obserwacje i przemyślenia spisane na kartce papieru (a raczej na łamach bloga, ale to tylko szczegół).


Swoje rozważania chciałabym zacząć od nakreślenia, co zainspirowało mnie do napisania poniższego tekstu. Otóż, ostatnimi czasy przesłuchałam świetny wywiad z Dodą, który przeprowadził Karol Paciorek. Zadał on rewelacyjne pytanie, mianowicie: czy ludzie się zmieniają? Oboje mieli odmienne zdanie: Doda stwierdziła, że tak, a Karol, że nie. 


Idealny przykład myślenia dychotomicznego! Pytanie jest niebywale trudne, ponieważ sam proces przemiany (lub nie-przemiany) jest niebywale skomplikowany, złożony, składający się z multum czynników oraz przeróżnych zależności i motywów. 


A więc jaka jest moja odpowiedź? Tak i nie. Ludzie się zmieniają lub nie zmieniają. Mam na myśli, że każdy z nas się zmienia i nie zmienia w obrębie różnych aspektów życiowych. Każdy z nas ma własne tępo, natężenie i kondensację zmian. Wszyscy doświadczamy przemijania, a stałość w świecie po prostu nie istnieje. Aczkolwiek, jak już wcześniej wspominałam, to bardzo skomplikowany temat, a co za tym idzie, nie ma żadnych jednoznacznych odpowiedzi. Trzeba zatem odpowiedzieć szerzej. 


Jednak zanim przejdę do wyjaśnień, chciałabym przytoczyć myśl Dody dotyczącą tematu poruszonego we wspomnianym wywiadzie. Otóż, piosenkarka zasugerowała, że jeśli ludzie się zmieniają to zawsze na plus. Twierdzi, że ten proces zawsze występuje pod postacią szeroko rozumianego rozwoju. Moja pierwsza myśl? Motywacją Dody do takiego myślenia jest wiara w ludzi. Można też powiedzieć prościej - optymizm. Przyznam, że osobiście mnie to poruszyło, sama bardzo lubię i cenię ludzi, w związku z tym pokładam w nich nadzieję. Jednakże, choć myślenie w pełni obiektywne stanowi dla nas niemożliwość, ponieważ jesteśmy ludźmi, a co za tym idzie - mamy ludzkie ograniczenia spowodowane między innymi lękami czy różnymi mechanizmami obronnymi, powinniśmy pracować nad panowaniem nad skrajnym subiektywizmem. Co mam na myśli? Chodzi o to, że należy pochylać się nad informacjami, które masowo napływają do nas ze świata. Nie przyjmować ich za pewnik, ale weryfikować w miarę możliwości. Nie kierować się uprzedzeniami bądź naiwnym tolerowaniem wszystkiego. Dlatego ślepa wiara w ludzi może stanowić zagrożenie. Nie zrozumcie mnie źle, bez zaufania świat już dawno legł by w gruzach, to bardzo ważna wartość - fundament, na którym opierają się wszystkie relacje międzyludzkie. Ufać trzeba, ale z rozsądkiem.


A więc jak to według mnie jest z tym procesem zmiany? Jak już wcześniej powiedziałam - każdy z nas zmienia się lub nie zmienia w różnych aspektach życia. Od czego to zależy? Dosłownie od ogromu różnych czynników, m.in. od charakteru (na który składają się cechy stale i niestałe) czy od siły osobistych przekonań (jednak uwaga: mamy na to wpływ, wystarczy brać pod uwagę ludzką omylność… Ale jak wiemy - nie za bardzo lubimy się przyznawać do błędów, lekko mówiąc). Ponadto, zmieniamy się pod wpływem czasu oraz środowiska, które nas wychowało i w którym przebywamy. Ja najchętniej skupiłabym się na pierwszym czynniku, bo charakter jest na tyle złożony, że i w nim możemy wytypować multum kolejnych czynników, które wpływają na proces zmiany lub nie-zmiany.


Wcześniej powiedziałam o uprzedzeniach i naiwnym tolerowaniu wszystkiego - to ma związek z siłą ludzkich przekonań, inaczej mówiąc światopoglądem. Ktoś by powiedział: „w porządku, ale poglądy zależą głównie od środowiska, w jakim przebywamy”. Tak! Ale… Spójrzmy szerzej: mamy cechy charakteru czy też osobowości, które doskonale podpowiadają nam, jakimi ludźmi chcemy się otaczać. Niektórzy z nas są bardziej lub mniej podatni na wpływy, poza tym w wyborze towarzystwa kierujemy się wspólnymi interesami i ogólnymi podobieństwami. Tak też jest z przekonaniami - podobają się nam takie, które są bliskie naszym osobowościom (kolejne utrudnienie: osobowość się kształtuje, a więc zmienia!). Widzicie, ile tu zachodzi zależności? Jakie to skomplikowane? 


Zarówno światopogląd jak i otoczenie należą do aspektów, które ZAWSZE w większym lub mniejszym stopniu zmieniają się na przełomie ludzkiego życia. Mimo że wydaje się nam, że tak wcale nie jest - czas ma ogromną moc, zaufajcie mi.


Jednakże, na podstawie własnych doświadczeń doszłam do nieco przykrego, ale jednak szczerego do bólu faktu. Otóż, ludzie się zmieniają głównie wtedy, gdy uznają to za słuszne. Ściślej: wtedy, gdy im się to OPŁACA. W tym kontekście to słowo wydaje się być brzydkie, dlatego odczułam smutek, kiedy uzmysłowiłam sobie ten fakt. Co mam na myśli? Na przykład: jeśli twój partner cię kocha i mu na tobie zależy, naturalnie będzie dążył do tego, aby być jak najlepszy w związku. Ale jeśli jest przeciwnie, jeśli twój partner uzna, że wcale nie jesteś WARTY tego, aby się dla ciebie trochę wysilić - szybka kalkulacja: zmiana po prostu się nie opłaca. Może trwać z tobą w związku, ale nie uda ci się poprawiać jego jakości, jeśli ukochana osoba uzna, że nie opłaca się jej uznawać twoich uczuć. Tak też jest ogólnie we wszystkich relacjach międzyludzkich. 


Dostrzegacie analogie? Zmieniamy się, gdy nam się to opłaca i nie zmieniamy, gdy się nie opłaca. Tak się dzieje w różnych aspektach życia, nie tylko w miłości. Na przykład wiara jest dobrym przykładem, ponieważ tutaj śmiało wysunę tezę, że istnieją ludzie, którzy pod wpływem religijnej rodziny (środowisko) i dla poczucia bezpieczeństwa (charakter) potrzebuje pokładać ufność w bycie wyższym i trwa w tym stanie do końca życia. Zauważcie, że czynnikiem potwierdzającym moją tezę o opłacalności jest poczucie bezpieczeństwa. Jednak, żeby nie generalizować, a z całych sił wystrzegam się, aby tego nie robić - z pewnością znajdą się osoby, których wiara jest oparta na czystej miłości do absolutu.


Bardzo dobrym przykładem jest też praca, gdzie pensja często koreluje z naszym zapałem do wykonywania obowiązków. Opłaca się wysilać, gdy zarobimy dużo, ale nie opłaca, gdy otrzymamy małe wynagrodzenie. Ale znajda się również osoby, które w każdych warunkach będą pracować równie wytrwale. Także jak widzicie, pracowitość może stanowić pojęcie względne! 


A swoją drogą, jak już dwa akapity wyżej  dotarliśmy do generalizacji… To zjawisko również należy do błędów poznawczych. Nie istnieje taka grupa ludzi, w której byłyby takie same jednostki o identycznym zachowaniu. Hm, myślę, że większość z nas na racjonalnym poziomie zdaje sobie z tego sprawę, jednak emocje biorą górą. Znacie to? Ja aż za dobrze, ale dzięki temu, że mam dosyć wysoką samoświadomość, zawsze wiem, skąd się to bierze i próbuję pohamować zachowania, w którym uogólniam. A najczęściej bierze się to z… A jak! Poczucia skrzywdzenia oczywiście. Raz, że odzywa się w nas prymitywne, nieinteligentne i małostkowe ego, które domaga się zadośćuczynienia, jest wiecznie nastroszone i obrażone, to z drugiej strony mamy do czynienia ze zwykłym ludzkim poczuciem skrzywdzenia. Ale trzeba nad tym panować, trzeba uczyć się kontrolować swoje emocje i żal tak, aby nie prowadziły do kolejnych krzywd. Najmądrzejszą rzeczą jest przerwać to błędne koło. Wiem, że to niebywale trudne, ale zaufajcie mi - jednocześnie jest to niesamowicie wyzwalające. 


Oczywiście warto dodać, że obok generalizacji negatywnej, istnieje też pozytywna. Ale oby was to nie zwiodło, bo nie ma w tym nic dobrego. Każdego rodzaju uogólnianie rodzi niebezpieczeństwa w postaci zamykania się na innych albo niedostrzegania różnych nieprawidłowości w danych grupach. 


A co z pozoru niewinnymi słowami typu: „każdy”, „nikt”, „zawsze”, „wszędzie”, „nigdy”, „wszystko” i „nic”? Faktycznie, w wielu kontekstach są tylko niewinnymi słowami oddającymi rzeczywistość. Jednak używanie ich w momentach, w których kierujemy się emocjami, znów łatwo może dojść do błędu poznawczego. „Żaden katolik nie może być tolerancyjny”, „każdy gej chodzi na marsze równości z plastikowym penisem na czole”, „nigdy nie przytrafia mi się nic dobrego”, „już zawsze będę górą”, „wszyscy są źli”. Czy aby na pewno? Powyższe zdania sugerują, że wypowiadający cierpi albo na syndrom skrzywdzenia, albo syndrom chwili. Ten pierwszy już omawialiśmy, a jeśli chodzi o ten drugi - po prostu ludzie często zapominają, że chwile są ulotne. Nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza emocje. Jeżeli w danej chwili czujemy się szczęśliwi, gdy wszystko idzie pomyślnie, jesteśmy przekonani, że już zawsze tak będzie. A jeżeli jest zupełnie przeciwnie, gdy sądzimy, że cały świat nastawił sie przeciwko nam, jeszcze mocniej żywimy przekonanie, że sytuacja się już nie zmieni. Jak myślicie dlaczego? Ponieważ negatywne emocje mają większą siłę niż pozytywne. Przykre, ale prawdziwe, z ewolucyjnego punktu widzenia naprawdę sensowne. Ale fakty są takie: po burzy przychodzi słońce. Zło musi istnieć obok dobra, aby była równowaga. Chwile przemijają. 


Kluczem do szeroko rozumianej pomyślności jest samoświadomość, nauka kontrolowania własnych emocji i zachowań, a także umiejetność bycia wyważonym. Trzeba pamiętać, że nie istnieją obiektywne, bezwzględne dwa bieguny, na których plasują się: dobro i zło, piękno i brzydota, i tak dalej. Człowiek wymyślił dużo umownych, względnych zjawisk. Jednak trzeba pamiętać: nic nie jest zero-jedynkowe i większość rzeczy znajduje się gdzieś po środku. 


Mówi się, że medal ma dwie strony, a mnie najbardziej interesuje ich spoiwo.

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X