Przemierzam szerokie ulice w nadziei, że po drodze odnajdę magiczny lek dla konającej duszy. Jednak nic z tego, ból uporczywie narasta. Im głębsza staje się cisza między nami, tym bardziej cierpię. Czas wcale nie jest sprzymierzeńcem, to bzdury. Mój mózg zupełnie nie rozumie idei czekania, ponieważ serce po prostu pragnie przy niej bić. Ono bije dla niej. Nie ma w tym nic skomplikowanego. Jednakże, zamęt jaki stworzyła ta jedna decyzja, ta jedna chwila wywróciła moją chemię mózgu do góry nogami. Mimo wszystko jeszcze nie całkiem postradałam rozum, myślę klarownie, choć niespokojnie. Za to sen poszedł w niepamięć. Nie ma mowy o położeniu się do łóżka bez analizowania każdego, pojedynczego słowa. Całkowicie straciłam kontrolę nad myślami, które zerwały się niczym szaleńczy nurt wody pod złamaną zaporą. Porwały mnie ze sobą i nie jestem w stanie dotrzeć do brzegu, na którym panuje spokój. Nie stanę się obiektywnym obserwatorem własnych myśli. Przeciwnie, zaczynam się topić, dławię się wszystkimi lękami oraz wydarzeniami, które wcale nie miały stać się wspomnieniami. Ponadto krztuszę się absurdalnością całej sytuacji oraz tym, że nie potrafię jej pojąć. Analizuję bez końca, zupełnie bezwolnie, bez żadnych efektów. Stałam się swoimi myślami, choć to psychologiczna pułapka. I niech nikt nie pomyśli, że ten stan gnębi mnie od niedawna, ponieważ on trwa od wielu lat. Wielka, nieustanna gonitwa z własnymi myślami, niczym gra w berka. Szalona walka o parę godzin spokojnego snu, która rozgrywa się każdej nocy.
Wycieńczone ciało w końcu się poddaje, już nie ma sił, by dalej toczyć bój. Po niebywale długim maratonie wiercenia się w łóżku, zasypiam. Śpię snem lekkim, ponieważ ciało jest w fazie czuwania, musi być gotowe do walki w każdej chwili. Koszmary bezlitośnie męczą skołatany mózg, ale w sercu rodzi się nadzieja, że to wszystko to tylko złe sny. Niestety, pobudka szybko weryfikuje rzeczywistość - to naprawdę się dzieje. Zostałam pozbawiona domu, którym były jej ramiona. Ponadto, zupełnie nie rozumiem dlaczego konam w odmętach jej pamięci. To absurdalne, jak gdyby cztery lata budowania relacji były jedynie opowieścią spisaną ołówkiem na kartce papieru. Kartka się zawieruszyła albo jakaś bezlitosna dłoń po prostu wymazała całą treść. Wtem organizm na nowo odcina się od snu i jak narkoman na głodzie, staje się pobudzony i gotowy do walki o odzyskanie swej ukochanej codzienności. Biedny nie rozumie, że nie ma o co. Ona beze mnie rozkwita niczym najpiękniejszy kwiat. A to wszystko, co „nasze”, co ma dla mnie tak ogromne znaczenie, dla niej prawdopodobnie jest po prostu miłym ciągiem wydarzeń, niczym więcej.
Nie wiedzieć czemu, mój mózg szaleńczo domaga się nikotyny, jakby ta wraz z dymem miała uwolnić wszystkie przygniatające uczucia. Żałosny akt autoagresji, stopniowej autodestrukcji tłumaczony przez niby najmądrzejszy gatunek zszarganymi nerwami. W portfelu zostały mi ostatnie grosze, więc głupotą byłoby je wydać na paczkę papierosów, więc tylko z zazdrością łypię wzrokiem na palących przechodniów.
Choć Stara Huta przyjęła mnie do siebie jak matka, która wie wszystko, to nie wystarczyło, żebym poczuła się jak w domu. Kręci mi się w głowie, gdy spaceruję nad Zalewem Nowohuckim, gdy mijam dworek Matejki i pobliski plac zabaw. Odtwarzam całą trasę, którą spacerowałyśmy i ból uderza ze zdwojoną mocą. Nigdy nie chciałam, aby jakakolwiek nasza wspólna chwila przeobraziła się we wspomnienie. Wspomnienie mimo że może być najprzyjemniejsze na świecie, jest objawem choroby, którą cierpiący odczuwa na poziomie mostka, po lewej stronie. Choroba ta atakuje serce. Organ pęka, łamie się na kawałki, po prostu kruszy. Zaczyna krwawić dosłownie zewsząd, a bezradni lekarze załamują ręce i z przykrością informują o nieuleczalnej chorobie. Mój mistrz i mentor, sam Adam Mickiewicz również cierpiał na tę przypadłość. Jego słowa huczą w mojej głowie: "Kto miłości nie zna, ten żyje szczęśliwy, i noc ma spokojną i dzień nietęskliwy". A więc to tak, kolejna dusza umiera przez miłość.
Każda noc jest niespokojna, a dzień niebywale nietęskliwy. Psychiatra oczywiście nie znajduje leku na chorobę zwaną Miłość, jednakże próbuje załagodzić jej skutki, sprawić, by umieranie stało się mniej dotkliwe. Chce otumanić zwodnicze myśli, przytępić ich ostrza raniące jak brzytwy. I to wszystko po to, bym po prostu mogła zasnąć. Proponuje mi Ketrel, ach, cóż za wymowna sugestia. Lekarka subtelnie podsuwa diagnozę, że piękne życie u boku ukochanej było moim wymysłem, omamem, grą chorego mózgu. Wszystko sobie wyśniłam, przywidziałam, to urojenia naiwnej schizofreniczki. Ależ... Ależ ja tylko pragnę móc spać. Przyznaję lekarce, że biorę Hydroxyzinum, ale wszystkie moje lęki i niepokoje śmieją się w twarz pochodnej piperazyny. Nic sobie z niej nie robią. Nadaremno zatruwam organizm. Cóż, jak pragnę snu, to nie mam wyboru, trzeba działać dalej, więc niech i Ketrel rozgości się w rozchwianej chemii mózgu. Kwetiapina jest zdecydowanie silniejszym preparatem niż pochodna piperazyny, a jednak ugina się pod wpływem destrukcyjnych, pędzących myśli.
Oczywiście psychiatra wysyła mnie na psychoterapię, a tam terapeutka załamuje się, że oprawców nazywam cudownymi ludźmi. Cóż, po prostu wszędzie doszukuję się dobra, to moja metoda na przetrwanie. Dowiaduję się, że ogólnie nic mi nie dolega. Człowiek w żałobie, ot co. Zdrowa reakcja psychiki na stratę. A strata jest przeogromna, bezbrzeżna, nie dająca się opisać żadnymi słowami. W dodatku żałobę pogłębia fakt, iż moja wybranka wydaje się nie podzielać tego stanu. To nie tak, że chcę, aby cierpiała, nic z tych rzeczy. Skoro jestem ciężarem na jej duszy, niech będzie wolna! Niczego nie pragnę bardziej od szczęścia mojej ukochanej. Niemniej, objaw ten, a raczej jego brak bardzo mnie zasmucił. Oznaczałoby to jedynie tyle, że wszystko, co zbudowałyśmy, naprawdę nic dla niej nie znaczyło. Ze spokojem, a może nawet ulgą wyrzuciła moją osobę w otchłań. Jej strwożoną duszę przejmują zupełnie inne rzeczy, ważniejsze, priorytetowe. Myśl, że mogłabym należeć do jednej z nich jest strasznym grzechem, żałosną naiwnością. Ona nie dopuszcza mnie do siebie, nie chce przyjąć mojej miłości, wybudowała naprawdę potężny mur. Pragnę zrobić wszystko, aby pomóc, żadne jej cierpienie nie uchodzi mojej uwadze. Jednakże, o zgrozo… Nie byłam świadoma, że… Moja obecność pogłębia jej ból. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale czy wszystko należy ogarniać rozumem? Byłam i wciąż jestem gotowa zmienić wszystko, ale to na nic, bo ona stanowczo odmawia.
Choć noszę w sobie pokłady zrozumienia, czasem coś się we mnie burzy, wtem powstaje prawdziwy buntownik. Moralizatorski głos w głowie podpowiada, że izolowanie się od bliskich osób nie jest rozwiązaniem żadnego problemu. Ale cóż ja mogę zrobić? Nie będę tego powtarzać jak magicznej mantry, ponieważ to oczywiste. „Po prostu przestań się miotać, ona cię nie chcę, rozumiesz? Chce być sama, już nic nie możesz zrobić” - odzywa się kolejny głos, a ja blednę. Te słowa są okrutne, bezwzględne, ale do cna prawdziwe. Już całkowicie opadam z sił, ale to jeszcze nie koniec. Chore serce się nie podda, choćby wszystko podkreślało bezsens jego działań. Niebawem wstanę i znowu zaczepię się tej najmniejszej iskierki nadziei.
W myślach przemierzam Prądnicką, Bratysławską, Długą, Szewską, Sławkowską, Grodzką, rynek, idę też brzegiem Wisły, ale i to staje się nie do zniesienia. Bo wszędzie tam zostawiła siebie - nie cząstkę, ale ogromne części, które tworzą całe moje szczęście. Jednak to wszystko poszarzało i wyblakło. Bo tylko jej obecność nadaje kolor miejscom, wydarzeniom czy nawet ulotnym chwilom. A więc znów wracam na ziemię, na Starą Hutę, gdzie Plac Centralny zawstydza swoim majestatem. Spaceruję Strugą i zaciskam pieści, marząc, aby znów przenieść się do liceum. Aby znów umęczona stosem kartkówek codziennie wysiadać z autobusu numer 193. Idę na osiedle Szkolne i uśmiecham się, gdy mijam internat, w którym mieszkałam. Teraz chowa dziesiątki innych umęczonych kartkówkami umysłów.
Kiedy zapada zmrok, posłusznie przełykam gorycz wraz z Ketrelem i Hydroxyzinum. Cierpliwie czekam, aż na moich powiekach spocznie senna kotara, a wtedy oddam się we władanie koszmarów. A to wszystko po to, by obudzić się w kolejnej zmorze. To naprawdę ekscentryczna ceremonia, wręcz pokusiłabym się o stwierdzenie, że beznadziejna i bezsensowna. Ale to nie wszystko, bo każdej nocy gdzieś pomiędzy jawą, a snem, mówię na głos: „Dobranoc, B****, kocham Cię”, mając przed oczami twarz, którą jeszcze niedawno widziałam każdego pięknego poranka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zachęcam do dyskusji i komentowania. Będę wdzięczna za każde słowo. Pamiętajcie, że robię to dla was i wszelka opinia jest bardzo mile widziana.