Jednym z najczęściej występujących zniekształceń poznawczych jest myślenie dychotomiczne, czyli innymi słowy zero-jedynkowe lub też czarno-białe.
Dlaczego to zjawisko jest tematem mojego dzisiejszego posta? Przecież psychologia już dobrze wyjaśniła ten mechanizm (polecam się nad tym pochylić!). Ale no, właśnie - psychologia. A ja chciałabym poruszyć ten temat od strony filozoficznej, może nawet metafizycznej, ale bardziej na zasadzie gdybania. Takie luźne obserwacje i przemyślenia spisane na kartce papieru (a raczej na łamach bloga, ale to tylko szczegół).
Swoje rozważania chciałabym zacząć od nakreślenia, co zainspirowało mnie do napisania poniższego tekstu. Otóż, ostatnimi czasy przesłuchałam świetny wywiad z Dodą, który przeprowadził Karol Paciorek. Zadał on rewelacyjne pytanie, mianowicie: czy ludzie się zmieniają? Oboje mieli odmienne zdanie: Doda stwierdziła, że tak, a Karol, że nie.
Idealny przykład myślenia dychotomicznego! Pytanie jest niebywale trudne, ponieważ sam proces przemiany (lub nie-przemiany) jest niebywale skomplikowany, złożony, składający się z multum czynników oraz przeróżnych zależności i motywów.
A więc jaka jest moja odpowiedź? Tak i nie. Ludzie się zmieniają lub nie zmieniają. Mam na myśli, że każdy z nas się zmienia i nie zmienia w obrębie różnych aspektów życiowych. Każdy z nas ma własne tępo, natężenie i kondensację zmian. Wszyscy doświadczamy przemijania, a stałość w świecie po prostu nie istnieje. Aczkolwiek, jak już wcześniej wspominałam, to bardzo skomplikowany temat, a co za tym idzie, nie ma żadnych jednoznacznych odpowiedzi. Trzeba zatem odpowiedzieć szerzej.
Jednak zanim przejdę do wyjaśnień, chciałabym przytoczyć myśl Dody dotyczącą tematu poruszonego we wspomnianym wywiadzie. Otóż, piosenkarka zasugerowała, że jeśli ludzie się zmieniają to zawsze na plus. Twierdzi, że ten proces zawsze występuje pod postacią szeroko rozumianego rozwoju. Moja pierwsza myśl? Motywacją Dody do takiego myślenia jest wiara w ludzi. Można też powiedzieć prościej - optymizm. Przyznam, że osobiście mnie to poruszyło, sama bardzo lubię i cenię ludzi, w związku z tym pokładam w nich nadzieję. Jednakże, choć myślenie w pełni obiektywne stanowi dla nas niemożliwość, ponieważ jesteśmy ludźmi, a co za tym idzie - mamy ludzkie ograniczenia spowodowane między innymi lękami czy różnymi mechanizmami obronnymi, powinniśmy pracować nad panowaniem nad skrajnym subiektywizmem. Co mam na myśli? Chodzi o to, że należy pochylać się nad informacjami, które masowo napływają do nas ze świata. Nie przyjmować ich za pewnik, ale weryfikować w miarę możliwości. Nie kierować się uprzedzeniami bądź naiwnym tolerowaniem wszystkiego. Dlatego ślepa wiara w ludzi może stanowić zagrożenie. Nie zrozumcie mnie źle, bez zaufania świat już dawno legł by w gruzach, to bardzo ważna wartość - fundament, na którym opierają się wszystkie relacje międzyludzkie. Ufać trzeba, ale z rozsądkiem.
A więc jak to według mnie jest z tym procesem zmiany? Jak już wcześniej powiedziałam - każdy z nas zmienia się lub nie zmienia w różnych aspektach życia. Od czego to zależy? Dosłownie od ogromu różnych czynników, m.in. od charakteru (na który składają się cechy stale i niestałe) czy od siły osobistych przekonań (jednak uwaga: mamy na to wpływ, wystarczy brać pod uwagę ludzką omylność… Ale jak wiemy - nie za bardzo lubimy się przyznawać do błędów, lekko mówiąc). Ponadto, zmieniamy się pod wpływem czasu oraz środowiska, które nas wychowało i w którym przebywamy. Ja najchętniej skupiłabym się na pierwszym czynniku, bo charakter jest na tyle złożony, że i w nim możemy wytypować multum kolejnych czynników, które wpływają na proces zmiany lub nie-zmiany.
Wcześniej powiedziałam o uprzedzeniach i naiwnym tolerowaniu wszystkiego - to ma związek z siłą ludzkich przekonań, inaczej mówiąc światopoglądem. Ktoś by powiedział: „w porządku, ale poglądy zależą głównie od środowiska, w jakim przebywamy”. Tak! Ale… Spójrzmy szerzej: mamy cechy charakteru czy też osobowości, które doskonale podpowiadają nam, jakimi ludźmi chcemy się otaczać. Niektórzy z nas są bardziej lub mniej podatni na wpływy, poza tym w wyborze towarzystwa kierujemy się wspólnymi interesami i ogólnymi podobieństwami. Tak też jest z przekonaniami - podobają się nam takie, które są bliskie naszym osobowościom (kolejne utrudnienie: osobowość się kształtuje, a więc zmienia!). Widzicie, ile tu zachodzi zależności? Jakie to skomplikowane?
Zarówno światopogląd jak i otoczenie należą do aspektów, które ZAWSZE w większym lub mniejszym stopniu zmieniają się na przełomie ludzkiego życia. Mimo że wydaje się nam, że tak wcale nie jest - czas ma ogromną moc, zaufajcie mi.
Jednakże, na podstawie własnych doświadczeń doszłam do nieco przykrego, ale jednak szczerego do bólu faktu. Otóż, ludzie się zmieniają głównie wtedy, gdy uznają to za słuszne. Ściślej: wtedy, gdy im się to OPŁACA. W tym kontekście to słowo wydaje się być brzydkie, dlatego odczułam smutek, kiedy uzmysłowiłam sobie ten fakt. Co mam na myśli? Na przykład: jeśli twój partner cię kocha i mu na tobie zależy, naturalnie będzie dążył do tego, aby być jak najlepszy w związku. Ale jeśli jest przeciwnie, jeśli twój partner uzna, że wcale nie jesteś WARTY tego, aby się dla ciebie trochę wysilić - szybka kalkulacja: zmiana po prostu się nie opłaca. Może trwać z tobą w związku, ale nie uda ci się poprawiać jego jakości, jeśli ukochana osoba uzna, że nie opłaca się jej uznawać twoich uczuć. Tak też jest ogólnie we wszystkich relacjach międzyludzkich.
Dostrzegacie analogie? Zmieniamy się, gdy nam się to opłaca i nie zmieniamy, gdy się nie opłaca. Tak się dzieje w różnych aspektach życia, nie tylko w miłości. Na przykład wiara jest dobrym przykładem, ponieważ tutaj śmiało wysunę tezę, że istnieją ludzie, którzy pod wpływem religijnej rodziny (środowisko) i dla poczucia bezpieczeństwa (charakter) potrzebuje pokładać ufność w bycie wyższym i trwa w tym stanie do końca życia. Zauważcie, że czynnikiem potwierdzającym moją tezę o opłacalności jest poczucie bezpieczeństwa. Jednak, żeby nie generalizować, a z całych sił wystrzegam się, aby tego nie robić - z pewnością znajdą się osoby, których wiara jest oparta na czystej miłości do absolutu.
Bardzo dobrym przykładem jest też praca, gdzie pensja często koreluje z naszym zapałem do wykonywania obowiązków. Opłaca się wysilać, gdy zarobimy dużo, ale nie opłaca, gdy otrzymamy małe wynagrodzenie. Ale znajda się również osoby, które w każdych warunkach będą pracować równie wytrwale. Także jak widzicie, pracowitość może stanowić pojęcie względne!
A swoją drogą, jak już dwa akapity wyżej dotarliśmy do generalizacji… To zjawisko również należy do błędów poznawczych. Nie istnieje taka grupa ludzi, w której byłyby takie same jednostki o identycznym zachowaniu. Hm, myślę, że większość z nas na racjonalnym poziomie zdaje sobie z tego sprawę, jednak emocje biorą górą. Znacie to? Ja aż za dobrze, ale dzięki temu, że mam dosyć wysoką samoświadomość, zawsze wiem, skąd się to bierze i próbuję pohamować zachowania, w którym uogólniam. A najczęściej bierze się to z… A jak! Poczucia skrzywdzenia oczywiście. Raz, że odzywa się w nas prymitywne, nieinteligentne i małostkowe ego, które domaga się zadośćuczynienia, jest wiecznie nastroszone i obrażone, to z drugiej strony mamy do czynienia ze zwykłym ludzkim poczuciem skrzywdzenia. Ale trzeba nad tym panować, trzeba uczyć się kontrolować swoje emocje i żal tak, aby nie prowadziły do kolejnych krzywd. Najmądrzejszą rzeczą jest przerwać to błędne koło. Wiem, że to niebywale trudne, ale zaufajcie mi - jednocześnie jest to niesamowicie wyzwalające.
Oczywiście warto dodać, że obok generalizacji negatywnej, istnieje też pozytywna. Ale oby was to nie zwiodło, bo nie ma w tym nic dobrego. Każdego rodzaju uogólnianie rodzi niebezpieczeństwa w postaci zamykania się na innych albo niedostrzegania różnych nieprawidłowości w danych grupach.
A co z pozoru niewinnymi słowami typu: „każdy”, „nikt”, „zawsze”, „wszędzie”, „nigdy”, „wszystko” i „nic”? Faktycznie, w wielu kontekstach są tylko niewinnymi słowami oddającymi rzeczywistość. Jednak używanie ich w momentach, w których kierujemy się emocjami, znów łatwo może dojść do błędu poznawczego. „Żaden katolik nie może być tolerancyjny”, „każdy gej chodzi na marsze równości z plastikowym penisem na czole”, „nigdy nie przytrafia mi się nic dobrego”, „już zawsze będę górą”, „wszyscy są źli”. Czy aby na pewno? Powyższe zdania sugerują, że wypowiadający cierpi albo na syndrom skrzywdzenia, albo syndrom chwili. Ten pierwszy już omawialiśmy, a jeśli chodzi o ten drugi - po prostu ludzie często zapominają, że chwile są ulotne. Nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza emocje. Jeżeli w danej chwili czujemy się szczęśliwi, gdy wszystko idzie pomyślnie, jesteśmy przekonani, że już zawsze tak będzie. A jeżeli jest zupełnie przeciwnie, gdy sądzimy, że cały świat nastawił sie przeciwko nam, jeszcze mocniej żywimy przekonanie, że sytuacja się już nie zmieni. Jak myślicie dlaczego? Ponieważ negatywne emocje mają większą siłę niż pozytywne. Przykre, ale prawdziwe, z ewolucyjnego punktu widzenia naprawdę sensowne. Ale fakty są takie: po burzy przychodzi słońce. Zło musi istnieć obok dobra, aby była równowaga. Chwile przemijają.
Kluczem do szeroko rozumianej pomyślności jest samoświadomość, nauka kontrolowania własnych emocji i zachowań, a także umiejetność bycia wyważonym. Trzeba pamiętać, że nie istnieją obiektywne, bezwzględne dwa bieguny, na których plasują się: dobro i zło, piękno i brzydota, i tak dalej. Człowiek wymyślił dużo umownych, względnych zjawisk. Jednak trzeba pamiętać: nic nie jest zero-jedynkowe i większość rzeczy znajduje się gdzieś po środku.
Mówi się, że medal ma dwie strony, a mnie najbardziej interesuje ich spoiwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zachęcam do dyskusji i komentowania. Będę wdzięczna za każde słowo. Pamiętajcie, że robię to dla was i wszelka opinia jest bardzo mile widziana.