Bardzo lubię porównanie ludzkiej duszy do ogrodu. Zawsze mamy wpływ na to, co się dzieje wewnątrz i zawsze możemy odpowiednio zareagować na to, co dzieje się na zewnątrz. Zatem wyobraź sobie, że jesteś ogrodnikiem i zależy Ci, żeby Twój ogród porastały pięknie pachnące, zdrowe kwiaty. Dlaczego zatem miałbyś tolerować rosnące chwasty? Każdego dnia patrzyłbyś z obojętnością, jak zło wpuszcza korzenie w dobro, zatruwając tętniące życiem nerwy. Czekasz, mając nadzieję, że znikną tak samo niezauważalnie, jak się pojawiły. Naprawdę myślisz, że w ich miejsce urosną piwonie lub orchidee? Nic bardziej mylnego, intruza należy wyplenić, prędko unicestwić. Praktycznie wszystko, co cenne i wartościowe wymaga wysiłku. Pewnie pomyślałeś, że właśnie to czyni życie zmorą, co tylko potwierdza bezsens istnienia. W końcu bezustannie należy z czymś walczyć, mierzyć się i podejmować próby, które przecież mogą zakończyć się fiaskiem. Dla mnie właśnie praca, pielęgnacja i opieka nad tym, nad czym mi zależy, nadaje życiu piękno i sens. Nie cel, a przecież proces sprawia, że kwiaty w mojej duszy dojrzewają i zakwitają każdej wiosny. Nie ukrywam, że bardzo cieszą mnie owoce zbierane latem, ale czym byłyby one bez tych wszystkich prób, walk i wysiłku? Pustką. A czym byłyby owoce zatrute rozgoryczeniem, żalem, niepokojem i złymi intencjami? Skażone obecnością ludzi, którzy życzą mi źle? Trucizną.
11 października 2022
Wyrzucenie emocji
Jestem już tak zżyta z nienawiścią do siebie, że rzadko kiedy mi ona przeszkadza. Zastanawiam się nawet, czy to możliwe, aby dało się żyć w symbiozie z tak destrukcyjnym uczuciem. To stwierdzenie wydaje się absurdalne, bo w takim razie obie strony musiałyby mieć korzyści z takiego układu. I może mam. Kiedy tak spadam z hukiem, rozpadając się na milion nieistotnych istnień, dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że przez cały czas krążyłam w obłokach. I co najlepsze, wcale nie było mi niebiańsko, bardziej wierzyłam, że dopiero tak się stanie. Za każdym razem, gdy ktoś znów mnie krzywdzi albo gdy sama kolejny raz popełniam karygodny błąd, czuję się niebywale żałośnie, bo zawsze wierzę, że akurat teraz będzie inaczej.
00:00 nowy dzień, nowa nadzieja. I nie, wcale nie myślę, że wobec tego wszystkiego nadzieja jest matką głupich. Po prostu nie każdy ma zaszczyt doczekać się jej spełnienia.
Może właśnie przez takie sytuacje ta nienawiść do siebie zakorzenia się we mnie coraz mocniej, trwalej, intensywniej. Dawno, dawno temu przeszyła mnie tak mocno, że dziś nie widzę granicy między sobą a złem.
Przepraszam, muszę zrobić krótką dygresję, bo… Przysięgam, że nie mam intymniejszej relacji od tej z notatnikiem. Zawsze jest dla mnie otwarty i przyjmuje dosłownie wszystko. Wszelkie wątpliwości, nawet te, które wydają się być wręcz niestosowne. Pióro nigdy mnie nie oceniało, posłusznie zapisywało wszystkie emocje, które wylewały się strumieniami słów. Nawet te, które oburzyłyby cały świat. Wiele z tych myśli zostaje w notatniku do samego końca, bo nikt by ich nie zaakceptował. Dlatego nie przesadzam, gdy mówię, że pisanie jest dla mnie błogosławieństwem.
A jeśli chodzi o tę nienawiść do siebie, z drugiej strony trudno tak do końca się do niej przyzwyczaić. Stąd te wszystkie desperackie próby ucieczki od siebie. Gwałtowne, radykalne zmiany wyglądu, tożsamości, życia. Absolutnie na darmo, bowiem te zabiegi nie przyniosą niczego poza oszukiwaniem siebie i pogłębianiem problemu. To taki mój osobisty dramat, że ani nie jestem w stanie siebie zaakceptować (a co dopiero pokochać), ani od siebie uciec.
Każdego dnia próbuję zmotywować się do zrobienia miliona rzeczy, które w końcu nadałyby mojej osobie wartość. Mądrość, inteligencja, zdolności, mocne strony. Jestem wiecznie w pogoni za pięknymi wartościami, choć tyle razy sobie obiecałam, że naprawdę pogodzę się z rzeczywistością.
Nie ma mowy. Dopiero niedawno usłyszałam historię, która sprawiła, że w końcu uświadomiłam sobie coś druzgocącego, ale jakże prawdziwego. Mianowicie, nawet, jeśli spotka Cię tragedia, to wcale nie masz prawa oczekiwać punktu zwrotnego w swoim życiu. Druga połówka może zdradzić Cię z człowiekiem, który wyglada dosłownie jak Ty, możesz przez to wpaść w depresję, zaniedbać się, a następnie dowiedzieć się, że masz raka. W tym momencie, w którym będzie już za późno, aby wygrać z nim walkę. No, i niestety przegrywasz. Tylko sama do końca nie wiem z czym: czy z nowotworem, czy z życiem, które ewidentnie z Ciebie zadrwiło.
To mi przypomniało, że dobro wcale nie musi wracać, to żadna reguła. A więc nawet, jeśli zmienię się w stu procentach, wypruję żyły i oddam serce, druga osoba wcale nie musi go przyjmować. Kiedy coś się zawali, wcale nie musi powstać na nowo. Wiem, Głosie, że tam jesteś i ciągle posyłasz mi drwiące spojrzenie, wiem. Już od dzieciaka nieustępliwie powtarzasz: „jak możesz wierzyć, że ktoś jest w stanie cię pokochać, skoro sama doskonale wiesz, że jesteś kompletnie beznadziejna?”. No, jakoś tak wyszło, widzisz. Nie martw się, znów przestaję wierzyć.
To nienormalne, że zadając pytanie „co najbardziej cię uszczęśliwia” liczę na odpowiedź „ty”, co nie? Jestem pojebana, prawda? A wiesz, czytelniku (o ile tam w ogóle jesteś), co jest najśmieszniejsze? Że, gdyby ona zadała mi to pytanie, jest pierwszym, co przychodzi mi na myśl.
To serce przepełnia frustracja i nie ma w nim miejsca na moją miłość.
Kiedyś słyszałam jedynie „jesteś taka niepoprawna”, dziś jest nieco gorzej, choć wtedy byłam przekonana, że tamten tekst zwali mnie z nóg. Ale ustąpił on miejsca dosyć wymownemu zdaniu: „dwa razy więcej naczyń do zmycia, mniej miejsca w mieszkaniu i dwa razy więcej wydatków”. O jedną osobę za dużo. Na świecie jest za mało miejsca na mnie, a co dopiero w czyimś sercu?
Na pewno nie jedna osoba przyznałaby z uznaniem, że to niesamowite, że wciąż noszę w sobie tyle miłości. Ale po co to? Po co tyle pokładów miłości, skoro nikt nie chce jej przyjąć? Zwykłe marnotrastwo, a jak ogromne szkody… Czasem wręcz błagałam, żeby zwróciły mi te wszystkie kawałki serca. Już nawet nie musiało być w całości, serio. Po prostu jedyne, czego pragnęłam to odzyskać kontrolę i być wolna tak jak one.
Oczywiście, to też jest powód, dla którego moja nienawiść do siebie zaczyna mocniej pulsować i dawać się we znaki. Zaczyna żyć jak nigdy dotąd. Tak, personifikuję nienawiść do siebie, bo często słyszę jej głosy w głowie. Jest jakby moją drugą osobowością (albo może już jedyną? Nie wiem). A jeśli chodzi o to całe upokarzanie się w imię niczego… Wszyscy czasem widujemy porzucone hulajnogi elektryczne w trawie zimnej od rosy. Może to bardzo zabawne porównanie, ale kiedy tak przechodzę obok nich, robi mi się smutno, bo bywa, że tak się właśnie czuję. A na dodatek, jak wszyscy dobrze wiemy - ktoś wcześniej z tych hulajnóg korzystał. Chciałam to podkreślić, bowiem „korzystać” to najlepsze słowo.
Czy kiedykolwiek uda mi się zerwać z nienawiścią do siebie? Nie mam pojęcia, to wprawdzie bardzo toksyczny związek, ale niestety w pewnym momencie stał się spoiwem łączącym mnie ze światem. Stał się fundamentem mojej egzystencji, a w końcu całej mojej osoby. Przede wszystkim musiałabym udowodnić sobie własną wartościowość, a to wydaje się być niemożliwe, gdy nawet nie jestem w stanie patrzeć w lustro.