10 kwietnia 2023

Katharsis

Kiedy siadam do pisania tego tekstu, czuję ciepło wtulonego we mnie kota. Celebruję wolne popołudnie, popijając wino z kubka. Nie mam kieliszków i w tym momencie w ogóle tego nie żałuję, bo jest coś niebywale romantycznego w aromacie winogron, który osadza się na ceramice zamiast na szkle. Smak okazuje się być jeszcze lepszy, czyż to nie wspaniałe?

Fakt, że zachwyca mnie Nowa Huta, nie stanowi żadnej nowości. Niemniej, każdy jednorazowy spacer po tej dzielnicy przynosi zupełnie dziewicze doznania. Tutaj nie ma miejsca na deja vu, codziennie dostrzegam coś nowego, choć przysięgam, że znam to miejsce od lat. I choć zdecydowanie wolę, gdy jest jasno, nie mogę zaprzeczyć, że wieczory noszą w sobie ten wyjątkowy, magiczny pierwiastek. Wczorajszy wieczór był spokojny, taki jak zawsze - a jednak magiczny. I może właśnie ta harmonia sprawiła, że doznałam czegoś niezwykłego. Opowiem o tym i zadbam, żebyście odczuli każdy szczegół, tak żeby mój nastrój się wam udzielił. 

Zauważyłam, że wiele osób rezygnuje z wieszania zasłon, a może po prostu zapomina je zasuwać, a może to celowy zabieg? Po prostu od razu nasuwa mi się myśl, że pięknego i czystego serca się nie ukrywa, a raczej z dumą eksponuje. No, bo przecież... Czy nasze domy i mieszkania nie są odzwierciedleniem nas samych? Naszej codzienności, zmartwień, cech charakteru, przywiązania do pozostałych domowników? Zaglądam zaciekawiona, podniecona tymi wszystkimi wyeksponowanymi sercami. Nie, żebym była wścibska, nic z tych rzeczy. Po prostu, moi drodzy, uwielbiam te wszystkie większe i mniejsze spektakle wystawiane w oknach. Każdą z tych sztuk cechuje otwarta kompozycja, bowiem odbiorca sam musi wiele dopowiedzieć, odpowiedzieć na nurtujące go pytania. Tak było i w moim przypadku. W jednym z okien dostrzegam piętrzący się drapak i już wiem, że w tym spektaklu bierze udział kot. Domyślam się, że domownik lub domownicy przepadają za zwierzętami, może zwłaszcza za mruczkami. W następnym oknie widzę bujną roślinność, parapet zastawiony przeróżnymi kwiatami doniczkowymi, ale niestety nie przytoczę ich nazw, ponieważ nie mam wiedzy w tym zakresie. Bez żadnego namysłu wnioskuję, że w tym mieszkaniu kocha się kwiaty, a to wspaniałe. Przecież jesteśmy częścią natury, powinniśmy się nią opiekować, współżyć z nią. Gdy zaglądam przez kolejne okno, dostrzegam ogromną mapę zawieszoną na ciemnozielonej ścianie. Normalnie pomyślałabym, że to zdecydowanie za ciemny kolor, ale było w tym pokoju coś tak urzekającego, że zapragnęłam się w nim znaleźć. Przeleciało mi przez głowę, że tę przestrzeń na pewno zamieszkuje jakaś artystyczna dusza. Sama nie wiem dlaczego, po prostu odczułam taki klimat. W innym oknie widzę różowy pokój dziecięcy po brzegi wypełniony zabawkami. A więc tutaj swoje życie prowadzi owoc czyjejś miłości. Dziecko odgrywa bardzo ważną rolę absolutnie w każdym spektaklu, ponieważ symbolizuje czystość, niewinność i świeżość. Idę dalej, w następnym oknie dostrzegam ogromną bibliotekę wypełnioną książkami. Miłośnik literatury - zgaduję bez wahania. Od razu przypominam sobie cudowny zapach starych książek i ogarnia mnie spokój. Tam gdzie są książki, tam musi istnieć specyficzny rodzaj więzi, w dobrym znaczeniu oczywiście. Ale to już taka osobista teoria, po prostu literatura odgrywa w moim życiu ogromną rolę. Jestem przekonana, że ludzie, którzy oddają się czytaniu, rozumieją się lepiej, czują głębiej i widzą wyraźniej. 

Można by rzec, że to tylko pojedyncze elementy, a ja układam z nich całość. Widzę rodziny, dzieci, starsze osoby, czworonożnych przyjaciół i oni wszyscy biorą udział w ważnych przedstawieniach. I wcale nie przeszkadza mi otwarta kompozycja, przeciwnie, lubię być zmuszana do refleksji. Z przyjemnością zastanawiam się, czym na co dzień zajmują się poszczególni domownicy, kim są i co lubią robić w wolnym czasie. Zrobię krótką dygresję i powiem wam, że ogólnie lubię przyglądać się ludziom. Jestem absolutnie zakochana w ludziach i w ich codzienności. Wszyscy jesteśmy do siebie tak podobni, a jednocześnie tak różni, czy to nie zachwycające? Podczas wieczornego zaglądania w okna, również naszła mnie ta myśl: ależ jestem zakochana w ludziach. 

Kiedy tak oglądam te mniejsze i większe spektakle, w pewnych momentach dostrzegam w nich samą siebie. Gnieżdżę się w poszczególnych mieszkaniach, lokuję się jako cichy, niewidoczny lokator. Marzę, że kiedyś też będę mieć podobne ognisko domowe. Ogromną bibliotekę wypchaną książkami, obrazy na ścianach, salon rozświetlony ciepłym światłem. Ja, moja rodzina, którą stworzyMY.

Spaceruję tymi szerokimi chodnikami, typowymi dla Starej Huty i mijam innych. Pary, pojedyncze jednostki i tych z czworonożnymi przyjaciółmi. Przyznam wam, że na ten widok zaczynam uśmiechać się do siebie, bo... Jeszcze raz to powiem: Tak bardzo kocham ludzi. Ale muszę zaznaczyć, że wcale nie jest wcześnie, powoli dobija godzina dwudziesta druga. I właśnie za to cenię sobie większe miasta, one żyją niezależnie od godziny. Kiedy czuję się samotna, wychodzę o trzeciej nad ranem, mijam innych i już wiem, że wcale nie jestem sama. Tego wieczoru Zalew Nowohucki wręcz tętni życiem. Spacerują pary, kilka osób uprawia jogging, inni wyprowadzają swoje pupile na wieczorną toaletę. Czuję się idealnie w tym towarzystwie, jakby nie bez powodu wszyscy znaleźliśmy się właśnie tam, o tej porze, w takiej konfiguracji. Jestem sobie wdzięczna za ten wieczór, można powiedzieć, że zabrałam siebie na randkę, którą zaliczam do jednej z najlepszych w całym życiu. 

Kiedy już idę drogą powrotną do domu, rozładowuje się telefon. Zdejmuję słuchawki i zaczynam wsłuchiwać się w ciszę, która mnie wręcz pochłania. Jest niebywale przyjemna, kojąca. Wiatr ustał, widocznie poszedł spać. Wieczór jest ciepły, piękny. Przyglądam się tym szerokim ulicom i chodnikom, monumentalnym budynkom i bujnej zieleni, w którą wdała się wiosna. Znowu dotarło mnie to, jak bardzo kocham życie i jak bardzo pragnę żyć. 

Moi, drodzy, żeby nie przedłużać, bo alkohol daje się we znaki, powiem wam jedno: Doznałam prawdziwego katharsis. 

5 kwietnia 2023

Krótki tekst o moim rozwoju, mam nadzieję, że nowym, lepszym rozdziale w życiu :)

Oczami wyobraźni widzę siebie jako nowo powstające życie, konkretnie roślinę. Wyłaniam się z bujnych korzeni, które powolutku, ale uporem rozrastają się pod powierzchnią ziemi. Mija chwila i dostrzegam również mnóstwo pędów, dorodnych i przede wszystkim silnych. Już od początku pulsuje w nich niezwykła moc, a co ciekawe nie doszłoby do tych wspaniałych narodzin, gdyby nie wcześniejsza śmierć. A więc tak, to odrodzenie. Moim zdaniem, cykliczność najlepiej odznacza się w przyrodzie, bowiem właśnie tu jej schemat i kontury są dla ludzkiego oka najwyraźniejsze. Cztery pory roku, a wraz z nimi cała paleta barw, zapachów i cudownych procesów. Stąd umysł podsunął mi wyobrażenie mojej osoby jako powstającej rośliny. Powstałam na na nowo, na własnych zgliszczach, co może wam, czytelnikom, kojarzyć się smutno, może wręcz z odrazą. Jednak muszę wyjaśnić, że nic bardziej mylnego, bowiem złote liście muszą upaść, aby w ich miejscu pojawiły się soczyście zielone, czyż nie? W ramach oczyszczenia własnymi łzami podlewam wszystkie korzenie, które w zamian szczodrze obdarowują mnie owocami. Aby nikogo nie zmylić - owoce dopiero będą rosnąć, jednak jednego nie da się zaprzeczyć... Rozkwitam, z dnia na dzień. Zapytacie, jakiego będą koloru, ale ja sama jeszcze nie wiem. Pewne rzeczy stanowią po prostu piękną tajemnicę. Może każdy będzie nosił inny kolor? Krwisto czerwone, ponieważ wciąż noszę w sobie pokłady miłości, które czekają na właściwe zagospodarowanie. Zielone, ponieważ jestem przepełniona nadzieją na lepsze jutro. Niebieskie, ponieważ mam w sobie ogrom zaufania do innych, a ta piękna cnota kojarzy mi się z czystością. Ani ból, ani rozgoryczenie, ani złość ani frustracja nie skaziły żadnego korzenia, pędu, łodygi ani kwiatu. Może pojawią się również żółte owoce, ponieważ w mojej duszy w końcu zapanuje spokój i harmonia. W pełni odkryję prawdziwe źródło szczęścia, które odnajdę we własnym wnętrzu. Widzicie, w tym przypadku niepewność wcale nie jest uporczywa, nie budzi lęku ani nie trwoży. Przeciwnie, z przyjemnością obserwuje się wskrzeszenie, odrodzenie, rozwój - nawet, jeśli ostateczny kształt stanowi niewiadomą. Przecież ufam sobie. Nikt nie zaopiekuje się tą rośliną lepiej niż ja. To ode mnie zależy, jakie owoce wyda. I ta świadomość jest piękna, budująca. Ktoś wcześniej przyciął jej łodygi i kwiaty, skradł również owoce, ale ogrodziłam roślinę tak, by dostęp do niej mieli tylko dobrzy ludzie. Już nigdy więcej nie chcę "nawozić" ją trucizną, której głównym składnikiem jest samonienawiść, a zaraz po tym samoupodlenie. Jak to się mogło stać? Biernie przyglądałam się, gdy wyrywano łodygi z korzeniami, mówiąc, że to wciąż mało. Nadmiernie skupiałam się na sadzeniu kolejnych roślin, lepszych, żeby w końcu usłyszeć, że wystarczy. Ale ta chwila nigdy nie nadeszła, nigdy nie starczało. Czyjaś roślina okazywała się piękniejsza, lepsza, trwalsza, więc ukochane twarze odwracały się ode mnie, zupełnie zawiedzione. Teraz wiem, że to nie w moich korzeniach istniał problem. Moja roślina zasługuje na miłość, więc dzisiaj nawożę ją szacunkiem. Już nie pozwolę na to, aby kwiaty z dnia na dzień coraz bardziej chyliły się ku ziemi, jakby pragnęły się w niej zanurzyć na wieki, ukryć przed światem. Jakby były skrępowane swoimi słabościami, które w rzeczywistości stanowiły ich największą siłę - miłość, nadzieja, zaufanie, dziecięca radość i ciekawość świata. Czasem bywało tak, że moje korzenie łączyły się z czyimiś, osobiście uważam to za najpiękniejszy proces, ponieważ stanowi rodzaj niezwykłej symbiozy. To znaczy... W domyśle. Niezupełnie wiem, co się ze mną działo, gdy byłam przekonana, że obie rośliny czerpią korzyści, a w rzeczywistości więdłam. Cieszyłam się malutkimi promieniami słonecznymi, jak gdyby uśmiechało się do mnie samo słońce. Nic bardziej mylnego. Otwarcie oczu szerzej bywa przykrym doświadczeniem, ma się poczucie ogromnych strat. Ale powiem wam, że czasem tak musi być, roślina musi zostać obrzydliwie zakażona, musi uschnąć, zgnić i w ostateczności umrzeć, żeby w końcu wystrzelić wysoko do nieba. Po tych wszystkich chorobach pielęgnacja rośliny jest niestety utrudniona, ale wystarczą samodyscyplina, cierpliwość i miłość hodowcy. A więc dzisiaj patrzę na te korzenie, łodygi, liście, kwiaty, owoce z czułością i zadowoleniem. Szczególnie skupiam się na korzeniach, bo to od nich zależy, jakie owoce wyda roślina. 

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X