20 lipca 2016

Sweet Paradox

Kiedy weszłam do klasy, odczułam to, jak bardzo byłam spięta. Był to mój pierwszy dzień w nowej szkole. W liceum, do którego chodziłam wcześniej czułam się beznadziejnie. Wszyscy byli tam sztywni, aroganccy i "popularni". Chciałam chodzić do normalnej, ucywilizowanej szkoły, gdzie nie dostawało się dobrych ocen tylko i wyłącznie "po znajomości". Byłam osobą ambitną. Miałam marzenia i plany, więc chciałam znaleźć się w odpowiednim środowisku. Mimo to wciąż byłam trochę dziecinna. No, cóż... trzeba być wiecznie młodym, prawda? W każdym razie, właśnie z tychże powodów chciałam trafić do szkoły, w której mogłabym być sobą.
Wyjątkowo dzisiaj czułam się przytłoczona. W końcu byłam "nowa". Te obce i ciekawskie spojrzenia nie były mi miłe. Westchnęłam głęboko i usiadłam w pierwszej lepszej ławce obok jakiejś brunetki. Z reguły byłam śmiała i starałam się być asertywna, ale dzisiaj totalnie zjadał mnie stres. Było pięć minut po dzwonku, a nauczyciela wciąż ani śladu. W klasie panował szum i harmider. 
- Tee, Pani Puszczalska? Dla kogo dzisiaj rozkładasz nogi? - krzyknęła jakaś laska z tyłu, na co cała klasa wybuchnęła śmiechem.
- Kurwa - burknęła brunetka, siedząca obok mnie.
Domyśliłam się, że dziewczyna była wyśmiewana, bo sypiała z każdym chłopakiem w szkole. W każdej klasie się taka znajdzie. Są i kozły ofiarne, kujony, księżniczki, sportowcy, maniacy gier komputerowych, nerdy i tak dalej. Moja klasa liczyła całkiem sporo osób, bo aż trzydzieści. Zapewne minie trochę czasu, nim wyrobię sobie opinię na temat każdej z nich.
- Patka, no przyznaj się nam. Z kim pójdziesz do kibla? Co to za szczęściarz?
W tym momencie klasę ogarnęła kolejna fala śmiechu. Następna laska już zaczęła coś dogadywać, ale urwała, gdy drzwi do sali otworzyły się. Do klasy wparowała wściekła nauczycielka.
- Żeby na pięć minut nie można was zostawić! Zaraz darcie, krzyki, śmiechy i hałas! Wyciszycie się albo zrobię kartkówkę! 
Odetchnęłam z ulgą dopiero, gdy w klasie nastała cisza. Nie miałam zamiaru słuchać tych głupot. Dziecinada po prostu. Może laska się nie szanowała i była pusta, ale daliby sobie spokój. Jej życie.
Na wszystkich lekcjach nauczyciele pytali mnie o różne rzeczy i zagadywali. Okropnie mnie to krępowało, ale wcale nie dziwiło. Najgorsze były te przenikliwe spojrzenia moich nowych kolegów i koleżanek.
Na długiej przerwie podeszła do mnie jakaś dziewczyna. Przywitała się ze mną, przedstawiłyśmy się i zaczęłyśmy rozmawiać. Zorientowałam się, że to była dokładnie ta sama laska, która namiętnie wyśmiewała się z brunetki.
- Radzę ci się przesiąść, nie ma chyba chłopaka, który by jej nie dotknął - zaśmiała się.
- Spokojnie, dam radę. Może mnie nie zgwałci - przewróciłam oczami. - Mam nadzieję, że są u was normalni ludzie.
- Oczywiście, że tak - gorąco zapewniła. - Nauczyciele w sumie nas lubią. Nie zwracaj uwagi na ten incydent, który odbył się rano. Czasami się nam zdarzają wybryki, ale nikt idealny jest. Oprowadzić cię po szkole? 
- Nie trzeba, zdążyłam się już trochę udomowić. Ale dzięki - uśmiechnęłam się. 
Iza okazała się być naprawdę w porządku. Szybko się dogadałyśmy i w sumie dzięki niej poznałam resztę klasy. Po niedługim czasie oswoiłam się z nowymi ludźmi, poza tym "dołączyłam" do paczki Izy. Jej koleżanki również były w porządku wobec mnie. Spotykałyśmy się, plotkowałyśmy, wspólnie się uczyłyśmy i spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu. Nie lubiłam rozmawiać z nimi jedynie na temat chłopaków. Byłam lesbijką i nie spieszyłam się do tego, by im to wyjawić. Zawsze trzymałam ludzi na pewien dystans, bo nie chciałam, żeby ktoś bezprawnie mnie zranił. Nie dawałam sobie w kaszę dmuchać. Dziewczyny były świetne, ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jakie miały poglądy. Byłam chyba jedyną osobą z paczki, która nikogo nie obrażała. Ostatnio pastwiły się nad tą całą Patrycją, która co chwilę miała nowego chłopaka. Owszem, to było żałosne i nawet nie próbowałam się z nią zakolegować. Dziewczyna była pusta, wulgarna i chamska. Wszystkie ścisłe przedmioty praktycznie oblewała, ale humanistyczne i angielski szły jej świetnie. Pisała najlepsze wypracowania z nas wszystkich. Zgorzkniała pseudoartystka? Była śliczna, tego na pewno nie dało się zaprzeczyć. Przez to miała powodzenie, ale... No, cóż - robiła z siebie dziwkę. Nie zależało mi na jej towarzystwie i często miałam ochotę jej coś wygarnąć. Ale szkoda mi było zdzierać głos na jakąś tępą laskę. Poziom jej rozmowy był jak "kurwa" zamiast przecinka. Trudny charakter. 


***


Wszystko się zmieniło, gdy pewnego dnia po lekcjach spotkałam ją w łazience. Oparta o umywalkę zanosiła się płaczem. Nie miałam pojęcia, o co mogło chodzić, ale o dziwo zrobiło mi się jej żal. Może to dlatego, że miałam poczucie winy? Dziewczyny przesadzały z tą nagonką na nią. Może ja nic nie zawiniłam, ale nigdy nie wzięłam Patrycji pod obronę. Przecież też miała prawo żyć w spokoju. Tak, okropnie mnie wkurzała i nie znosiłam jej. Była, jaka była, ale wystarczyło się do niej po prostu nie odzywać. 
Stałam dobrą chwilę jak wryta, zastanawiając się, co powinnam zrobić. Musiałabym być idiotką bez serca, żeby sobie tak po prostu wyjść.
- Hey... Co się stało? - zapytałam, podchodząc do niej. 
- N...nie udawaj, że cię t...to obchodzi... - załkała.
- Chcę ci pomóc...
- Ta, j...jasne. Ty i te twoje p...przyjaciółeczki.
Nigdy nie sądziłam, że zobaczę Patrycję w takim stanie. Wszyscy zawsze spostrzegali ją jako nieczułą twardzielkę. Chyba, że w łóżku. Chłopaki rozpowiadali o niej różne bajki. Było mi głupio, nic dziwnego, że brała mnie za laskę, która ją obraża.
- Ja ci nigdy nic złego nie powiedziałam - westchnęłam.
- Ale pomyślałaś - uśmiechnęła się z ironią. 
- Daj spokój... To nie tak... 
- Po prostu się odpierdol, Łuczenko - pociągnęła nosem, założyła torbę na ramię i wyszła z łazienki.


***


Resztę dnia zastanawiałam się nad tym, dlaczego brunetka płakała. To była wina moich przyjaciółek? Kolejny chłopak złamał jej serce? A może miała jakieś problemy w domu? Podobno jej kontakty z rodzicami nie były najlepsze. Im dłużej nad tym rozmyślałam, tym bardziej zaczynało robić mi się przykro. Nigdy z nią nie rozmawiałam, a tak po prostu ją osądziłam. Słuchałam opinii innych i tak po prostu je przyjmowałam. To było okropne. Może ona była bardzo zagubiona i dlatego próbowała odnaleźć swoje szczęście, co chwilę zmieniając chłopaków? To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. No, chyba że w głupi sposób próbowała komuś zaimponować. Nie wiem, ale postanowiłam, że z nią porozmawiam. Czułam, że to będzie bardzo trudne. Patrycja właściwie z nikim nigdy nie rozmawiała. Każdą przerwę spędzała, siedząc przy telefonie albo pisząc coś w notesie. Czasem, czasem rozmawiała ze swoimi "chłopakami". 


***


Kolejnego dnia, gdy weszłam do klasy, przywitałam się z moimi przyjaciółkami i usiadłam w ławce. Kątem oka zerknęłam na Patrycję, która nie wyglądała najlepiej. Westchnęłam ciężko, kręcąc głową. Rozpakowałam książki i mimowolnie spojrzałam na nią po raz drugi. Pochylała się nad kartką i pisała coś z zapałem. Zastanawiałam się, jak powinnam zacząć rozmowę. Czy to był w ogóle dobry moment? Trochę się obawiałam i sama do końca nie wiedziałam czego. Już otworzyłam usta, żeby do niej zagadać, ale zadzwonił dzwonek. Zrezygnowana odwróciłam wzrok. Może tak miało być? Może nie powinnam nic robić? Bzdura! Dziewczyna mocno coś przeżywała i tak po prostu powinnam to olać? Wszyscy zawsze ją oceniali, ale nikt nigdy nie chciał jej pomóc. Moje rozmyślania przerwał nauczyciel, który właśnie wszedł do klasy. Niestety od tego momentu nie mogłam się na niczym skupić. Bazgrałam coś w zeszycie i co chwilę zerkałam na zegarek. 
Nagle coś przykuło moją uwagę. A mianowicie to co Patrycja napisała na kartce. Długo wpatrywałam się w słowa, które brzmiały: "Urodziłam się chora w chorym świecie. Mówili, że nie ma Boga, podczas gdy w człowieku zaczęło być coraz mniej człowieka". Zastanawiałam się, skąd ona miała ten cytat. W ogóle o czym on mówił? Okropnie mnie to zaintrygowało i mimo że do końca go nie rozumiałam, bardzo mi się spodobał.
Do końca lekcji zastanawiałam się nad znaczeniem tych słów. Czułam, że nie wytrzymam i po prostu spytam się Patrycji, o co chodzi. Głównie zależało mi jednak na tym, żeby poruszyć temat jej samopoczucia. Nie miałam pojęcia, dlaczego aż tak bardzo mi na tym zależało. No, ale czy to źle? 
Gdy zadzwonił dzwonek, Patrycja szybko spakowała książki i wyszła z klasy. Po chwili ja również wyszłam na korytarz i kiedy zaczęłam się za nią rozglądać, podeszła do mnie Iza. 
- Kogo szukasz? - spytała, unosząc brew.
- A nikogo, nikogo... Co tam, kochana?
Nie chciałam się jej przyznać. Czułam, że to by się źle skończyło. Chciałam pogadać z Patrycją, ale raczej wtedy, gdy Iza nie będzie widziała. Lubiłam Izę i nie chciałam stać się jej wrogiem. Każda dziewczyna, która stanęłaby po stronie Patrycji, stałaby się kozłem ofiarnym.
- Wszystko w porządku, ale nie mam zadań z chemii... Dałabyś mi spisać? 
- No jasne. Za moment dam ci zeszyt.
- Jakaś rozkojarzona jesteś, coś się stało?
- Niee - machnęłam dłonią. - Nie wyspałam się tylko. 
Nie odpowiedziała, za to skinęła głową. Nie miałam za bardzo ochoty z nią rozmawiać. Po głowie ciągle krążył mi ten cholerny cytat. 
Kiedy dałam jej zeszyt, odeszła, żeby przepisać pracę domową. Od razu wyciągnęłam szyję, żeby rozejrzeć się za Patrycją. Dostrzegłam ją dosłownie po krótkiej chwili. Stała obok jakiegoś wysokiego bruneta. Cholera, czy ona sobie żartowała? 
Westchnęłam zrezygnowana i zaczęłam szukać moich przyjaciółek. Postanowiłam, że poczekam na długą przerwę albo porozmawiam z nią po prostu po lekcjach.


***


Tak też i zrobiłam. Poczekałam na odpowiedni moment, którym było zaczepienie Patrycji przed szkołą po zajęciach. Zdziwiła się na mój widok, zupełnie jakbym była kimś całkiem obcym. Rozejrzała się nerwowo, jakby chciała sprawdzić, czy nikt nie na nas nie patrzy i spojrzała na mnie podejrzliwie. Nieco się stropiłam. Przy niej czułam się jakoś mniej pewna siebie niż zwykle, ale po chwili odchrząknęłam i powiedziałam:
- Chciałabym pogadać.
- A o czym? - uśmiechnęła się pogardliwie.
- Nie myśl sobie, że Izka mnie na ciebie nasyła, to nie tak - tłumaczyłam się. - Daj mi chwilkę, serio. 
Westchnęła ciężko, znów się rozejrzała i skinęła głową. Bez słowa ruszyła naprzód, więc szybko do niej dołączyłam. Z początku w powietrzu wisiała okropna cisza. Nie miałam pojęcia od czego zacząć i dlaczego tak się przy niej czułam. To było coś w rodzaju respektu, ale niby czemu? Nie czułam się dobrze z faktem, że przyjaźniłam się z laską, która bez ogródek obrażała brunetkę. Podejrzliwość wciąż biła od Patrycji, ale nie było to dla mnie ani trochę dziwne. 
- Jak się czujesz? - wypaliłam w końcu.
- Ciebie to nie obchodzi, laska, po co pytasz? - wybuchnęła śmiechem.
Nie był to szczery, wesoły śmiech. Wręcz przeciwnie. Był to przerażająco smutny śmiech. 
- Obchodzi. Serio. Długo o tobie myślałam.
Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, co ja w ogóle powiedziałam. Przygryzłam nerwowo wargę. 
- Kiepsko - odparła krótko. - A ty?
- Dobrze, dziękuję. Słuchaj... Mogę o coś spytać? Konkretnie o to... Co napisałaś dziś na kartce... Ten cytat. Co to za książka? 
Spojrzała na mnie wyraźnie sfrustrowana. Nie mogłam wywnioskować niczego z wyrazu jej twarzy, więc cierpliwie czekałam na odpowiedź.
- Nie istnieje książka z takim cytatem. To tylko moje uczucia, które nie umieją siedzieć cicho.
- Chcesz powiedzieć, że... ty to napisałaś? - zadałam głupie pytanie.
- No - wzruszyła ramionami. 
Po krótkiej chwili zadałam kolejne, okropnie nurtujące mnie pytanie: co miała na myśli? Od razu pogrążyła się w zadumie, patrząc na czubki swoich butów. Przyglądałam się jej z uwagą. Wcale nie wyglądała na głupią i pustą, a tym cytatem utwierdziła mnie w tym przekonaniu. 
- Wiesz, bo - zaczęła w końcu. - Często nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z ludźmi. Ale jestem pewna, że wiele z nich pieprzy potworne farmazony, mają się za nie wiadomo kogo, oceniają innych. Słuchają się stereotypów, lubią dużo mówić. Wszystko byłoby okay, gdyby nie to, że ta paplanina jest bezcelowa i zakłamana. Wszystko jest przesłonione kłamstwem i nienawiścią. Ludzie powinni skupić się bardziej na sobie, bo oni chcą przechytrzyć Boga, nie zważając na to, jakimi są kretynami. No, i to właśnie miałam na myśli. 
Cały czas słuchałam z uwagą, przyswajając każde jej słowo. Nawet nie zauważyłam, kiedy usiadłyśmy na ławce w parku, a ona podpaliła papierosa i zaciągnęła się nim. Już miałam palnąć kolejne głupie pytanie, jakim było "ty palisz?!", ale powstrzymałam się. To było istotne, ale nie w tej chwili. 
- To prawda - powiedziałam krótko, patrząc na nią. 
Uśmiechnęła się smutno, wypuszczając dym z ust.
- Cieszę się, że ktoś mnie rozumie. 
- To cholernie mądre. 
- Nie, to nie jest mądre. To prawdziwe. Żyjemy w czasach, w których dla ludzi największą przyjemnością jest krzywdzenie innych i kupowanie najgorszych pierdół w supermarketach. Śmieją się, że "Mały Książę" to bajka dla dzieci, ale te zjebańce nie wiedzą, że to lektura skierowana do nich. Nikt nie ma czasu, żeby kochać, poznawać, oswajać się. Po co być dobrym człowiekiem? To wymaga pracy, wysiłku. Trzeba być odważnym, by żyć dobrze, wiesz? Nikogo nie chcę oceniać, sama nie jestem lepsza. Ale lubię ludzi. Nie widać tego w tej chwili, ale serio chciałabym być dobrym człowiekiem. Ech... Wybacz, że się tak otworzyłam.
- Nie, nie! - powiedziałam szybko. - Nic nie szkodzi, o to mi chodziło... Kurcze, bo ja... Chciałam ci pomóc. Dalej chcę. Przepraszam za to pytanie, ale... Dlaczego to robisz? Ci chłopaki i to wszystko...
- Zabawne jest to, że wiesz to od tych popierdolonych lasek. A te tępe chujki umieją wszystko rozgadać. No, cóż. Nie chcę tego robić - spojrzała na mnie z powagą. - Serio, nie chcę. Wiesz, codziennie zakładam pelerynę, pod którą znika prawdziwa "ja". Marna ochrona przed światem, ale jednak. Słuchaj, to głupie, co ja robię. Nie myśl jednak, że chodzi tu o szpan... Nie, ja po prostu próbuję coś w sobie zmienić. Marnie mi jednak to wychodzi. 
- Po co zmieniać? Jesteś świetną dziewczyną i powinnaś pokazywać tą prawdziwą siebie. Przez to kogo udajesz, ludzie uciekają od ciebie, Patrycja.
- Huh - uśmiechnęła się ironicznie. - Uciekają ci, którzy nie chcieli poznać tej prawdziwej mnie. Pierwsze wrażenie czy pozory nie decydują o człowieku, czyż nie? W tobie cenię to, że chciałaś się do mnie jakkolwiek zbliżyć, że mnie słuchasz i wyciągasz rozważne wnioski. Lubię takich. Lubię tych, którzy słuchają. 
Przyglądałam się jej z nieukrywaną aprobatą. Patrzyłyśmy sobie w oczy, jakbyśmy z nich czytały. Jednak po krótkiej chwili Patrycja spuściła wzrok, odchrząkując. Wyrzuciła niedopałek i podniosła się gwałtownie. 
- Na mnie czas. Dzięki za rozmowę i sorry... Nigdy nie powinnam tyle mówić... Serio. Udawajmy, że tego nie było. Cześć, Łuczenko.
Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo brunetka odeszła szybkim krokiem. Nadal siedziałam tam z rozdziawionymi ustami, a w głowie cały czas siedziały mi jej słowa. Żałowałam, że poszła. Naprawdę, chciałam z nią jeszcze porozmawiać. Właściwie to mogłam słuchać jej bez końca. Czarne oczy Patrycji odmieniły się podczas naszej rozmowy, zupełnie jakby pojawił się w nich blask. Jej spojrzenie było inteligentne i myślące. 
Podniosłam się z cichym westchnieniem i ruszyłam w stronę domu. Całą drogę myślałam o tych czarnych oczach. One dużo w sobie kryły i ja chciałam to wszystko odkryć. Dziewczyna miała potencjał, dlaczego miałby się zmarnować? Potencjał. Ale i sporo problemów. Chciałabym, żeby się na mnie otwarła, naprawdę miałam dobre intencje. Zastanawiałam się, czego tak w sobie nie akceptowała. I czy ci chłopcy potrafiliby pomóc jej w akceptacji siebie. Widać było, że nie była ani trochę pewna siebie. To błąd. Była śliczna i mądra. Ta jej "ochronna maska" była kompletnie niepotrzebna.


***


Kiedy wróciłam do domu, uświadomiłam sobie, że nie miałam jej numeru telefonu. A miałam ochotę do niej napisać. Sama nie wiedziałam po co. Jej osoba zaczęła mnie naprawdę intrygować i miałam ochotę poznać ją bliżej. 
Zjadłam obiad i po godzinnym odpoczynku zabrałam się za naukę. Nie bez trudu skupiałam się na tych wszystkich pojęciach z biologii. Właściwie to w ogóle się na nich nie skupiałam. Leżałam na łóżku, na moich kolanach znajdował się podręcznik z biologii, a ja zamyślona wyglądałam przez okno. Zastanawiałam się, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień w szkole. Po tej rozmowie z Patrycją, po tym wszystkim. Zastanawiałam się, co by było, gdyby Iza się o tym dowiedziała. Wykopałaby mnie z paczki, zostałabym sama, wszyscy w szkole by się ode mnie odsunęli. Ale... Dlaczego? 
Kiedy w końcu wróciłam do nauki, skupiłam się na niej na dobre. Odłożyłam tamte myśli na później. 


***


Kolejny dzień w szkole wyglądał zupełnie tak samo jak poprzednie. Niezmiernie mnie to dziwiło. Patrycja nawet na mnie nie spojrzała. Zupełnie jakby nic się wczoraj nie stało. No, tak. Tego w końcu chciała, ale dlaczego? Chyba zadawałam sobie zbyt dużo pytań, na które nie znajdę raczej odpowiedzi.
Rozmawiałam z moimi przyjaciółkami tak jak zawsze. Jak zawsze umówiłyśmy się po lekcjach u którejś z nas, żeby wspólnie spędzić trochę czasu. Iza tradycyjnie chwaliła się nowymi ciuchami, a mi szczerze mówiąc - bardzo to obrzydło. Dopiero w tamtym dniu zorientowałam się, że one przez cały czas gadały o najgorszych bzdetach. I to mogłoby być jeszcze do zniesienia, gdyby nie fakt, że ciągle kogoś obgadywały i chichrały się z tego, z czego chichrać się nie powinny. Nie wiem, skąd zaszła u mnie taka zmiana, być może to przez rozmowę z Patrycją. Jedno było pewne - nie zamierzałam uczestniczyć w ich dennych dyskusjach. 
Z początku stałam obok nich, przysłuchując się tylko i wlepiając wzrok w czubki moich butów. Potem jednak odeszłam od nich bez słowa i postanowiłam odszukać Patrycję. Wyciągnęłam szyję, żeby rozejrzeć się za nią w tym całym tłumie. Była długa przerwa, na korytarzu panował istny zgiełk. Jakieś ciała cały czas wędrowały w jedną lub drugą stronę, ktoś zatrzaskiwał szafkę, a jakaś para namiętnie flirtowała na środku przejścia. Patrycji ani śladu. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie mogłaby być. W łazience jej nie znalazłam, ale tam dostałam olśnienia. Na pewno była za szkołą. Tam nikt z reguły nie chodził, ale było cicho i przyjemnie.
Bez namysłu ruszyłam do drugiego wyjścia, znajdującego się z tyłu budynku. Na dworze było zimno,wokół wszędzie leżała kolorowa płachta liści. W momencie się skuliłam i potarłam dłońmi ramiona. Rozejrzałam się i dostrzegłam znajomą mi sylwetkę na pobliskiej ławce. Patrycja wyglądała na smutną. Siedziała ze spuszczoną głową, a w palcach trzymała dymiącego się papierosa. 
Zmarszczyłam brwi i ruszyłam wolnym krokiem w jej stronę. Bałam się, że może za bardzo się jej narzucam. Ale z drugiej strony wyraźnie czułam pod skórą, że ona potrzebuje kontaktu. 
- Hej - usiadłam obok niej.
Spojrzała na mnie lekko zdziwiona. Zaciągnęła się papierosem i po chwili wypuściła dym z ust. 
- Hej - odparła. - Szukałaś mnie?
- Tak.
Przez kolejne parę chwil siedziałyśmy w zupełnej ciszy. Nie patrzyłam na nią, ale doskonale wiedziałam, że miała spuszczony wzrok. 
- Dlaczego... Zachowywałaś się od rana tak... Jakbyśmy się nie znały? - zapytałam bardzo cicho. 
- Nie chcę psuć ci reputacji i dobrych kontaktów z przyjaciółkami - westchnęła.
- Och... - zmarszczyłam brwi, uprzytomniając sobie, że nie wzięłam takiej kwestii w ogóle pod uwagę. 
- Poza tym dlaczego masz ochotę marnować czas na przesiadywanie ze mną?
- Po prostu cię lubię. Chcę cię poznać bliżej. Wiesz... Nie mam ochoty się z nimi zadawać, to nie dla mnie towarzystwo. Niech ludzie sobie gadają, co chcą. Nie wstydzę się z tobą pokazywać, jesteś świetną laską - powiedziałam z mocą.
W tym momencie spojrzałyśmy na siebie, a ona uśmiechnęła się. Był to szczery, szeroki i ciepły uśmiech. Nigdy jeszcze nie widziałam takiej Patrycji, ale bardzo mi się to spodobało. Mimowolnie odwzajemniłam uśmiech. 
Niestety nie trwało to zbyt długo, dziewczyna jakby zreflektowała się, westchnęła i znów spuściła wzrok. Znów pojawiła się ta szara, smutna brunetka. Okropnie tego żałowałam, bo mogłam przysiąc, że to był najpiękniejszy uśmiech na świecie. 
- Patrycja, mogę cię o coś prosić? 
- No? - spojrzała na mnie, jednocześnie rzucając niedopałek na ziemię.
- Przestań palić. Jesteś za młoda, żeby truć się tym gównem.
Brunetka roześmiała się, kręcąc głową z niedowierzaniem. 
- Hej, mówię serio!
- Wyjdź dziś ze mną po lekcjach. Pogadamy sobie więcej. Wciąż nic o tobie nie wiem. 
- Och... Jeju, jasne! Z chęcią! Zaprowadzę cię do fajnej kawiarni. Jest dziś zbyt zimno, żeby siedzieć na zewnątrz. No i jestem ci wdzięczna. Nie mam ochoty z nimi siedzieć.
- Też bym nie miała. Chodź, zaraz zadzwoni dzwonek na lekcję. 
Uśmiechnęłam się lekko, a po chwili podniosłyśmy się z ławki i wróciłyśmy do szkoły. Szłam tuż obok Patrycji, nie zwracając uwagi na żadne oskarżycielskie spojrzenia. Cały czas uśmiechałam się pod nosem. Nie wiedziałam dlaczego, ale czułam się naprawdę dobrze. Czułam się, jakbym uczestniczyła w początku czegoś wielkiego. Ciekawe wrażenie. 
Kiedy zadzwonił dzwonek, a spóźniony nauczyciel otworzył klasę, weszłyśmy do niej jako pierwsze. Od razu zajęłam miejsce i po krótkiej chwili napotkałam na wzrok Izy. Była w przejmującym szoku, patrzyła na mnie z obrzydzeniem. W ostatniej chwili zauważyłam, jak pokazała mi środkowy palec, zanim usiadła na swoim miejscu. Zaśmiałam się cicho na ten gest. Zapewne zauważyła, jak gadałam z Patrycją na korytarzu jakby nigdy nic. Każdy to zauważył. Nic sobie z tego nie robiłam, ci ludzie nie byli warci mojej uwagi. 


***


Po lekcjach napisałam wiadomość do rodziców, że wrócę do domu później. Nie mówiłam, gdzie idę. Byli przekonani, że idę gdzieś z dziewczynami, bo zawsze to z nimi wychodziłam. Na dworze zrobiło się potwornie zimno, wiał przejmujący wiatr. Żałowałam, że nie ubrałam dziś zimowej kurtki. Jednak Bogu dziękowałam, że wzięłam ze sobą duży, ciepły szal na wypadek, gdyby pogoda zrobiła sobie figle. Opatuliłam się nim porządnie, rozglądając się po ulicy. 
- No, to prowadź - usłyszałam głos mojej towarzyszki. 
Bez słowa ruszyłam w stronę mojej ulubionej kawiarni, prowadząc ze sobą Patrycję. Zadrżałam na samą myśl o tym ciepłym, przytulnym i pachnącym kawą lokalu. 
Poczułam ogromną ulgę, gdy na horyzoncie ujrzałam znajomy budynek. A kiedy weszłyśmy do środka, od razu buchnęło na nas ciepłe powietrze. Zajęłyśmy wolny stolik i rozebrałyśmy płaszcze.
- No, no. Elegancko tu - powiedziała Patrycja, kiwając głową z uznaniem i rozglądając się. 
- Wiem - roześmiałam się cicho. - Uwielbiam tu przychodzić. I szczerze? Nie zabierałam tu nigdy byle kogo. Dla mnie to takie... Mega, mega prywatne miejsce, choć to nie moja miejscówka oczywiście. Każdy tu może wejść, ale chodzi mi o to, że... 
- Czujesz sentyment - odgadła brunetka, unosząc brew.
- Zgadza się! Na co masz ochotę?
- Mi wystarczy latte.
- Tak, też mam na nie ochotę. No, więc... Mówiłaś, że chcesz się czegoś o mnie dowiedzieć. 
Patrycja nie zdążyła nic powiedzieć, bo do naszego stolika podeszła kelnerka. Złożyłyśmy zamówienie, a gdy odeszła, znów na siebie spojrzałyśmy.
- Chciałabym cię poznać. Bliżej oczywiście. Wydajesz się być w porządku - powiedziała, na co ja uśmiechnęłam się.
- No, więc... Marzy mi się wydać własną płytę. Wiesz, uwielbiam śpiewać. Nie mam pojęcia, czy wychodzi mi to dobrze, ale to kocham. I staram się być w tym coraz lepsza. Jestem samoukiem, ale mam nadzieję, że do czasu.
- Dlaczego nie zdecydowałaś się na specjalną szkołę, gdzie mogłabyś się kształcić w tym kierunku?
- Rodzice - odparłam krótko z westchnieniem. - Bo wiesz, taka szkoła jest kawałek drogi od naszego miasta i... Nie chcieli mnie puścić.
- A lekcje śpiewu? Na pewno ktoś prowadzi takie zajęcia u nas w pobliżu. 
Po chwili namysłu przytaknęłam jej. Nie był to głupi pomysł, wręcz przeciwnie. Miałam sporo kieszonkowych, nie miałam ich na co wydawać, więc mogłam poświęcić siebie i pieniądze całkowicie dla pasji. 
Kiedy weszłyśmy już na temat pasji, dowiedziałam się od Patrycji, że dużo pisze. Uwielbiała pisać opowiadania i eseje. Byłam bardzo ciekawa jej prac, więc poprosiłam, żeby dała mi coś do przeczytania. Ucieszyła się i zapewniła, że podrzuci mi coś w szkole. Mimo że nie przeczytałam jeszcze żadnej jej pracy, byłam pewna, że dziewczyna miała do tego wielki talent. Na dodatek była całkiem niezłym obserwatorem świata i ludzi. Widziała więcej niż inni. Nie musiała dużo mówić, ona dużo rozumiała. A jeśli już mówiła to konkretnie. Lubiła słuchać. Kiedy ktoś do niej mówił, marszczyła brwi w skupieniu, od razu wyciągając trafne wnioski.
- A teraz pograjmy w banalną, ale jakże skuteczną grę integracyjną: pytania - zaproponowała nagle.
- Jasne! - upiłam łyk kawy i zastanowiłam się. - Ja zacznę. Ulubiony kolor?
- Niebieski - roześmiała się, a jej śmiech był szczery i... Naprawdę piękny.
- A mój pomarańczowy. Ogień i woda? Dopełniamy się, Patka.
Zachichotała.
- Okay. Teraz ja. Podoba ci się jakiś chłopak? 
- Jestem lesbijką - powiedziałam wprost, czując przypływ zaufania wobec Patrycji. 
- Och, ja... - urwała, a jej twarz spoważniała. - Ja też. 
- CO?! - szczerze się zdziwiłam. 
Przypomniałam sobie wszystkie plotki, wszystkich chłopaków, z którymi widziałam brunetkę. W pierwszej chwili pomyślałam, że dziewczyna sobie żartuje, ale ona była naprawdę poważna. Poważna jak nigdy. 
- Wiem, wiem. Wiem doskonale o czym myślisz. Marina... To była pieprzona przykrywka. Mi się to nigdy nie podobało... Ja... O tym ci mówiłam, tego w sobie nie akceptuje. I nie myśl sobie, że nie akceptuję tego też u ciebie czy u kogokolwiek. Akceptuję, oczywiście. Ale nie u siebie. Może to przez rodziców, mam z nimi fatalny kontakt, co na pewno już wiesz. 
- Patrycja, ale to, że oni tacy dla ciebie są, nie znaczy, że ty masz się nie szanować i kochać. Jesteś piękną i mądrą dziewczyną... - od razu, gdy to powiedziałam, spłonęłam rumieńcem.
Przeklinałam się w duchu za to, że przy brunetce stawałam się kimś całkiem innym. Kimś otwartym, pokazującym prawdziwego siebie - wrażliwego i wcale nie nieustraszonego człowieka. Za to gotowego na każde wyzwanie i nawiązanie nowych kontaktów.
Spojrzała na mnie z tym samym wspaniałym uśmiechem co wcześniej. Natychmiast go odwzajemniłam, nie zważając już na nic. Podziękowała mi i skromnie spuściła wzrok. Nie wyglądała na taką, co prawienie jej komplementów przez ludzi było na porządku dziennym. A szkoda. Była zbyt niepewna siebie i byłam przekonana, że ktoś przez długi czas ją niszczył. Na całe szczęście zostało w niej to, co miała najlepsze. Jej wartości.
Długo jeszcze rozmawiałyśmy, zanim wyszłyśmy na zimną ulicę. Bawiłam się pustą filiżanką, tłumacząc Patrycji, że to nic złego. Że ma prawo kochać każdego człowieka i nieważne, jakiej on będzie płci. Nieważne, czy jej rodzice to akceptowali, ważne, by ona kochała siebie. A miała milion powodów, żeby się kochać. Słuchała mnie uważnie, mimo że była zawstydzona do granic możliwości. Nie rumieniła się jednak i szczerze zazdrościłam jej tej wrodzonej zdolności. Ja rumieniłam się przy każdej okazji. Tak poza tym to właśnie w tamtej kawiarni, w tamten dzień i w tamtej chwili zauważyłam, jak bardzo podobały mi się te jej czarne oczy. Ciemne, długie włosy i pełne, różowe usta. Miała w sobie to coś, co automatycznie mnie do niej przyciągało. I to nie tylko w wyglądzie. To jej osobowość przemawiała do mnie w sposób szczególny.
- W końcu będę miała z kim gadać o dziewczynach - roześmiałam się, by rozluźnić atmosferę.
- Oj, tak - zawtórowała mi śmiechem. - Więc masz jakąś dziewczynę na oku?
- Hm... - zastanowiłam się, bo to nie było łatwe pytanie. - Tak - odparłam po chwili. 
- Ja też. Nie sądziłam, że do tego dojdzie. Przekonałaś mnie jednak i... Dam sobie szansę, czemu nie?
- No, i prawidłowo! Życzę ci szczęścia, Patrycja, zasłużyłaś na nie.
- Dziękuje, Marina. Ty też. 
- Wiesz... Od dłuższego czasu przemawia do mnie coś czego nie widać wyraźnie, za to wyraźnie to czuć. Coś podpowiada mi przez cały czas i są to słuszne rady. Dzięki temu poznałam ciebie. 
- Czasem nawet w myślach nie wypowiadamy słów na głos. Po prostu odczuwamy ich znaczenie. To taka definicja podświadomości. Ona ci podpowiada. Twoje serce. Ono nie musi widzieć wyraźnie, bo pięknie czuje. 
Uśmiechnęłam się na to szeroko, a ona odwzajemniła uśmiech. I znów wszystko rozjaśniło się, poczułam przyjemne ciepło. I to nie dzięki temperaturze, która panowała w lokalu. Nie dzięki gorącej kawie, którą wypiłam przed chwilą. Ten uśmiech był warty wszystkich skarbów świata, bo to on potrafił rozświetlić każdy, nawet najbardziej pochmurny dzień. Był po prostu piękny i uwielbiałam go, mimo że widziałam go tak niewiele razy.
- Hej - powiedziała, wyrywając mnie z zamyślenia. - Zobacz na tych wszystkich ludzi - rozejrzała się po lokalu. 
- Hm?
- To takie niesamowite, że jest tak dużo ludzi na świecie, a każdy z nich jest inny. Jest wyjątkowy i ma swoją wyjątkową historię. Nie znamy tych historii i nie bylibyśmy w stanie poznać ich wszystkich. Codziennie mijamy na ulicy mnóstwo ludzi, których nawet nie kojarzymy. Często zastanawiam się, jak mają na imię, co lubią robić. Jakie przeżywają radości i smutki. Często myślę sobie, że chciałabym podejść do każdego człowieka i go przytulić. Tak po prostu. Uśmiechnąć się z troską i zamienić chociaż parę słów. Lubię ludzi. 
Czujnie obserwowałam profil Patrycji, podczas gdy jej wzrok wędrował od jednego do drugiego stolika. Słuchałam jej z delikatnym uśmiechem. Była taka dobra i niewinna, że o mało co się nie rozczuliłam. Ale podzielałam jej zdanie. 
- Ja też ich lubię. Ale potrafią być straszni - wyznałam.
- To prawda. Ale co tu się na nich długo gniewać, jak sama nie jestem idealna. Łatwo się wszyscy gubimy, ale przy odrobinie chęci odnajdziemy drogę.


***


Kiedy zorientowałyśmy się, że za oknem panowała ciemność, zerwałyśmy się na równe nogi. Obie się wystraszone, że zastaniemy w domu wściekłych rodziców, ubrałyśmy płaszcze, zapłaciłyśmy i wyszłyśmy.
- Daleko mieszkasz? - zapytałam, kuląc się z zimna.
- Nie, a ty?
- Też nie.
- Odprowadzę cię.
- Daj spokój...
Nie zdążyłam już nic powiedzieć, bo Patrycja złapała mnie za rękę i ruszyła przed siebie.
- W tamtą stronę? - zapytała tylko.
- Tak - zachichotałam. - Dziękuję.
- Przyjemność po mojej stronie. 
W cudownie wesołej i swojskiej atmosferze, przywędrowałyśmy pod mój dom. Zamieniłyśmy pod nim jeszcze parę zdań, po czym się pożegnałyśmy. Było mi przykro, że musiałam się z nią rozstawać, mogłam z nią gadać bez końca. Na szczęście stała się moją bliską koleżanką, z którą na dodatek siedziałam w ławce. Będzie zatem jeszcze wiele okazji do rozmów.


***

Kiedy pokazałam się w domu, rodzice nie byli źli. Byli odrobinę zmartwieni, ale wiedzieli, że jestem odpowiedzialna. Dlatego też powstrzymali się z niepotrzebnym wpadaniem w panikę. Cholernie ceniłam w nich to, że nie traktowali mnie jak wiecznie małą dziewczynkę, delikatną kruszynkę rodziców. Byli świetnymi rodzicami, bo owszem - troszczyli się, zwracali mi uwagę, ale nigdy nie do przesady. 
Zjadłam kolację, wykąpałam się, a następnie rzuciłam na łóżko. Na całe szczęście nie miałam dużo lekcji na jutro. Na wszystko byłam przygotowana, bo nauczyłam się już wcześniej. Musiałam jedynie odrobić parę zadań z matmy. Zanim jednak się do tego zabrałam, sięgnęłam po telefon i napisałam do Patrycji. Nie zapomniałam o tym, by poprosić ją o numer telefonu, gdy byłyśmy w kawiarni. Długo zastanawiałam się nad treścią wiadomości, więc wysłałam tylko "dziękuję za świetny dzień, dobranoc, Pacia :)". Miałam ochotę dopisać "uśmiechaj się częściej, masz cudowny uśmiech", ale to byłoby przesadne. Było jeszcze za wcześnie na takie komplementy. I tak spaliłam się już wystarczająco dużo razy, mówiąc jej, że jest śliczna i mądra. Oczywiście było to prawdą, ale... To wyglądało tak, jakbym była nią zainteresowana. No i byłam. To ją miałam na myśli, mówiąc, że mam jakąś dziewczynę na oku. Jednak ona też jakąś miała. Postanowiłam, że będę dyskretna, nie chciałam niczego zepsuć. 
Odrobiłam szybko lekcje i zadowolona położyłam się spać. Cały czas o niej myślałam. I usnęłam, wciąż o niej myśląc. 


***


Kolejnego dnia, kiedy weszłam do szkoły, byłam przekonana, że ten dzień będzie wspaniały. Niestety. Przeliczyłam się z tym, bo zaczął się wprost beznadziejnie. Standardowo włożyłam rzeczy do szafki i postanowiłam, że pójdę odszukać Patrycję. Coś jednak było nie tak. Na korytarzu panowała dziwna, niecodzienna zawierucha. Coś się działo. Wokół stało mnóstwo gapiów, ledwo się przez nich przeciskałam. W momencie się zdenerwowałam, spodziewałam się najgorszego. 
Kiedy w końcu wydostałam się z tłumu, zobaczyłam przed sobą straszną scenę. Zapłakana Patrycja opierała się o szafki, a ze wszystkich stron otaczały ją moje byłe przyjaciółki. Jednak najbliżej niej stał jakiś wysoki szatyn. Był wściekły, ale co jakiś czas odwracał się do gapiów, by powiedzieć coś poniżającego brunetkę. Ona wybuchała kolejnymi falami płaczu. 
W pewnym momencie uderzył ją w twarz na oczach wszystkich. Coś się we mnie wzburzyło, krew zahuczała mi w uszach z oburzenia. Podeszłam do niego energicznym krokiem i oddałam mu cios. Natychmiast złapał się za obolały policzek i skierował na mnie swoje spojrzenie. Zmierzył mnie nim i uśmiechnął się triumfalnie. Najwyraźniej był takim dupkiem, że mój wyskok nic nie poskutkował. Odszedł bez słowa, żeby po chwili wtopić się w tłum. 
- No i na co się gapicie, co?! - warknęłam, a wtedy znów powstało poruszenie.
Ludzie zaczęli stopniowo odchodzić, przypominając sobie o swoich sprawach. Zastanawiałam się, czego oni w ogóle byli warci. Potrafili stać i patrzeć, jak jacyś idioci wyżywają się na niewinnej dziewczynie. Nikt poza mną nie zareagował, to było przerażające. 
Odwróciłam się, by spojrzeć na Patrycję. Patrzyła na mnie z wdzięcznością, ale jej zapłakane oczy wyrażały jednocześnie okropny ból. Przeniosłam wzrok na Izkę, która uśmiechała się łobuzersko. 
- Co to miało być do cholery?! - wybuchnęłam. 
- To co widziałaś - wzruszyła ramionami. - Należało się dziwce.
- Sama jesteś dziwka. Największa jaką znam. Ta dziewczyna nikomu nic złego nie zrobiła. Chodź, Patrycja - przygarnęłam brunetkę do siebie. - Zrobię wam taką aferę, że się nie pozbieracie, tępe zdziry, obiecuję. 
Ruszyłam do przodu, czując na plecach jej spojrzenie. Dalej mocno obejmowałam brunetkę, słysząc jej cichy szloch.
- Pedały! Pedały i dziwki! - krzyknęła nagle Izka, a mnie ogarnęła kolejna fala agresji.
Puściłam Patrycję, by odwrócić się i rzucić się na blondynkę. Nikt mnie nie powstrzymał, nikt nawet nie zdążył kiwnąć palcem. Rzuciłam się na nią z pięściami, chcąc pokazać jej, na co zasłużyła. 
Byłam tak zdenerwowana i poruszana, że niewiele z tego zapamiętałam. Ktoś mnie od niej odciągał, a ja długo się rzucałam. Jej twarz była cała we krwi, a mnie bolały ręce i kolana. Moje ubrania były pomięte, a ja byłam posiniaczona. Nic do mnie nie dochodziło, gdy siedziałam w gabinecie dyrektorki. Dopiero po dłuższym czasie byłam w stanie odpowiadać na jakiekolwiek pytania. Obok mnie siedziała Patrycja, Izka i ten szatyn. Okazało się, że wezwano i naszych rodziców. Nie przyszli jedynie rodziciele Patrycji, twierdząc, że mało ich to interesuje. Nie dziwiło mnie to, jednak widziałam, że brunetka mocno to przeżywała. 
- Hej... Nie jesteś sama, masz mnie - wyszeptałam i uśmiechnęłam się kojąco. 
- Wiem. I cholera, byłaś świetna.
W tym momencie obie cicho się roześmiałyśmy. 
- Dziękuję, Marina - dodała po chwili. - Dziękuję, że jesteś. 
- Przyjemność po mojej stronie. 
Wszyscy dostaliśmy ostrzeżenie. Dyrektorka i rodzice wiedzieli, że byłam pilną uczennicą, do mnie mieli najmniej pretensji. Rozumieli moje zdenerwowanie, jednak wytłumaczyli, że nie powinnam reagować w ten sposób. Do Patrycji nic nie mówiono, bo wszyscy wiedzieli, że to ona była poszkodowaną. Izka i szatyn dostali długi wykład i dodatkowe prace po lekcjach. Dla mnie to było za mało, oni byli odrażający. Nie mogłam na nich patrzeć i byłam wściekła na siebie, że wcześniej zadawałam się z kimś takim jak Iza. 


***


Reszta dnia upływała w ciężkiej atmosferze. Cały czas trzymałam się blisko Patrycji. Byłam zadowolona, że zdołałam choć odrobinę poprawić jej humor. Powiedziałam, żeby pod żadnym pozorem nie brała do siebie słów tych idiotów. Mimowolnie pogładziłam jej policzek, w który uderzył szatyn. Szybko jednak cofnęłam dłoń zawstydzona. Zauważyłam jednak, że Patrycji to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, odetchnęła z ulgą na mój dotyk. 
Brunetka wyznała, że wcześniej z nim "chodziła". Chodziła, czyli uprawiała z nim seks, kiedy tylko chciał. Kręciłam głową z niedowierzaniem, gdy opowiadała mi o tym wszystkim. Co ona narobiła? Chłopak miał na imię Kamil i grał w szkolnej drużynie sportowej. Był przystojnym dupkiem, miał na koncie tysiące lasek. Nie wierzyłam, że Patrycja robiła takie głupoty. Była wspaniałą dziewczyną, a ona się nie szanowała. A powinna. 
- Ale przestałam już z tym... Dzięki tobie... I widzisz. To wszystko przez to. Ale kurwa, słuchaj. Ja niczego nie żałuję. Pierdolę to, jestem szczęśliwa - spojrzała mi głęboko w oczy, na co ja uśmiechnęłam się. 
- I słusznie. I nie przejmuj się już niczym. Jestem z tobą, pamiętaj. Słuchaj! Chciałabyś nocować u mnie w piątek? Pogadamy, pośmiejemy się, obejrzymy jakieś filmy, nażremy się pizzy - zaproponowałam/
- Ojacie piracie! - zakrzyknęła. - Oczywiście! Z największą przyjemnością. Rany, dziękuję. Jesteś najlepsza.
- Jeju - roześmiałam się. - Za co ty mi dziękujesz? Lubię cię.
- A ja ciebie - uśmiechnęła się i znów rozświetliła wszystko tym cudownym uśmiechem. 
A kiedy to się stało, już niczym się nie martwiłam. Wystarczył ten jeden uśmiech, żeby mój dzień stał się wspaniały. W dodatku Patrycja już się nie smuciła. Na każdej przerwie wesoło sobie gawędziłyśmy, jakby nigdy nic.


***


Bardzo się niecierpliwiłam, zanim przyszedł piątek. Każdego dnia myślałam o tym nocowaniu i byłam nim cholernie podekscytowana. Postanowiłam, że zamówimy ogromną pizzę. Oprócz tego kupiłam nam całą górę słodyczy. Nie było to zdrowe, ale świetne na poprawę humoru. Poza tym szaleństwo od czasu do czasu było wręcz wskazane. Ogólnie myślałam o tym, jak to będzie. Zapewne będziemy dużo gadać, słuchać muzyki i się zwierzać. Chciałabym powiedzieć jej, jak bardzo ważna dla mnie jest, ale wciąż nie wiedziałam, czy to było na miejscu. Zależało mi na niej i cieszyłam się, że byłyśmy tak blisko siebie.
Kiedy w końcu nadszedł piątek, moje podekscytowanie sięgało zenitu. Patrycja też bardzo się cieszyła, widziałam to. I to sprawiało, że byłam w pełni szczęśliwa. Poza tym wyglądała o wiele lepiej. Nie była już taka przygnębiona ani blada. Brunetka odzyskiwała swoje kolory, których tak właściwie nikt wcześniej nie widział. Trudno było mi powiedzieć, co było tego powodem. Dziewczyna wciąż miała beznadziejne kontakty z rodziną, awantury były na porządku dziennym. A mimo to uśmiechała się. Była silna, ceniłam to w niej. Nie wyobrażałam sobie, jak ona przechodziła przez fale tych podłych słów. Ja bym tak nie umiała. Zamknęłabym się w pokoju na całe życie i płakała. Rodzina to najbliżsi ludzie, dlaczego tak się działo? Nie chciałam poruszać z nią tego tematu zbyt często, jednak regularnie pytałam, czy jest w miarę dobrze.
Kiedy wieczorem usłyszałam dzwonek do drzwi, zerwałam się na równe nogi i pobiegłam, żeby otworzyć. W ich progu ujrzałam piękną dziewczynę o ciemnych włosach i czarnych oczach. Od razu uśmiechnęłam się szeroko, a ona odwzajemniła ten uśmiech.
- No co tam, kochana? - roześmiała się. - Przyszłam na bitches party. Jest tu niejaka Marina Łuczenko, którą kocham całym sercem? 
- Stoi przed tobą, głupku! - czule zmierzwiłam jej włosy i wciągnęłam brunetkę do środka.
- Dobry wieczór! - powiedziała w przedpokoju, zdejmując buty. 
- Weź, nie ma ich. Jesteśmy same. 
- Wolna chata! - krzyknęła, unosząc ręce ku górze, a ja wybuchnęłam śmiechem. 
Nie poznawałam jej. I cholernie się z tego cieszyłam. Ona była po prostu wesoła. A ja chciałam, by stała się szczęśliwa. I postanowiłam, że zrobię wszystko, by do tego doprowadzić. 
Po krótkiej chwili znalazłyśmy się w moim pokoju, w którym wszystko było już przygotowane. Patrycja powiedziała krótkie "wow" na ten widok, a ja zachichotałam. 
- Kurwa, ale będziemy grube - znów się roześmiała. - Chociaż moment... Ty nigdy nie przytyjesz, zapewne zawsze będziesz taka piękna i zgrabna. 
- A weź! - od razu się zarumieniłam. - Dziękuję, no... 
Moja przyjaciółka rzuciła się na łóżko i odetchnęła radośnie. Spojrzałam na nią z szerokim uśmiechem.
- Heeeej... - zerwała się nagle.
- Nie, Patrycja. Żadnego alkoholu i papierosów. Nie, nie. 
Wydęła wargę wyraźnie niezadowolona.
- Papierosy są niezdrowe, a co do alkoholu: uwierz, że będziesz wolała zapamiętać tę noc.
- Brzmi obiecująco - zaśmiała się. 
- Zaufaj mi - zawtórowałam śmiechem i usiadłam obok niej. 
No, i tak zaczęła się rozmowa. Było śmiesznie i głośno. Dusiłam się śmiechem, kiedy Patrycja wydurniała się, robiąc śmieszne miny. Wydawała z siebie tak dziwne dźwięki, że nie umiałam siedzieć spokojnie. Zginałam się w pół ze śmiechu. W zamian zaczęłam opowiadać jej naprawdę dobre kawały. Była inteligentna, więc od razu je łapała i wybuchała śmiechem. Oglądając jej reakcje, uśmiechałam się triumfalnie. Już myślała, że mnie w tym pobije. A jednak! To było coś w rodzaju "Nie Śmiej się Wyzwanie" i żadna z nas nie wygrała. Był remis, Patka też to przyznała. 
W pewnym momencie podniosłam się, by włączyć odtwarzać. Włożyłam do niego płytę One Direction "Midnight Memories". Ciche dźwięki poniekąd wypełniały pokój, bo reszta to były nasze głosy. Dla mnie był to bardzo sentymentalny album. Właśnie przy takiej muzyce otwierałam się i można było ze mną porozmawiać dosłownie o wszystkim. Tak też było i tym razem. Zaczęłam mówić o szkole, o ludziach... I o tym, jak bardzo lubiłam moją przyjaciółkę. Powiedziałam Patrycji, że powinna się zawsze uśmiechać, bo ma cudowny uśmiech.
- Wiesz... Ta moja cała zmiana... To wszystko dzięki tobie - powiedziała wtedy. - Dziękuję, Marina. Dziękuję, bo teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. 
- Cieszę się. Ale... A rodzina?
Westchnęła smutno i zmarszczyła brwi. Chwilę myślała nad odpowiedzią.
- Tak, jest mi z tym ciężko. Bo zważam na każdy mój ruch czy decyzję. I mimo że wiem, że nigdy nie będę idealną córeczką, dążę do tego. Jednak zawsze jest za mało. 
- To błąd, Patrycja. Rób wszystko, byś czuła się dobrze. Jesteś dobrym człowiekiem. A błędy popełnia każdy. Ale ty nie zbłądzisz, ja to wiem. Jesteś wyjątkową osobą. Te wszystkie głupoty, które robiłaś... To przez to, że nie było nikogo, kto mógłby cię wspierać. 
- Teraz jesteś ty i wszystko się zmienia. Kocham moje życie.
Uśmiechnęłam się szeroko na ten komunikat.
- Cieszę się, nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę. A mogłabym... Zrobić coś, by było jeszcze lepiej? - spojrzałam na nią.
Akurat leciało "Something Great", Patrycja uśmiechała się pod nosem, spuszczając wzrok.
- Mogłabyś - powiedziała w końcu. - Pocałuj mnie - popatrzyła mi w oczy.
Kiedy to powiedziała, zamarłam. Wydawało mi się, że się przesłyszałam. Serce zaczęło łomotać mi w piersi tak mocno, że obawiałam się, że muzyka tego nie zagłuszy. Patrzyłam na nią zszokowana, a moje wargi lekko drżały. Nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć, ale pytanie "możesz powtórzyć?" byłoby najmniej stosownym. 
Po dłuższej chwili ocknęłam się, a brunetka wciąż na mnie patrzyła. Zbliżyłam się do niej niepewnie i równie niepewnie ujęłam jej twarz dłońmi. Spojrzałam na jej cudowne usta, wiedząc, że za chwilę ich posmakuję. Uśmiechnęłam się delikatnie i musnęłam jej wargi, żeby zaraz potem pogłębić pocałunek. 
Całowałyśmy się długo i namiętnie, ale i zarazem czule. W tle nadal leciała "Something Great", a ja miałam motylki w brzuchu. Czułam dreszcze na całym ciele, marząc, by móc całować te usta każdego dnia. 
Kiedy odsunęłyśmy się od siebie, by nabrać powietrza do płuc, spojrzałyśmy sobie w oczy. Patrycja uśmiechnęła się szeroko. Ja też. Jakby mogło być inaczej? Czułam się szczęśliwa i spełniona. 
- Jesteś cudowna - powiedziała. 
- Ty też. A twoje usta są najsmaczniejsze.
- Dziękuję - zachichotała. - Ale twoim nie dorównują. 
- Kocham cię, Patrycja. 
- A ja ciebie, Marina. 
Przez chwilę trwałyśmy w zupełnej ciszy. Słuchałyśmy "Little White Lies" i uśmiechałyśmy się pod nosami. 
W pewnym momencie Patrycja wstała z łóżka i uklęknęła przede mną.
- Ze względu na to, że trzeba mi mówić wszystko wprost, bym była pewna... Czy zostaniesz moją dziewczyną? 
- Mój Boże, Patrycja! Oczywiście, że tak - poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
Brunetka delikatnie ujęła moją dłoń i schowała ją w swoich.
- Dzięki tobie jestem szczęśliwa, pamiętaj - uśmiechnęła się i musnęła moje usta. 
- Nawzajem, skarbie. Nawzajem - oddałam muśnięcie.


***


Reszta wieczoru minęła nam na radosnych rozmowach, śmiechach, pocałunkach i flirtowaniu. Brakowało nam tego i każda z nas marzyła o tym od dawna. Ganiałyśmy się po domu z poduszkami. Rzucałyśmy się po ziemi jak szalone pięciolatki. Obejrzałyśmy też komedię romantyczną, na której oczywiście się rozpłakałam. Moja ukochana szybko otarła moje łzy i złożyła czuły pocałunek na czole. Objęła mnie mocniej i powiedziała "jestem z tobą, skarbie". To sprawiło, że rozczuliłam się bardziej, więc po prostu schowałam się w jej szyi. Zjadłyśmy ogromną pizzę, popiłyśmy colą, a gdy zachciało się nam czegoś słodkiego, otwarłyśmy żelki. Patrycja dostała po nich napadu głupawki, więc stwierdziłam, że cukier w dużej ilości nie jest dla niej wskazany. 
Kiedy zorientowałyśmy się, że dochodzi 3:00 w nocy, stwierdziłyśmy, że czas najwyższy położyć się spać. Umyte i gotowe do spania położyłyśmy się do łóżek. 
- Patrycja... - powiedziałam nagle.
- Hm? 
- Jesteś idiotką.
- Dlaczego? - zdziwiła się.
- Na co ty jeszcze czekasz? Nie zamierzasz spać ze swoją dziewczyną?
- Myślałam o tym, ale nie wiedziałam, czy mogłabym...
- Jestem cała twoja - przewróciłam oczami w ciemności. - Poza tym chce się do ciebie tulić całą noc, oki. 
- Okay - roześmiała się, a już po chwili leżała u mojego boku.
Bez słowa objęła mnie w pasie. Leżałyśmy w pozycji zwanej "na łyżeczkę". Ona za mną. Co jakiś czas muskała ustami mój kark. Głaskała mnie po ręce, a ja odpływałam z przyjemności. Uśmiechałam się przez cały czas, dziękując Bogu za tą dziewczynę. 
Nie miałam pojęcia, kiedy zasnęłam. Ale nigdy w życiu nie miałam tak wspaniałego snu. Byłam spokojna i czułam cudowne ciepło. Zakochałam się. W końcu przyznałam to przed samą sobą. Ale i przed Patrycją. Wyznałyśmy sobie miłość, stałyśmy się parą. To ja sprawiłam, że zaakceptowała swoją orientację, a po tym zakochała się we mnie. Czyż to nie był słodki paradoks? Byłam pewna, że nic nie dzieje się przypadkiem. Patrycja mówiła, że Bóg nieprzypadkowo stawia ludzi na naszej drodze. Wszystko ma swój sens, cel, znaczenie. Nasza przygoda i historia też. To wszystko było piękne, kawałki złożyły się w cudowną całość. A ja wyciągałam ręce po więcej. Wyciągałam ręce do Patrycji, bo chciałam zatrzymać ją przy sobie już na zawsze. Kochałam ją jak nikogo innego. I byłam wdzięczna za to wszystko, co wydarzyło się w moim życiu. 


***


Kiedy się obudziłam, zobaczyłam obok siebie śpiącą Patrycję. Dotknęłam swoich warg, przypominając sobie pocałunki z ostatniej nocy. Bałam się, że to wszystko było tylko pięknym snem, ale nie. To wszystko miało swoje miejsce, wydarzyło się. 
Nachyliłam się, by delikatnie musnąć usta mojej dziewczyny. Wyglądała tak cudownie, gdy spała. Miała rozczochrane włosy i lekko rozchylone usta. Była urocza. Wiedziałam, że ten obraz pozostanie w moim sercu już na zawsze. Zupełnie jakby ktoś zrobił zdjęcie, którego nikt mu nie odbierze. 
Uśmiechnęłam się, patrząc na nią, a po chwili wyszeptałam:
- Kocham cię. Tak bardzo cię kocham.

10 lipca 2016

No Control

A to mój mały specjał. Pierwszy raz to publikuję i wiecie co? Jestem z siebie dumna, bo to opowiadanie jest według mnie naprawdę dobre. Włożyłam w nie całą siebie (jak zawsze oczywiście), poświęciłam na to trzy wieczory i gotowe! Patrina to mój drugi ukochany, wręcz uwielbiony ship. Na pierwszym miejscu stoi oczywiście Kadzia. Nie wiem, co tu mogę jeszcze napisać. Kurcze, tak dużo znaczy dla mnie to opowiadanie, a mi zabrakło słów. W każdym razie zachęcam was do przeczytania i proszę, zostawcie jakiś komentarz. Jestem cholernie ciekawa, co sądzicie na temat mojej pracy. Kocham x


*Marina's Pov*

Właśnie przygotowywałam się na randkę z moim narzeczonym. Jak zwykle zależało mi na tym, żeby wyglądać perfekcyjnie, ale oczywiście mój brat musiał mi w tym przeszkadzać. Sylwester był ode mnie starszy, miał już własną rodzinę, ale z przyjemnością wtykał nos w nieswoje sprawy - czyli w moje. Bardzo doceniałam to, że moja rodzina i bliscy chcieli dla mnie jak najlepiej. Jednak ciążyła mi świadomość, że większość osób niechętnie przyjmowała fakt mojego zamążpójścia. Nie miałam pojęcia dlaczego. Wojtek, mój narzeczony nie był idealny, ale go kochałam.Wiadomo, że nie istnieje coś takiego, jak perfekcja, ale w moich oczach był właśnie taki - perfekcyjny. Czego więcej mogłam wymagać? Kochał mnie, szanował, dawał mi wszystko, co tylko mógł.
- Chcę ci zadać tylko jedno pytanie, Mara.
- Po pierwsze: nie mów tak do mnie... A po drugie: okay, jeśli to nie jest żadne idiotyczne pytanie - przewróciłam zniecierpliwiona oczami.
- Naprawdę go kochasz i jesteś szczęśliwa? - jego twarz była poważna, a głos brzmiał stanowczo.
Westchnęłam głośno i spojrzałam w lustro. Dostrzegłam w nim szczupłą szatynkę z dużymi, ciemnymi oczami. Jej lekki makijaż wyglądał całkiem dobrze, ale cały efekt psuło poirytowanie, które widniało na twarzy dziewczyny. I to byłam właśnie ja.
- Sylwek - uśmiechnęłam się z ironią i spojrzałam na niego. - A jak ty, chłopie myślisz? Mam zamiar wziąć ślub z kimś kogo nie kocham? Super, że macie mnie za taką idiotkę.
- Nie o to chodzi, martwię się. Bo on... 
- Co "on"? - warknęłam. - Sory, Sylwesterek, ale ja spadam. Idę do mojego ukochanego, zanim stracę resztki dobrego humoru.
Zerknęłam na zegarek, dochodziła dziewiętnasta. Spojrzałam w lustro po raz ostatni, po czym szybko przeczesałam włosy dłonią i przygładziłam sukienkę. Wszystko było na swoim miejscu, więc wyminęłam mojego brata, sięgnęłam po torebkę i wyszłam z mieszkania.
Na podjeździe, tuż przy budynku stało już auto Wojtka. Uśmiechnęłam się szeroko, po czym uniosłam dłoń, żeby mu pomachać. Mój ukochany wysiadł i odwzajemnił uśmiech.
- Hey - podeszłam do szatyna i musnęłam jego usta. 
- Cześć, śliczna. Jak się czujesz? Tęskniłem.
- Wszystko okay i też bardzo tęskniłam. A jak tam u ciebie?
- Bardzo dobrze, ale jestem trochę zmęczony. Praca, sama rozumiesz - skrzywił się lekko, po czym otworzył drzwi od strony pasażera.
- Rozumiem, Wojtuś. Dlatego ja już dopilnuję, żebyś się rozluźnił. Dzięki - powiedziałam i wsiadłam do środka.
Już po krótkiej chwili ruszyliśmy przed siebie. Nie miałam pojęcia, gdzie mój narzeczony chciał mnie zabrać, ale uwielbiałam te jego niespodzianki. Nigdy mnie w tym nie zawodził.
Poznałam się z Wojtkiem w liceum. To był okres, w którym moje życie zaczęło nabierać kolorów, mimo że powoli wkraczałam już w dorosłość. Było dużo nauki, coraz więcej pracy i planów na przyszłość. Wojtek zawsze był świetnym, pracowitym uczniem. Nauczyciele jednak go nie lubili, bo większość twierdziła, że był zarozumiały, cwany i za bardzo obnosił się ze swoimi drogimi gadżetami. Fakt faktem - jego rodzice byli bardzo bogaci i mój narzeczony zawsze miał to, czego chciał. Nie umiałabym jednak przyznać, że był zarozumiały, wredny, czy egoistyczny. Miał tam swoje różne zachowania, ale to wszystko było do wybaczenia. Kiedy tylko go poznałam, coś zaczęło mnie do niego przyciągać. Moi znajomi uważali, że za bardzo pokazywałam jak mi na nim zależy, bo nie poświęcał mi tyle uwagi, na ile zasłużyłam. Odradzali mi pakować się w ten związek. Nie słuchałam ich, bo znałam Wojtka i wiedziałam jaki jest. Kochałam go i miałam wrażenie, że niektóre dziewczyny po prostu mi zazdrościły. Wysłuchałam już zbyt dużo rzeczy na ten temat, o niektórych nawet nie chciałam myśleć. Ludzie zawsze mają tyle do powiedzenia. Tak, było mi czasem ciężko, gdy Wojtek miał humorki albo gdy denerwował się o byle co i podnosił na mnie głos. No, i niestety tak było do dzisiaj, ale akceptowałam w nim wszystko. Podobno mój narzeczony miał na mnie duży wpływ i niby bardzo się zmieniłam. No, ale co w tym dziwnego? Byłam z nim zżyta to wiadomo, że wiele od niego przejmowałam.
Obserwowałam przez okno ulice, które mijaliśmy. Ciemna peleryna powoli zaczynała przysłaniać niebo. Byłam coraz to bardziej ciekawsza naszej randki. 
- Daleko jeszcze, Wojtuś? Niebawem pomyślę, że chcesz mnie po prostu porwać - zaśmiałam się.
- Spokojnie, już dojeżdżamy, Marinka - zawtórował mi śmiechem.
Faktycznie po krótkim czasie zatrzymaliśmy się. Zobaczyłam przed sobą ogromny, opustoszały dom. Dookoła niego bardzo zaniedbany ogród, a w nim stare drzewa, nieco uschnięta trawa i mnóstwo polnych kwiatów. Miejsce zapierało dech w piersi, to trzeba było przyznać. Ale niby co mieliśmy tu robić?
Spojrzałam na mojego partnera pytająco. On tylko uśmiechnął się i poprosił, żebym wyszła z auta. Wyszłam więc, rozprostowałam kości i rozejrzałam się. Miejsce wyglądało naprawdę tajemniczo, a przez to i ciekawie.
Nim się obejrzałam, Wojtek złapał mnie za dłoń i pociągnął w stronę budynku. Weszliśmy do środka i oczywiście nie zdziwiło mnie to, że panele podłogowe po prostu odchodziły, a ściany były w tragicznym stanie. We framugach nie było drzwi, a każda szyba była wybita. Mimo że dom tak wyglądał, wcale nie był straszny, jak w typowym horrorze. Wręcz przeciwnie, miał swój urok.
Mój narzeczony zaprowadził mnie na samą górę aż na poddasze. A potem łatwo weszliśmy na dach. Już wiedziałam dlaczego tu przyjechaliśmy. Widok był niesamowity, a naokoło panowała cisza. Pomijając oczywiście różne odgłosy zwierząt.
- O rany... - tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić. 
Mój ukochany czule objął mnie ramieniem.
- Podoba ci się? - wyszeptał mi do ucha.
- Bardzo - pokiwałam głową, patrząc przed siebie.
Drzewa i zarośla tylko trochę zasłaniały całe nasze miasto. Oboje dobrze widzieliśmy te wszystkie latarnie, które tutaj przypominały małe, migoczące światełka. Najbardziej było widać pięknie oświetloną bazylikę, ale i dało się zauważyć, jak czasem przejedzie jakieś auto, czy ciężarówka.
- I powiedz kiedy zgłodniejesz. Mam pomysł, gdzie zjemy - powiedział Wojtek.
- Jeju - uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam na niego. - Ty zawsze wszystko przygotujesz.
- Dla mojej księżniczki zawsze - pocałował mnie krótko, ale czule.
Po chwili usiedliśmy na dachu i od razu się przytuliliśmy. Patrzyliśmy przed siebie i rozmawialiśmy, a ja co jakiś czas cicho się zaśmiałam. Idealnie. To był moment, w którym przestałam żałować każdego mojego czynu i tego, co stało się w moim życiu. Było mi niesamowicie dobrze. Niestety zawsze trwało to okropnie krótko. Cholerne pozory. Czegoś mi brakowało i co najgorsze - chciałam coś zmienić. Cofnąć czas do któregoś momentu. Czego chciałam? Sama nie byłam tego pewna. Nie chciałam, żeby inni o tym wiedzieli i ukrywałam to przed samą sobą. Tę głupią świadomość pustki.
Odchrząknęłam, jakby to miało odgonić moje myśli i oparłam głowę na ramieniu Wojtka. Westchnęłam cichutko i uśmiechnęłam się do siebie smutno.



Patrycja's POV



- Naprawdę przepraszam, że tak późno - Sylwester spojrzał na mnie speszony. - Że tak bez słowa i w ogóle...
- Stary, jesteś moim przyjacielem od lat - zaśmiałam się. - Mów, co jest.
Nie kłamałam. Sylwek był moim najlepszym przyjacielem, był jak brat. Poznaliśmy się dzięki Marinie, mojej byłej przyjaciółce. Wtedy to ona była mi najbliższa, bliższa od każdego z mojej rodziny. Kochałam ją, jak siostrę. Nie, nie jak siostrę. Niestety kochałam ją bardziej. To zrujnowało nasz kontakt. W życiu bym się nie spodziewała, że ktoś taki, jak ona nazwie mnie "pedałem" i tak zwyczajnie odejdzie. Kompletnie się tego nie spodziewałam, przysięgam. Uparła się, że nic z tego nie wyjdzie i że ta przyjaźń już całkowicie nie ma sensu. A wszyscy mówili, że byłyśmy, jak te papużki nierozłączki. No, przecież bym jej nie zgwałciła, nie miałam pojęcia o co jej chodziło. Bolało. Bolało, jak diabli. Nie chciałam jednak o tym myśleć, to było dla mnie okropne i do dzisiaj nie mogłam poukładać sobie przez to życia. Wszystkiego się bałam. Jednak jedno było pewne - nie przestałam jej kochać. To było chyba najgorsze. Ale jeszcze gorsza była świadomość, że Marina zaręczyła się z Tyczką. Nie znosiłam Szczęsnego odkąd go poznałam. Nikt go nie lubił. Wykorzystywał Marinę, zakręcił ją sobie wokół palca. Tak, dawał jej prezenty, zabierał na wspaniałe randki, ale co z tego? Był fatalnym facetem do życia. Zrobiony, bogaty laluś, który nie miał nic oprócz pieniędzy rodziców. Pustkę w głowie. Totalne dno. Niby nie chciałam myśleć o Marinie i wiedzieć co u niej, a jednak nie potrafiłam żyć bez tej świadomości.
- Chodzi o Marinę - powiedział cicho.
Wiedział, że nienawidziłam rozmawiać o niej wprost. Wiedział, że mimo wszystko próbowałam zapomnieć. Wyczułam jednak, że to coś bardzo poważnego. Przyszedł, bo wiedział, że tylko ja mogłam pomóc w tej sytuacji.
Przełknęłam narastającą gulę w moim gardle i spojrzałam na niego osłupiała. Na dźwięk jej imienia przeszły mnie dreszcze.
- Przepraszam, Patrycja...
- N-nie szkodzi... - w końcu wydukałam i usiadłam przy stole naprzeciwko Sylwka. - Co z nią?
- Nie do końca tu chodzi o samą moją siostrę - westchnął, spuszczając wzrok.
- Aaaa... Chodzi o tego idiotę i gbura. Srającego kota na pustyni. 
- Ona się strasznie przez niego zmieniła. Jest... Chamska. Poza tym wszyscy wiemy, że nie jest do końca szczęśliwa. 
W tym momencie coś ścisnęło moje serce. Nie była szczęśliwa, a ja miałam związane ręce. Właśnie przez nią. Przecież mogłam być przy niej, ale to ona odeszła i ostatnie, co powiedziała to "nie chcę cię znać". Moje oczy na moment zaszły łzami, ale dzielnie powstrzymałam się przed wybuchem płaczu.
- Patrycja, to... Przez Tyczkę ona... Ci to... No...
- Przez niego nazwała mnie "pedałem" i kazała mi zniknąć z jej życia? To serio straciła rozum - prychnęłam.
- Kochasz ją - stwierdził, a na jego twarzy pojawił się żal i współczucie.
- Kocham - przyznałam się bez niczego. 
Brunet pokręcił głową, wzdychając.
Wysłuchałam to wszystko, co Sylwester miał mi do powiedzenia. Nie mogłam w to uwierzyć, że Tyczka stał się przy Marinie tylko pewniejszy i tak naprawdę jeszcze gorszy niż był. A ona była na każde jego zawołanie, wysłuchiwała jego zażaleń i próbowała się dla niego zmieniać. To było straszne, nie mogłam tego słuchać. Miałam ochotę wstać, wyjść i pojechać do niej, żeby krzyknąć "co ty kurwa robisz ze swoim życiem?". Pragnęłam tego. Tak bardzo dawno ją widziałam. Zapewne była jeszcze piękniejsza niż w liceum. Pamiętam, jak każdego dnia w magiczny sposób stawała się coraz to piękniejsza.
- Chciałbym... Chciałbym, żebyś z nią porozmawiała.
W tym momencie wybuchnęłam głośnym śmiechem i zaklaskałam w dłonie.
- Co?! Sylwek, bez jaj... Proszę ciebie.
- Ale ja mówię poważnie - jego twarz była wyprana ze wszelkich emocji, czyli faktycznie mówił poważnie.
- Ja... - zaczęłam, czując, jak moje ręce się trzęsły. - Kurwa, no nie... Nie zrobię tego. Nie dam rady. Ja pierdole, nie. Sylwester, nie. 
- Tylko ty możesz do niej dotrzeć. Zawsze tak było. I dzięki temu... Może znów będziecie dla siebie, jak siostry. Zrozum, ona nie może za niego wyjść. Martwimy się o nią. Patrycja, ty też się o nią martwisz. Wiem, że to dla ciebie okropnie trudne, ale wszystko może się poukładać.
- Ja pierdole - schowałam twarz w dłoniach. 
Był moim przyjacielem, poza tym miał rację - martwiłam się o nią. Nie miałam wyboru, nie mogłam zostawić Mariny w takiej sytuacji. Musiałam to zrobić. Czułam, jak coś bezlitośnie szarpie moje serce, ale postanowiłam, że przejdę przez to. Prawdopodobnie po raz drugi, ale dam radę. Dla niej. Tylko co, jeśli ona nie zgodzi się na spotkanie? W końcu nie chciała mnie widzieć już nigdy więcej.
- Okay - powiedziałam w końcu. - Porozmawiam z nią. Ale... Chyba nie zmusisz jej siłą do spotkania ze mną, nie?
- O to się nie martw - uśmiechnął się lekko. - Ja już coś wymyślę, po prostu lekko się zdziwi, jak cię zobaczy.
Sylwester i te jego szalone pomysły. No, cóż, ufałam mu. Postanowiłam więc zaufać mu i w tej kwestii.
Kiedy atmosfera nie była już tak napięta, a ja przestałam się trząść, przeszliśmy na inne tematy. Zrobiłam nam kolejną kawę, przygotowałam szybko kolację i w między czasie rozmawialiśmy o sobie. Pytałam się co tam u żony Sylwka, jak tam jego malutka córeczka, jak w pracy i najważniejsze - pytałam o zdrowie. Na całe szczęście u nich wszystko było w porządku. Ja nie miałam za bardzo o czym mówić. Studiowałam zaocznie i chodziłam do pracy, mieszkałam sobie w malutkim mieszkaniu. Byłam samotna, ale jakoś specjalnie nie narzekałam. Miałam wspaniałego przyjaciela, z rodziną jakoś mi się układało i ogólnie wszystko było dobrze. Brakowało mi jedynie jej. To bardzo na mnie ciążyło, ale starałam się jakoś żyć. Niestety trudno było zapomnieć. Czas leczy rany, ale ten czas nigdy nie jest wyznaczony i nie znamy godziny. Nie wiemy kiedy umrzemy i nie wiemy kiedy zacznie być lepiej. Prawda jest jednak jedna - skoro każdy z nas umiera, to każdy z nas w końcu odnajdzie swoje szczęście. Nawet taki szary i głupi człowiek jak ja na nie zasługiwał.
Kiedy Sylwester już ode mnie wychodził, dogadaliśmy się, że jutro do mnie zadzwoni i powie o spotkaniu. Dziękował mi przez cały czas i mówił, że na pewno się odwdzięczy. Śmiałam się i mówiłam, że nie trzeba. Największą dla mnie nagrodą będzie uśmiech Mariny. No, i oczywiście, gdyby zdecydowała się na kontakt ze mną, też byłabym bardzo zadowolona.

***

Nie mogłam dziś usnąć. Przekręcałam się z boku na bok, bo moje myśli krążyły tylko i wyłącznie wokół Mariny. Przypomniałam sobie każdy nasz wspólny moment, od początku do końca. Rozpłakałam się na łóżku, niczym pięcioletnie dziecko. Nie próbowałam nawet tego powstrzymać. Chciałam, żeby to ze mnie wyszło, bo od od paru dobrych lat trzymałam to w sobie. Hodowałam wewnątrz siebie podłe, wyniszczające mnie emocje. Wmawiałam sobie, że to nie była wina mojej przyjaciółki. Nie musiała tego zaakceptować. Po pewnym czasie zrozumiałam jednak, że prawdziwa przyjaźń przetrwa wszystko. Dosłownie wszystko. Byłam na nią nieźle wkurwiona, ale bardziej było mi przykro. Och, nieporównywalnie bardziej. Byłam wprost zrozpaczona. Ale wybaczyłam jej. Wybaczyłam jej, bo bardzo ją kochałam.
Usnęłam z zapchanym nosem, wilgotnymi rzęsami mocno wtulona w mokrą od łez poduszkę. Na dworze było już prawie jasno, a ja byłam wykończona płaczem i emocjami. Coś czułam, że rano będę wyglądać, jak rozjechana łasica z wścieklizną. Popierdolona ta miłość. Wiedziałam jednak, że w każdej sytuacji istnieje jakieś wyjście. W każdej.



Marina's POV



Po tym, gdy nacieszyliśmy się uroczym widokiem z dachu budynku i wycałowaliśmy się - pojechaliśmy do Wojtka. Mój narzeczony już wszystko wcześniej przygotował. Zabrał więc tylko koszyk z jedzeniem i pojechaliśmy prosto do kina pod gołym niebem.Tego również się nie spodziewałam. Co najlepsze, godzina była zarezerwowana specjalnie dla nas. To było naprawdę wspaniałe, tym bardziej że nawet nam to kino przystroili. Wszędzie dookoła były rozwieszone lampki. Oczywiście to wszystko dzięki Wojtkowi.
To był jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Byłam wdzięczna Wojtkowi za to, że całkowicie poprawił mój humor. Nie mogłam zaprzeczyć, że Sylwek mnie zdenerwował. Czego oni wszyscy ode mnie chcieli? Wszystko było prawie dobrze. Prawie, ale to nie koniec świata.
Po seansie już nieco zmęczeni wróciliśmy do Wojtka. Było już późno w nocy, ale korzystaliśmy z tego, że noc była piękna i młoda. Zapaliliśmy świeczki w łazience, napuściliśmy do wanny gorącej wody i przynieśliśmy wino oraz kieliszki. Wojtuś dodatkowo wsypał do wanny mnóstwo płatków róż. Bardziej perfekcyjnie być nie mogło. 
Powoli weszłam do wanny i ostrożnie usiadłam naprzeciwko mojego ukochanego. Uśmiechnęłam się do niego szeroko.
- I co? - zapytał, przygryzając dolną wargę.
- Kochanie, dobrze wiesz, że jestem zachwycona.
Zaśmiał się cichutko, po czym sięgnął po butelkę wina i nalał go trochę do kieliszków. Wznieśliśmy toast za naszą dwójkę, po czym oboje nabraliśmy łyka do ust.
- A... - zaczęłam, niby niewinnie kręcąc głową. - Co zrobimy, jak wyjdziemy z wanny?
- Na koniec zostawiłem najlepsze - poruszał znacząco brwiami.
- Kocham cię - zaśmiałam się głośno.
Kiedy już trochę wypiliśmy, odprężyliśmy się i kiedy usłyszałam tysiące komplementów na temat mojego ciała - umyliśmy się nawzajem. Uwielbiałam jego dłonie. Za każdym razem, gdy mnie dotykał, robił to z cholerną czułością. Czułam się, jakbym była na zawodowym masażu.
Wyszliśmy z wanny, gdy woda zaczynała już stygnąć. Owinęłam swoje ciało w ręcznik, przyglądając się umięśnionej sylwetce mojego Pana Perfekcyjnego. Jak on to robił? Był tak nieziemsko przystojny. Uśmiechnęłam się lekko, po czym zaczęłam się wycierać.
Po chwili, gdy oboje byliśmy już gotowi do wyjścia z łazienki, Wojtek zrzucił z nas ręczniki. Chwycił mnie za dłoń, po czym wyszliśmy i poszliśmy prosto do sypialni. 
- Moja piękna - stanął przede mną i przejechał kciukiem po moich ustach.
- Tylko twoja.
Po krótkiej chwili pchnął mnie delikatnie w stronę łóżka, a ja położyłam się na nim. Wojtek usiadł i nachylając się nade mną, wpił się w moje usta z namiętnością. Wplotłam palce w jego włosy i czule je zmierzwiłam. 
Nie przerywając pocałunku, mój ukochany położył dłonie na moich piersiach, po czym ścisnął je. Wydałam z siebie cichy jęk, to było naprawdę przyjemne. Ja zaś przeniosłam dłonie na jego umięśniony tors i palcami zaczęłam kreślić na nim kółka. Czułam jak jego twardy członek napierał na moje udo. To podnieciło mnie jeszcze bardziej. 
- Cholera - wysapał, odrywając się od moich ust.
Zaczął masować moje uda od wewnętrznej strony, po czym rozchylił je. Nachylił się i zaczął składać na nich drobne pocałunki. Dodatkowo opuszkami palców jeździł po moim podbrzuszu, przyprawiając mnie tym o dreszcze.
I po tej wspaniałej grze wstępnej, gdy mój ukochany przeszedł do sedna, nasze przyspieszone oddechy i jęki wypełniły pokój. Seks z nim był ogromną przyjemnością, ale nawet w tym czegoś mi brakowało. Oczywiście nigdy się do tego przed Wojtkiem nie przyznałam.
Po pewnym czasie zdyszany Wojtek gwałtownie opadł na materac, a ja starałam się unormować oddech. Nasze ciała były gorące, bo ich fantazje właśnie zostały spełnione. To było wspaniałe, a przynajmniej wtedy tak mi się zdawało. 
- Jesteś idealny, wiesz? - wysapałam i pocałowałam go delikatnie.
- Wiem - zaśmiał się cicho i odwzajemnił pocałunek. - Ale tobie i tak w niczym nie dorównam.
Zmęczeni wtuliliśmy się w siebie i po krótkiej chwili usnęłam.
Spałam spokojnie całą noc, ani razu się nie przebudzając. Nie pamiętałam dokładnie moich snów, ale nic złego na pewno mi się nie przyśniło.
Obudził mnie głośny, irytujący i uporczywie dzwoniący telefon. Mruknęłam coś pod nosem, ziewnęłam i sięgnęłam po niego. Mogłam się tego domyślić - dzwonił Sylwek. Czegoż on ode mnie chciał? 
- Czego? - mruknęłam do telefonu.
- Obudziłem cię? Już późno, jest...
- Zamknij się. No co chcesz? - odwróciłam się i spojrzałam na Wojtka, który dalej smacznie sobie spał.
- Musimy się dziś umówić. Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
- No okay - ziewnęłam przeciągle. - Gdzie i kiedy? Akurat mam dzisiaj trochę czasu. Masz szczęście.
- W twojej ulubionej kawiarni?
- Stoi - odparłam.
- Godzinę jeszcze ustalimy, jak wstaniesz i się ogarniesz. Trzymaj się.
- Ty też - rozłączyłam się.
Odłożyłam telefon na szafkę nocną i znów spojrzałam na moje kochanie. Tym razem patrzył się na mnie tymi swoimi kochanymi szarymi oczami. 
- Kto to był? - zapytał ochrypłym głosem.
- Tylko brat - uśmiechnęłam się. - Będę musiała się z nim spotkać. 
Wojtek bez słowa przyciągnął mnie do siebie i wpił się w moje usta z namiętnością. Od razu odwzajemniłam pocałunek.
Poleżeliśmy sobie jeszcze chwilkę, a potem postanowiliśmy wstać. Poszłam do łazienki, żeby przygotować się do dzisiejszego dnia. Ubrałam się, umyłam i starannie rozczesałam włosy. "O co chodzi mojemu bratu?" - zastanawiałam się, spoglądając w lustro. Nieważne, postanowiłam zostawić to na potem. Musiałam jeszcze wrócić do domu, żeby zrobić sobie makijaż. Wyglądałam całkiem dobrze, ale widać było, że po naszej wspaniałej i emocjonującej randce byłam dosyć zmęczona.
Po jakimś czasie gotowa wyszłam z łazienki. Udałam się do kuchni, skąd rozchodził się wspaniały zapach. Okazało się, że mój ukochany usmażył nam naleśników.
- Mówiłam ci już, że jesteś warty wszystkich skarbów świata? - zapytałam, siadając do stołu.
- Niestety tylko jakieś miliard razy - wydął wargę i usiadł naprzeciwko mnie.
- Pyszności - powiedziałam, gdy zaczęłam jeść.- A będziesz mógł mnie podwieźć z powrotem do domu, kochanie?
- No, pewnie. Będziemy oczywiście w kontakcie, prawda?
- Jeszcze się pytasz, no jasne.
Kiedy zjadłam śniadanie wraz z moim przyszłym mężem, pojechaliśmy do mojego domu. Zanim wyszłam z auta, podziękowałam Wojtusiowi za wczorajszy wieczór i mimowolnie wpiłam się w jego usta. Nie chciałam się z nim rozstawać, ale niestety wszystko ma swój koniec. Musiałam spotkać się z tym głupim bratem, posprzątać dom i zająć się pracą.
Kiedy byłam już w mieszkaniu, napisałam do niego sms'a, że jestem już gotowa i mogę się umówić. Odpisał prawie od razu, czy pasuje mi czternasta. Zgodziłam się, w końcu na pewno nie zajmie nam to długo.
Do wyjścia miałam jeszcze trochę czasu, dlatego zabrałam się za porządki. Następnie przebrałam się i zrobiłam sobie makijaż.Cały czas zastanawiałam się o jaką pilną sprawę chodziło Sylwestrowi. Cóż był z niego za szalony brat, jakby nie mógł mi pokrótce powiedzieć o co chodzi. Poza tym, czy on o tej porze nie był w pracy?
Wyszłam trochę później, niż zamierzałam. Zapomniałam dopilnować czasu. Napisałam więc do brata, że mogę się nieco spóźnić.



Patrycja's POV



Nie pamiętam kiedy tak bardzo się stresowałam. To było po prostu straszne. W jednym momencie, gdy tylko przekroczyłam próg domu, pojawiło się mnóstwo obaw. Nie widziałam jej od paru dobrych lat, więc jak powinnam się zachowywać? Dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że nie rzuci mi się w ramiona ani też nie obdarzy mnie szczerym uśmiechem. Te wszystkie myśli okropnie ściskały mnie za serce, bo jeszcze chwilę temu byłyśmy dla siebie wszystkim. 
Gdy wyszłam z mieszkania, od razu sięgnęłam po papierosa. Nigdy nie rozstawałam się z tym nikotynowym mordercą. Paliłam cholernie dużo, zbyt dużo. Miałam to jednak gdzieś, nigdy nie potrafiłam znaleźć dobrego sposobu na odstresowanie się. Kiedy tylko zaczęły się problemy, już jako nastolatka wybierałam wszystko, co mogło mi zaszkodzić. Dla przykładu myślałam, że ból fizyczny sprawi, że zapomnę o troskach. Niestety tak to nie działało. A, jeśli działało - to tylko na chwilkę. Najśmieszniejsze jest to, że zawsze wiedziałam, że to było głupie i bezmyślne. Robiłam naprawdę wiele idiotycznych rzeczy, czego żałuję do dzisiaj. Ale może nie powinnam? Teraz, po tym wszystkim stałam się silna. Wierzyłam w lepsze jutro i nie poddawałam się. Wiadomo, że mnóstwo rzeczy miało na mnie okropny wpływ i przez moją nadwrażliwość cierpiałam jak cholera. Ale jak już wspomniałam - nigdy się nie poddawałam.
Szłam w stronę kawiarni, do której kiedyś często chodziłam właśnie z Mariną. Podobno to małe, ale przyjemne miejsce wciąż było jej ulubionym. Mocno zaciągnęłam się papierosem, po czym wypuściłam dym z ust. Uśmiechnęłam się lekko na wspomnienia z czasów gimnazjum i liceum. Było ciężko, ale z nią wszystko było tysiąc razy prostsze. Gdyby nie ona, wiele bym straciła. Prawdopodobnie nic bym nie zyskała i dodatkowo byłabym sama jak palec. Sama w tym całym pierdolonym gównie. 
Po parunastu minutach stanęłam przed wejściem do kawiarni. Dawno tu nie byłam, ale wiele się nie zmieniło. Zajrzałam do środka przez okno i poczułam przyjemne ciepło, które w momencie rozlało się po moim ciele. Każde wspomnienie wróciło. Szkoda tylko, że to tylko wspomnienia. Spojrzałam na zegarek, było pięć minut po czternastej. Mariny jeszcze nie było, ale moje serce przyspieszyło niebezpiecznie. "Ogarnij się, Patka... Przecież to tylko spotkanie... Spotkanie po latach... Kurwa" - pomyślałam i głośno przełknęłam ślinę.
Nagle ją zauważyłam. Właśnie ją. Niska i szczupła szatynka szła szybkim krokiem. Piękna, jak zawsze. A jednak, jeszcze piękniejsza. Patrzyłam na nią z rozdziawionymi ustami, byłam całkiem osłupiała. Nawet poruszała się tak samo zgrabnie, jak kiedyś. Jej czarne oczy dalej tak ślicznie błyszczały, ale coś było nie tak. Wyraźnie zmizerniała i to mnie zaniepokoiło. Na jej twarzy zawsze był uśmiech i ogromny rumieniec. A teraz jakby smutek i zmęczenie. Już coś postanowiłam. Zabiję tego gnoja, jak tylko go dorwę. A dorwę.
Kiedy dzieliło nas już niewiele drogi, uniosła wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Była w szoku, łatwo dało się to zauważyć. Ale nie tylko zdziwienie ją ogarniało. Sama nie wiedziałam co, ale sama poczułam dziwne ukłucie w sercu. Przystanęła na chwilę, nie odrywając ode mnie wzroku. Po krótkiej chwili znów ruszyła i gdy już znalazła się przy budynku, chciała mnie ominąć i wejść, ale złapałam ją za nadgarstek. 
- Sylwka nie ma, on umówił cię ze mną... - powiedziałam bardzo cicho, patrząc na nią uważnie. 
Pierwszy raz od paru lat ją zobaczyłam. Stałam kilkanaście centymetrów od niej i patrzyłam w jej piękne oczy. Wydawało mi się, że to był sen. Ale bardzo nieprzyjemny sen, bo ona była zniesmaczona. Wcale nie chciała mnie wtedy zobaczyć.
- On sobie chyba jaja zrobił - mruknęła, ale bardziej do samej siebie niż do mnie.
- Po prostu chodź. Zobaczysz, że miał słuszny powód - otworzyłam jej drzwi.
Stała długo bez ruchu, po prostu na mnie patrząc. Cholera, ta nienawiść do mnie wciąż tkwiła w jej oczach.
- Dobra - powiedziała obojętnym tonem, ale czułam, że coś się w niej gotowało.
Po chwili weszłyśmy do środka i zajęłyśmy pierwszy lepszy stolik.
- Tylko szybko, mam lepsze zajęcia w odróżnieniu od ciebie. Nie szkoda ci czasu na lizanie cipy jakiejś lasce?
- Jasne - powiedziałam z sarkazmem. - Za to ty masz lepsze zajęcia, bo możesz ssać kutasa swojemu chłoptasiowi. Lepiej poświęcić czas na to, prawda?
Posłała mi tylko mordercze spojrzenie, ale nic nie odparła. No, bo co miała powiedzieć? Marina faktycznie stała się okropnie chamska. Po prostu jej nie poznawałam, ale starałam się to ukryć.
- Taką cię pamiętam, Szustakowska. Zawsze cięte riposty, wymądrzania się i... Pedał do tego - prychnęła.
Zaśmiałam się głośno, nie ukrywając rozbawienia. Wyjęłam paczkę z papierosami i sięgnęłam po jednego. Wsadziłam go do ust i podpaliłam koniec za pomocą zapalniczki. Od razu się zaciągnęłam.
- Palenie zabija - zauważyła moja towarzyszka.
- Samotność zabija bardziej - uśmiechnęłam się.
- No i właśnie o tych mądrościach i tych twoich metaforach mówiłam. Zaraz z nas stąd wywalą.
- Pieprzyć reguły - puściłam do niej oczko. - Poza tym to co się tak o mnie martwisz?
- Nie martwię, jak dla mnie mogłoby cię w ogóle nie być na tym świecie. 
- Oho - wypuściłam dym z ust. - Cały czas wydaje mi się, że udajesz, Marina. Jakbyś zapomniała, co się stało dzień przed moim wyznaniem. Prawie poszłaś ze mną do łóżka.
- Byłam wtedy pijana, jak nigdy - warknęła. - Poza tym chyba masz schizy, bo to było liceum i wtedy byłam już z Wojtkiem.
- Ano właśnie - przypomniałam sobie, pomijając tamten temat. - To o nim miałyśmy porozmawiać. A powiedz mi dlaczego już dawno nie zostawiłaś tego gnoja? Jestem twoją przyjaciółką, byłam nią zawsze. I dobrze wiem, że nie jest ci przy nim dobrze. Czy ty aby nie chcesz albo też nie chciałaś udowodnić czegoś mi albo komuś?
- Jesteś idiotką. Kocham go i nie mam zamiaru się przed tobą tłumaczyć.
- Okay, w porządku. Skoro jesteś przekonana, to cholernie się z tego powodu cieszę. Jednak chciałabym zauważyć, że jeśli ten chuj jest twoim księciem, to ty powinnaś być jego księżniczką. Czy zawsze cię tak traktuje? Czy ma do ciebie szacunek? Zawsze? Denerwujesz się, gdy większość mówi ci, żebyś go zostawiła. I słusznie, nie sugeruj się większością. Większość to tylko liczba, ale liczba nie jest potęgą. Bo od każdej innej znajdzie się większa. Słuchaj głosu swojego serca i zrób tak, żebyś potem niczego nie żałowała. Pamiętaj, że zasługujesz na prawdziwe szczęście, a przy nim jeszcze się staczasz. On kocha samego siebie, nigdy nie da ci tego, co powinnaś dostać. On nie potrafi kochać, on chce być tylko kochany. A nic co ludzkie nie powinno być dla człowieka trudnością. Coś czuję, że problem tkwi tylko w twojej głowie, nie w otoczeniu. Jego nie zmienisz, ale ty możesz sprawić, żeby żyło ci się lepiej. Marina, nie podkładaj sobie niepotrzebnych kłód pod nogi. Niepotrzebnie toczysz walki ze samą sobą. Szczęście masz na wyciągnięcie ręki, gwarantuję ci to.
Nie przerywała mi, za to przez cały czas bawiła się nerwowo dłońmi. Wiedziałam, że mnie słuchała. Słuchała i to z uwagą. Marszczyła brwi, przyswajając do siebie każde moje słowo. Miałam wrażenie, że miała łzy w oczach i dlatego siedziała ze spuszczoną głową. Moje serce było złamane przez to, co mi zrobiła, ale było mi jej okropnie żal. Marina była bardzo zagubionym człowiekiem i potrzebowała kogoś, kto ją poprowadzi. 
- Mówi to ktoś, kto nic nie osiągnął - powiedziała w końcu. - Prawisz te swoje mądrości, ale wciąż jesteś nikim. Nie masz nikogo, tkwisz w tej swojej małej klitce i masz pracę, jaką masz. Wszystko na kocią łapę. A do tego żyjesz przeszłością, robisz sobie niepotrzebne nadzieje i niepotrzebnie walczysz. Już nie masz o co, Patrycja. Zresztą ty nawet na mnie nie zasługujesz.
Doskonale wiedziałam, że próbowała mnie doszczętnie zranić. I zraniła. Ale ja od jakiegoś czasu nie dawałam się łamać. Nie mogłam tylko zrozumieć, co ona wyprawiała. Dlaczego tak wszystko się potoczyło. A przecież mogłyśmy dalej być dla siebie jak siostry. To było takie głupie. Podejrzewałam ją, że jest biseksualna. Może i się myliłam, ale nawet gdyby to nie powinna tego kończyć. A jakoś trudno było mi uwierzyć w to, że była homofobem. Po prostu cały czas odnosiłam wrażenie, że ona coś ukrywała albo udawała. Przed światem i samą sobą.
Uśmiechnęłam się tylko i po chwili odparłam:
- Lepiej walkę przegrać, niż się wcześniej poddać. Póki walczysz, jesteś zwycięzcą. I tak się składa, że człowiek zawsze i w każdym momencie ma o co walczyć. Nie wiem za co mnie tak znienawidziłaś, ale bardzo za tobą tęsknię i martwię się. I mam nadzieję, że posłuchasz swojego serca. Poza tym z jednym muszę się zgodzić: kompletnie na ciebie nie zasługuję. Ale Tyczka tym bardziej.
- Muszę już iść - gwałtownie podniosła się z miejsca, na co ja westchnęłam. 
Bez żadnego słowa ani gestu pożegnania chwyciła swoją torebkę i ruszyła w kierunku wyjścia. Nawet na mnie nie spojrzała. Nie poszłam za nią. Po co? Czemu miałabym ją zatrzymywać? W końcu ją straciłam i prawdopodobnie znów długo jej nie zobaczę. Z tego wszystkiego aż zachciało mi się płakać. Miałam tylko nadzieję, że w końcu się odnajdzie i będzie szczęśliwa.
Kiedy wyszła, ja dalej tam siedziałam. Patrzyłam się tępo w jeden punkt i nawet nie spostrzegłam, jak łzy zaczęły spływać po moich policzkach. Otrząsnęłam się jednak i wyjęłam telefon, żeby zadzwonić do Sylwka.
Po krótkiej chwili już wszystko wiedział. Głos mi drżał, ale starałam się to jakoś zatuszować. 
- Sylwek... A gdzie on mieszka? - zapytałam nagle.
- Że Tyczka?
- Tak.
- A co?
- Mam zamiar go odwiedzić.
- Nie, nie, nie... Patrycja, nie. Nie rób tego, to się źle skończy.
- Pierdolę to. Podaj adres smsem. Zamierzam wyciągnąć z tego Marinę, ona nie wie, co robi.
Po chwili się rozłączyliśmy. Sylwester nie był przekonany co do mojego pomysłu, ale podał mi adres. Wyszłam z kawiarni i ruszyłam w stronę swojego mieszkania. Postanowiłam tam pojechać i nawet, jeśli będzie trzeba - to zrobić rozróbę. 
Na całe szczęście szybko wróciłam do domu i w oka mgnieniu wskoczyłam do auta, które stało przed blokiem. Miałam fatalną orientację w terenie, więc musiałam użyć GPS'a w moim Iphonie. Nigdy wcześniej tam nie jeździłam, więc nie miałam pojęcia, gdzie to było.
Przez całą drogę do domu tego buca musiałam zawrócić jakieś dwa razy. Przez to trasa nieco się wydłużyła, ale w końcu trafiłam. Nie miałam zielonego pojęcia, co mu powiedzieć. Czułam, że jak tylko go zobaczę, to przestanę kontrolować własne emocje. Miałam nadzieję, że nie będzie z nim Mariny.
Zatrzymałam się na ogromnym podjeździe, przed wielkim domem. A może to ciągnęło do niego Marinę? Pieniądze? To było raczej jasne, że po ślubie się do niego wprowadzi. Chociaż wątpiłam w to, że mogłaby być aż tak głupia. Przez Marinę nigdy nie przemawiała konsumpcja. 
Wyszłam z samochodu i podeszłam do bramy. Zadzwoniłam domofonem i oparłam się o mur, czekając cierpliwie. Drugi raz w tym dniu cholernie się zestresowałam. Byłam zbyt impulsywna. Miałam wrażenie, że zaraz stchórzę i ucieknę. Przypomniałam sobie jednak w jakim celu tu przyjechałam i od razu się wyprostowałam. Moja pewność siebie wróciła.
Po krótkim czasie drzwi od bramy otworzyły się i zobaczyłam w nich Tyczkę. Nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawialiśmy i naprawdę tego żałowałam. Już w liceum miałam szansę mu nawtyakć, ale wtedy byłam okropnym chojrakiem. On dobrze wiedział kim jestem i oczywiście znał całą historię mojej przyjaźni z Mariną.
- O, to ty - uśmiechnął się drwiąco. - Nie wyruchasz mi laski i nie mam pojęcia, skąd masz mój adres.
- Ano mam - uśmiechnęłam się i słodko zatrzepotałam rzęsami. - I nie przyjechałam tu, żeby wyruchać ci laskę, tylko uprzytomnić ci jakim chujem jesteś. No i oczywiście przestrzec cię, że jeśli włos spadnie jej z głowy, jeśli kiedykolwiek poczuje się przez ciebie smutna, to wyrwę ci, skurwielu jaja, okay? 
Wybuchnął śmiechem i zaklaskał w dłonie.
- Jesteś pojebana, nic dziwnego, że od ciebie uciekła. Popierdolona lesba... 
- No widzisz - pokiwałam głową, czując, że coś zaczynało się we mnie gotować. 
- Widzę - odparł z rozbawieniem.
- Popierdolony chuju! - krzyknęłam i z całej siły uderzyłam go pięścią w twarz, a ten aż zakręcił się wokół własnej osi.
Nie powinnam tego robić, to miała być spokojna rozmowa. A jednak. Ja zawsze musiałam zrobić coś impulsywnego, bo oczywiście emocje mną wręcz targały. Trudno, dostał to, na co zasłużył. Wokół nie było nikogo, to mogłam sobie pozwolić.
Wściekły otarł dłonią krwawiący noc i przyparł mnie do muru. Był silniejszy, ale to było wiadome. Dlaczego ja to zrobiłam? Przeklinałam siebie w duchu za to, że zawsze robię, a potem myślę.
- Nie będziesz się wpierdalać w nasz związek, czy ci się to podoba, czy nie - powiedział przez zaciśnięte zęby, lekko mnie przy tym przyduszając. 
- Zrobię wszystko, by była szczęśliwa - wycedziłam, nie spuszczając z niego wzroku. 
Zaśmiał się tylko, zamachnął i z całej pety uderzył mnie w twarz. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i osunęłam się na ziemię. Na szczęście nie trwało to długo, bo po chwili przypomniałam sobie, co się dzieje. Niestety nie zdążyłam nic zrobić, bo dostałam porządnego kopniaka w żebra. Z bólu przestałam na chwilę oddychać. Ten dupek nie miał dość, bo szarpnął mnie za włosy, na co ja w momencie stanęłam na nogi.
- Widzisz? Nic ci się nie uda - uśmiechnął się kpiąco i powtórzył ten okropny cios w twarz, a ja znów upadłam na ziemię.
Nie byłam w stanie się ruszyć ani nic z siebie wydusić. A bardzo chciałam mu zaprotestować. 
- Żegnam, tępa suko - spojrzał na mnie po raz ostatni i schował się za bramą.
Leżałam tam dalej i nasłuchiwałam, jak jego kroki stopniowo cichły. Gdziekolwiek dotknęłam swojej twarzy, czułam okropny ból. Poza tym cały czas krwawiłam. Odsłoniłam trochę mój brzuch, żeby zobaczyć, co z żebrami i oczywiście dostrzegłam wielką, fioletową plamę.
- Kurwa - jęknęłam. - Co za gnój, ughh...
Zebrałam się dopiero po paru dobrych minutach i ledwo dokuśtykałam do auta. Byłam słaba i roztrzęsiona, więc nawet i samochód ciężko było mi odpalić. Bałam się, że jeszcze spowoduję jakiś wypadek drogowy, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Cóż, za to w połowie drogi brakło mi paliwa. Najwyraźniej szczęście nie było mi pisane. Musiałam zadzwonić do Sylwka i poprosić go o pomoc. Dobrze, że go miałam. Zawsze mogłam na niego liczyć.
Mój przyjaciel przyjechał bardzo szybko, po tym jak podałam mu dokładny adres i mniej więcej opisałam, gdzie się znajduję. Przeraził się, gdy mnie zobaczył, więc wszystko mu wyjaśniłam. Długo przeklinał Tyczkę za to, co mi zrobił i oświadczył, że nie popuści mu tego. Ja jednak się sprzeciwiłam. To nie miało sensu, stało się. Teraz trzeba będzie tylko przypilnować, żeby Marina przypadkiem za niego nie wyszła.
- Może pojedziemy do szpitala? - spojrzał na mnie zmartwiony.
- Nie - uśmiechnęłam się. - Już jest okay, chcę wrócić do domu.
- Ja cię podwiozę. Bak jest już pełny, a ty się odpręż.
- Dzięki, Sylwek. Ratujesz mi dupę, serio.
- Takiej lasce jak ty warto - zaśmiał się i weszliśmy do samochodu.
Resztę drogi powrotnej praktycznie przemilczeliśmy. Byłam wykończona i tak naprawdę czułam się fatalnie. Głowa mi pękała, a brzuch bolał mnie niemiłosiernie.
Kiedy dojechaliśmy, jeszcze raz gorąco podziękowałam mu za pomoc. Pożegnałam się z nim i szybko weszłam do mieszkania. Od razu rzuciłam się na łóżko. Poczułam lekkie mdłości i zawroty głowy. Nie wierzyłam, że Tyczka mógł być aż tak okropny. Bałam się, że niebawem stanie się dla Mariny wręcz podły.
Wykończona i zdruzgotana nawet nie spostrzegłam kiedy usnęłam.



Marina's POV



Po tym nieszczęsnym spotkaniu z Patrycją, coś okropnego zaatakowało moje serce.Obawiałam się, że to były wyrzuty sumienia. Naprawdę nie chciałam jej zobaczyć, ale teraz przestałam tego żałować. Nie miałam pojęcia dlaczego. 
Długo siedziałam na kanapie i rozmyślałam, tępo patrząc w jeden punkt. Analizowałam wszystko, co mi powiedziała. Poza tym przypomniałam sobie czasy, w których byłyśmy nierozłączne. W tym momencie przyłapałam się na tym, jak na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Westchnęłam głęboko. Doskonale mnie znała, bo rzeczywiście próbowałam coś ukryć. A dokładnie wspomnienia z tamtego wieczoru, o którym Patrycja mi przypomniała. To miało być głupie pidżama party. Jak na siedemnastolatki byłyśmy nadzwyczaj dziecinne, ale wcale nam to nie przeszkadzało. Niestety tamtego wieczoru odjęło nam rozumu i zachowałyśmy się, jak głupie gówniary. Załatwiłyśmy trochę alkoholu i upiłyśmy się w akademiku. Stało się tak, bo byłam wtedy po kłótni z Wojtkiem i chciałam to odreagować. Bardzo długo wtedy rozmawiałyśmy, do tego obie byłyśmy zbyt szczere. Nie pamiętałam za wiele i na szczęście Patrycja też nie. Jednak jednego nie dało się zapomnieć. Wtedy, gdy byłyśmy już pijane, moja była przyjaciółka rzuciła się na mnie z pocałunkami. Niestety ja je odwzajemniłam. Wmawiałam sobie, że byłam wtedy pod wpływem alkoholu i zrobiłam to spontanicznie. A jednak, podobało mi się to. Powód zerwania przyjaźni z Patrycją? Po prostu nie chciałam się przekonać, że faktycznie czułam do niej coś więcej. Byłam wtedy z Wojtkiem i czułam się potwornie, że to zrobiłam. Patrycja na drugi dzień wyznała mi miłość, myśląc, że byłam świadoma tego, co zrobiłam. Wykorzystałam to, zwyzywałam ją i zerwałam przyjaźń. A to wszystko dla Wojtka. 
Odruchowo spojrzałam na zegarek, dochodziła już osiemnasta. Kiedy ten czas tak zleciał? Na czym? Nie miałam pojęcia, ale właśnie sobie coś uświadomiłam. A konkretnie to, że Patrycja nie była niczemu winna. Chyba za nią tęskniłam. Miałam wrażenie, że to właśnie jej tak bardzo mi brakowało. Postanowiłam, że jeszcze dziś znajdę jej adres i ją przeproszę. To będzie okropnie głupie. Po tylu latach i po dzisiejszym okropnym spotkaniu tak po prostu ją przeprosić. Ale ja naprawdę tego żałowałam. Na własne życzenie straciłam najwspanialszą przyjaciółkę, jaką tylko mogłam mieć. Okłamałam siebie, ją i do tego zachowałam się, jak ostatnia suka. Dziś na pewno bym nie usnęła, moja głowa pękała od nadmiaru myśli i złych emocji. Pragnęłam to naprawić. To wszystko, co dziś do niej powiedziałam, było kłamstwem. Wcale nie uważałam, że była nikim. Zawsze imponowała mi jej postawa i światopogląd. Była wyjątkowa, a do tego piękna. 
Moje rozmyślania przerwał telefon. Otrząsnęłam się i sięgnęłam po niego. Dzwonił Wojtek, więc bez wahania odebrałam telefon.
- Halo? - odezwałam się.
- Kochanie, nie uwierzysz, co się stało - był wyraźnie zdenerwowany. 
- Och... - przestraszyłam się - Co takiego? 
Po krótkiej chwili wszystko mi wyjaśnił. Nie mogłam w to uwierzyć i kompletnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Po co ona to zrobiła?
- I co wtedy zrobiłeś?
- No, wiesz... Zdenerwowałem się, ale zachowałem zimną krew i po prostu grzecznie ją wyprosiłem. Nie uwierzysz nawet, jaka ona agresywna.
- Jezus... - załamałam się. - No nic... Wojtuś, nie przejmuj się... Ja to załatwię, dobrze?
- Nic nie rób, Marinka. Wszystko jest okay, zostawmy ją. Na pewno już da sobie spokój. 
- Tak... Na pewno... - powiedziałam cicho. - Wojtuś, przepraszam, ale muszę kończyć. Słuchaj, zadzwonię, jak tylko będę mogła.
- Nie ma sprawy, kocham cię. 
- Ja ciebie też - odparłam, po czym się rozłączyłam.
Nie miałam zamiaru powiedzieć Wojtkowi o dzisiejszym spotkaniu z Patrycją. Za to wykręciłam numer do brata, chcąc dowiedzieć się, gdzie ona dokładnie mieszka. Poza tym chciałam mu podziękować, że załatwił mi spotkanie z nią. No, i pokrótce zdać relację z dzisiejszego wypadu do kawiarni. Wiedziałam, że się przyjaźnili i zawsze podświadomie zazdrościłam tego Sylwkowi. A nie miałam czego, w końcu sama naważyłam piwa. 
- I nie jesteś zła? - w jego głosie słyszałam ogromne zdziwienie.
- Teraz? Absolutnie! No to dzięki za pomoc, muszę do niej pojechać. 
- Musisz, musisz. Nie jest w dobrym stanie.
- Co? - zmartwiłam się. - Jak to?
- Sama zobaczysz, ja muszę już iść. Moja droga żona popędza mnie, abym wykąpał Izunię. Trzymaj się, Marina i jedź do niej. Napraw to. 
- Tak właśnie zrobię - uśmiechnęłam się smutno. - Dzięki, bracie.
Już po paru minutach siedziałam w samochodzie. Po drodze zastanawiałam się, co jej powiem. I co tak naprawdę się stało, gdy Patrycja pojechała dziś do Wojtka. Co oznaczało, że była w złym stanie? Obawiałam się, że coś tu było nie tak.
Kiedy stałam już przed blokiem, zadzwoniłam domofonem pod odpowiedni numer. Po paru sekundach drzwi otworzyły się, więc weszłam do budynku. Wdrapałam się po schodach na drugie piętro i stanęłam przed mieszkaniem mojej byłej przyjaciółki. Westchnęłam i zapukałam.
Dosyć sporo czasu minęło, zanim usłyszałam, przekręcający się w zamku klucz. Kiedy drzwi otworzyły się, zobaczyłam w nich Patrycję. Ale nie tę samą Patrycję, z którą widziałam się jeszcze parę godzin temu. Ta, którą widziałam teraz była całkowicie odmieniona. Jej czarne włosy były bardzo rozczochrane, na skroni widniała ogromna rana, a jej warga była rozcięta. Do tego była okropnie blada i cholernie smutna. Jej sine wargi lekko drżały. 
- Ja... - kompletnie odebrało mi mowę. 
- Po prostu wejdź - powiedziała słabym głosem i zgięta w pół cofnęła się w głąb mieszkania.
Bez wahania weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Automatycznie rozejrzałam się dookoła i spostrzegłam, że mimo małych rozmiarów, mieszkanie było bardzo przyjemne. Wszystko było na swoim miejscu, każdy pokój urządzony był naprawdę estetycznie i wyglądał świetnie. Cała Patrycja.
Weszłyśmy do salonu, a po chwili moja była przyjaciółka usiadła na kanapie. Ja usiadłam w fotelu naprzeciwko niej, uważnie na nią patrząc.
- Co się stało? - zapytałam w końcu. 
- Twój ukochany ma dużo siły - uśmiechnęła się ironicznie. 
- C-co? - zmarszczyłam brwi, nie dowierzając. - On ci to zrobił? Ale... Mowił... Że... Boże... 
- Co? Powiedział, że to ja go zaatakowałam i skopałam jak nienormalna? Ja tylko raz go uderzyłam, to on mnie pobił. Pan Słabeusz - zaśmiała się i zaraz potem zaczęła kaszleć. 
Siedziałam ze spuszczoną głową i zastanawiałam się dlaczego on mnie okłamał. Dlaczego to zrobił? On skrzywił Patrycję.. Cholera, ona wyglądała jak wrak człowieka. W momencie to wszystko, co mówiła moja rodzina, znajomi i Patrycja stało się dla mnie jasne. Dopiero teraz dostrzegłam, jaki on naprawdę był. Przestraszyłam się go. Poza tym umiał nieźle zabajerować, ale tylko dlatego, bo chciał mnie wykorzystać. Patrycja miała rację, on potrafił kochać tylko samego siebie. "Boże, ile lat życia sobie zmarnowałam?" - pomyślałam i mocno zagryzłam wargę. Najgorsze było to, że pozbyłam się i zraniłam kogoś, kto był dla mnie najważniejszy. I najwspanialszy. Nie, nie mogłam wyjść za tego cwaniaka. 
Ocknęłam się i spojrzałam na Patrycję z wielkim bólem. Też na mnie spojrzała. 
- Przepraszam - wyszeptałam i łzy w momencie napłynęły do moich oczu.
- Nic nie szkodzi - uśmiechnęła się słabo. 
- Wcale nie chciałam cię wtedy tak potraktować i wcale nie mam ci tego za złe, że jesteś lesbijką. Tak bardzo mi cię brakowało i tak potwornie... Tęskniłam. Nie bierz do siebie tych słów, które dzisiaj wypowiedziałam. Jesteś wspaniała i musisz o tym wiedzieć. I nie chcę za niego wyjść. Nienawidzę go za to, co ci zrobił. I wcale go nie kocham. Macie rację, nie jestem szczęśliwa...
Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo rozpłakałam się na dobre. Patrycja bez słowa podniosła się z miejsca i chwiejnym krokiem podeszła do fotela, na którym siedziałam. Usiadła obok mnie i mocno mnie przytuliła. Schowałam twarz w zagłębieniu jej szyi i wtuliłam się. Tak cudownie było czuć jej zapach i ciepło. 
- I nagle człowiek przestaje to kontrolować - powiedziała nagle i zaczęła głaskać mnie po włosach. - Nie ma kontroli. Żadnej kontroli.
- Nad czym? - zmarszczyłam brwi.
- Nad miłością, Marina. 
Oderwałam się od niej i spojrzałam w jej czarne oczy. Dalej był w nich ten sam inteligentny błysk, który tak bardzo kochałam. A właściwie dlaczego ja wtedy wybrałam tego idiotę? Być może nie byłam pewna swojej seksualności i obawiałam się jej. Być może się czegoś bałam. Nie wierzyłam, że popełniłam taką głupotę dla tego dupka. Ale postanowiłam to naprawić. Patrycja na całe szczęście nie była zła, więc miałam dużą szansę.
- Czy... Zostaniesz znowu moją przyjaciółka?
- Oczywiście - cichutko się zaśmiała. - Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem teraz szczęśliwa. Ale tak cholernie mi niedobrze...
- Dlaczego? - znów się okropnie zmartwiłam.
- Zobacz - podniosła bluzkę, ukazując wielką fioletową plamę w okolicach żeber.
- Boże Święty, Patrycja! Jedziemy do szpitala, zbieraj się.
- Ale...
- Nie ma "ale", to wygląda tragicznie.
- No, niby wcześniej plama była mniejsza, ale...
- Jezus - podniosłam się gwałtownie, złapałam ją za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia. - Zabiję go.
- Nikogo nie zabijesz, nic się nie stało. Przeżyję - powoli zaczęła wkładać buty, więc jej pomogłam.
Po chwili i ja włożyłam swoje, a Patrycja sięgnęła po klucze. Wyszłyśmy i zamknęłam drzwi, bo mojej przyjaciółce za bardzo trzęsły się dłonie. Tak strasznie się o nią bałam. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, co on jej zrobił.
Po kilkunastu minutach byłyśmy już pod szpitalem. Patrycja powinna już wcześniej się tam znaleźć, w samochodzie zwymiotowała do plastikowej torby.
Cierpliwie czekałam na korytarzu, aż lekarz zbada moją przyjaciółkę. Byłam wściekła, smutna i miałam ochotę dołożyć Wojtkowi. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić najpierw. Zadzwonić do rodziców, brata? Czy może do tego idioty, żeby zawiadomić go, że ślubu nie będzie. Byłam w totalnej rozsypce. Dzisiejszy dzień był niesamowicie długi i szalony. Najważniejsze jednak było to, że dostałam szansę i mogłam zacząć życie od nowa. Lepsze życie. Odzyskałam w końcu swój skarb.



Patrycja's POV



Okazało się, że miałam bardzo stłuczone żebra i drobny uraz głowy.To właśnie on powodował mdłości, wymioty i zawroty. Lekarz chciał zostawić mnie w szpitalu chociaż na dwa dni, żeby przywrócić mnie do "życia" i przez jakiś czas kontrolować mój stan zdrowia. Zgodziłam się, w końcu nie miałam wyboru.
Kiedy lekarz wyszedł, po krótkim czasie do mojej sali weszła Marina. Już wszystkiego się dowiedziała. Nieco spokojniejsza, ale wciąż smutna usiadła obok mojego łóżka.
- I co? - zapytała. - Podadzą ci jakieś leki?
- Tak, za chwilę. A lekarz po tym, jak mnie zbadał, zabandażował mi to feralne miejsce, które boli jak diabli. Czemu się smucisz?
- No, bo... To wszystko...
- To już przeszłość - uśmiechnęłam się. - Zapomnij o tym i żyj chwilą.
- Uwielbiam cię - odwzajemniła uśmiech. - Zawsze byłaś taka pozytywna. I na szczęście dalej taka jesteś. Myślisz, że wszystko się ułoży?
- Już się ułożyło, w końcu... Pogodziłyśmy się i w końcu zobaczyłaś, jakim dupkiem jest Szczęsny.
- Masz rację - powiedziała z mocą. - Wszystko jest już dobrze. Bo mam ciebie. 
- A ja ciebie, więc... Teraz jestem szczęśliwa.
Byłam szczęśliwa, nie kłamałam. Ale pragnęłam czegoś więcej. I chyba nie pozbędę się tego uczucia. Kochałam ją i po prostu marzyłam, żeby znów móc posmakować jej pięknych ust. Tym razem na trzeźwo. Westchnęłam cicho na tę myśl, ale po chwili uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam na nią. 
- Odwiedzisz mnie jutro?
- No, pewnie, że tak - uśmiechnęła się.
- Kupisz mi papierosy? Błagam. Oddam ci pieniądze.
- Nie - odpowiedziała hardo. - Wybij to sobie z głowy. Nie będę przyczyniała się do twojego powolnego zgonu, droga przyjaciółko. Jak już stąd wyjdziesz, to ja zrobię wszystko, żebyś wyszła z nałogu.
- Ach - zaśmiałam się. - Niech ci będzie. 
Marina była przy mnie aż do późna. Poszła dopiero wtedy, gdy pora odwiedzin w szpitalu się skończyła. Kiedy wyszła, od razu poczułam pustkę, ale nie było mi smutno. Wręcz przeciwnie, byłam najbardziej szczęśliwym człowiekiem tym świecie. W końcu się razem pośmiałyśmy i pogadałyśmy jak stare kumpele. A do tego ustaliłyśmy, że nadrobimy ostatnie lata. Obiecała, że przyjdze do mnie jutro, gdy tylko będzie mogła. 

***

Po dwóch dniach opuściłam szpital. Cała i zdrowa. Dobrze się jednak stało, że Marina mnie tam zaciągnęła. Tyczka naprawdę potrafił nieźle dowalić. Co z tego, czy bił faceta, czy kobietę? Był jednym wielki bucem, damskim bokserem. Fakt faktem, nie byłam bez winy, bo poniosły mnie emocje. Aczkolwiek facet nie powinien mi oddawać. Przepraszam, "oddawać" to mało powiedziane. 
Jednak dzięki temu Marina zerwała zaręczyny, na co cała jej rodzina odetchnęła z ulgą. Jedyną niezadowoloną osobą był pan Wojtuś, który ponoć z trudem opanował nerwy. To już nie będzie miał kogo wykorzystywać. Bardzo się z tego powodu cieszyłam i miałam ogromną nadzieję, że Marina w końcu odżyje. "Ja już dopilnuję, żeby ta moja przyjaciółka jak najwięcej się uśmiechała" - postawiłam sobie za cel.

***

Kiedy już wszyscy byli zadowoleni, a między mną, a Mariną było jak dawniej - wszystko zaczęło się układać. Dostałam lepszą pracę, zaczęłam bardziej dbać o siebie, studia szły mi lepiej i przede wszystkim ciągle się uśmiechałam. Zauważyłam również, że i Marina nabrała werwy, a zdrowy rumieniec nie schodził z jej twarzy.
Pewien wolny dzień postanowiłyśmy spędzić razem i tylko razem. Jak to u typowych przyjaciółek przystało: pochodziłyśmy po sklepach, poszłyśmy do naszej ulubionej kawiarni, posiedziałyśmy w parku, a nawet poszłyśmy do wesołego miasteczka. Śmiech i wesołe rozmowy przez cały ten czas wiernie nam towarzyszyły.
Wieczorem poszłyśmy do Mariny. Postanowiłyśmy zrobić sobie pyszną kolację na dworze i pooglądać wspólnie rozgwieżdżone niebo. Cholera, dlaczego to mi wyglądało na randkę? Musiałam ogarnąć swoje niespełnione fantazje. 
Siedziałyśmy obok siebie na kocu i w ciszy obserwowałyśmy granatowe niebo. Mnóstwo gwiazd pięknie migotało, nadając temu wieczorowi magiczny blask. Nie potrafiłam się wtedy nie uśmiechać. To był zdecydowanie jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. A przynajmniej w ostatnich latach.
- Zimno się robi, ale nie chcę się stąd ruszać - nagle powiedziała moja towarzyszka.
Nic nie odpowiedziałam, za to nieśmiało ściągnęłam z siebie bluzę i okryłam nią Marinę. Nieśmiało, dlatego, bo w filmach romantycznych dzieje się dokładnie tak samo. Ale cóż miałam zrobić? Ach! Pieprzyć! I tak wiedziała, że ją kocham i zrobię dla niej wszystko.
- Myślałam, że dam radę to kontrolować.
- O czym mówisz? - spojrzałam na nią, marszcząc brwi.
- O miłości - uśmiechnęła się lekko. - Próbowałam ją kontrolować, ale to niemożliwe. Teraz słucham tego, co podpowiada mi serce.
- I bardzo dobrze! A co ci ono podpowiada?
Nie odpowiedziała mi, za to wpiła się w moje usta z namiętnością. Moje ciało przeszedł wspaniały dreszcz, a na dodatek poczułam motylki w brzuchu. Zareagowałam, jak typowa zakochana nastolatka. Ale czy to było złe? Tak mocno kochałam Marinę, że nic więcej się dla mnie nie liczyło. Tylko ten moment.
Bez wahania odwzajemniłam pocałunek, przymykając oczy. Jej usta były tak wykurwiście wspaniałe i pragnęłam ich tylko więcej. Rozpływałam się, czując, jak jej miękkie i wilgotne wargi z czułością muskały moje.
- Patrycja? - wysapała, odrywając się ode mnie.
- Ta-ak? 
- Chodźmy do środka. Tu jest za zimną, a bardzo chciałabym zobaczyć cię teraz nago.
- Chodźmy - zaśmiałam się głośno, po czym wstałyśmy i trzymając się za ręce, weszłyśmy do mieszkania.
Marina pociągnęła mnie do sypialni, gdzie od razu rzuciłyśmy się na łóżko. Szybko zaczęłam pozbywać się z siebie ubrań, a ona mi w tym pomagała. 
- Jesteś pewna, że... - zaczęłam, ale Marina przystawiła palec do moich ust.
- Kocham cię.
Nic już nie odparłam, tylko uśmiechnęłam się szeroko. 
Po chwili zostałam w samej czarnej, koronkowej bieliźnie. Marina zmierzyła mnie wzrokiem, przygryzając wargę.
- Zawsze byłaś cholernie seksowna - powiedziała, a mnie na te słowa znów przeszedł przyjemny dreszcz.
- Nigdy nie byłam w stanie ci dorównać. Ty to jesteś piękna, idealna. 
- Dziękuję... Kochanie - uśmiechnęła się.
Na słowo "kochanie" mocno się zarumieniłam. Miałam ogromne wrażenie, że ja i Marina stałyśmy się już parą. Czy mi się zdawało, czy ja byłam w niebie? 
Po chwili zaczęłam ją rozbierać, podziwiając każdy detal jej ciała. Była wspaniała, piękna i urocza. Tak bardzo jej pragnęłam i wierzyłam w to, że będziemy tworzyć cudowny związek. Nie mogłam się na nią na patrzeć, ale tym razem mogłam, i to do woli. Znów wpiła się w moje usta, a mnie ogarnęła fala gorąca. Nieśmiało położyłam dłonie na jej pośladkach i lekko je ścisnęłam. 
- Nie krępuj się tak, jestem już cała twoja - spojrzała mi w oczy.
- T-tak? 
- Tak - zaśmiała się i cmoknęła mnie. 
- Ale ja chyba jednak najpierw zapalę.
- Żartujesz sobie - uniosła brew.
- Tak, żartuję - zaśmiałam się.
Znów zaczęłyśmy się całować, a w między czasie odpięłam jej stanik. I kiedy tylko dotknęłam jej piersi, całkowicie zawładnęło mną podniecenie. Dlatego też szybko pozbyłam się z bioder Mariny koronkowych majtek. Przejechałam dłońmi wzdłuż jej ciała, po raz kolejny podziwiając każdy jego szczegół.
- Pamiętaj, nie krępuj się - wyszeptała mi do ucha.
Wzięłam sobie te słowa do serca, chcąc sprawić jej jak największą przyjemność, jednocześnie zaspakajając swoje fantazje. To był najwspanialszy seks w moim życiu. Cóż, właściwie to nigdy wcześniej tego nie robiłam. Jakkolwiek to zabrzmi, po prostu zawsze kochałam Marinę i nie chciałam się pchać w coś, co i tak nie miałoby sensu. 
Po jakimś czasie obie leżałyśmy obok siebie zadowolone, a ja dalej starałam się unormować oddech.
- To było najcudowniejsze - powiedziała.
- Dokładnie - zgodziłam się i przyciągnęłam ją do siebie.
- Kocham cię - wtuliła się we mnie.
- A ja ciebie - odparłam i zamknęłam oczy.
Byłyśmy naprawdę zmęczone, więc nic już nie mówiłyśmy. Mogła minąć chwila, gdy zasnęłam. Nigdy nie spało mi się tak cudownie. Mogłam przysiąc, że to dzięki temu, że czułam obecność Mariny. Całą noc byłyśmy w siebie mocno wtulone.
Kiedy się obudziłam, przestraszyłam się, że wczorajszy dzień był tylko snem. Na całe szczęście nie. Moja wspaniała dziewczyna(?) smacznie sobie spała, prawie na mnie leżąc. Jej usta były lekko rozchylone, co dodawało Marinie nieco dziecinnego uroku. A jej ciemne włosy były rozczochrane i częściowo przysłaniały mi pole widzenia, więc odgarnęłam je z twarzy. Trochę zachciało mi się śmiać, gdy zorientowałam się, że dłonie trzymała na moich piersiach. Zboczuch. Nawet przez sen, kto by pomyślał? 
Pocałowałam ją w czubek głowy i ostrożnie wyswobodziłam się z uścisku, by móc wstać. O dziwo, było jeszcze dosyć wcześnie, więc miałam nadzieję, że zdążę zrobić nam śniadanie do łóżka, zanim Marina się obudzi.
Szybko się ubrałam i powędrowałam do kuchni z szerokim uśmiechem. Byłam szczęśliwa i miałam nadzieję, że nie rozwalę Marinie całej kuchni. No, bo mogłam być lekko zdezorientowana przez te pieprzone motylki w brzuchu. Chyba byłam naprawdę zakochana.
© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X