10 lipca 2016

No Control

A to mój mały specjał. Pierwszy raz to publikuję i wiecie co? Jestem z siebie dumna, bo to opowiadanie jest według mnie naprawdę dobre. Włożyłam w nie całą siebie (jak zawsze oczywiście), poświęciłam na to trzy wieczory i gotowe! Patrina to mój drugi ukochany, wręcz uwielbiony ship. Na pierwszym miejscu stoi oczywiście Kadzia. Nie wiem, co tu mogę jeszcze napisać. Kurcze, tak dużo znaczy dla mnie to opowiadanie, a mi zabrakło słów. W każdym razie zachęcam was do przeczytania i proszę, zostawcie jakiś komentarz. Jestem cholernie ciekawa, co sądzicie na temat mojej pracy. Kocham x


*Marina's Pov*

Właśnie przygotowywałam się na randkę z moim narzeczonym. Jak zwykle zależało mi na tym, żeby wyglądać perfekcyjnie, ale oczywiście mój brat musiał mi w tym przeszkadzać. Sylwester był ode mnie starszy, miał już własną rodzinę, ale z przyjemnością wtykał nos w nieswoje sprawy - czyli w moje. Bardzo doceniałam to, że moja rodzina i bliscy chcieli dla mnie jak najlepiej. Jednak ciążyła mi świadomość, że większość osób niechętnie przyjmowała fakt mojego zamążpójścia. Nie miałam pojęcia dlaczego. Wojtek, mój narzeczony nie był idealny, ale go kochałam.Wiadomo, że nie istnieje coś takiego, jak perfekcja, ale w moich oczach był właśnie taki - perfekcyjny. Czego więcej mogłam wymagać? Kochał mnie, szanował, dawał mi wszystko, co tylko mógł.
- Chcę ci zadać tylko jedno pytanie, Mara.
- Po pierwsze: nie mów tak do mnie... A po drugie: okay, jeśli to nie jest żadne idiotyczne pytanie - przewróciłam zniecierpliwiona oczami.
- Naprawdę go kochasz i jesteś szczęśliwa? - jego twarz była poważna, a głos brzmiał stanowczo.
Westchnęłam głośno i spojrzałam w lustro. Dostrzegłam w nim szczupłą szatynkę z dużymi, ciemnymi oczami. Jej lekki makijaż wyglądał całkiem dobrze, ale cały efekt psuło poirytowanie, które widniało na twarzy dziewczyny. I to byłam właśnie ja.
- Sylwek - uśmiechnęłam się z ironią i spojrzałam na niego. - A jak ty, chłopie myślisz? Mam zamiar wziąć ślub z kimś kogo nie kocham? Super, że macie mnie za taką idiotkę.
- Nie o to chodzi, martwię się. Bo on... 
- Co "on"? - warknęłam. - Sory, Sylwesterek, ale ja spadam. Idę do mojego ukochanego, zanim stracę resztki dobrego humoru.
Zerknęłam na zegarek, dochodziła dziewiętnasta. Spojrzałam w lustro po raz ostatni, po czym szybko przeczesałam włosy dłonią i przygładziłam sukienkę. Wszystko było na swoim miejscu, więc wyminęłam mojego brata, sięgnęłam po torebkę i wyszłam z mieszkania.
Na podjeździe, tuż przy budynku stało już auto Wojtka. Uśmiechnęłam się szeroko, po czym uniosłam dłoń, żeby mu pomachać. Mój ukochany wysiadł i odwzajemnił uśmiech.
- Hey - podeszłam do szatyna i musnęłam jego usta. 
- Cześć, śliczna. Jak się czujesz? Tęskniłem.
- Wszystko okay i też bardzo tęskniłam. A jak tam u ciebie?
- Bardzo dobrze, ale jestem trochę zmęczony. Praca, sama rozumiesz - skrzywił się lekko, po czym otworzył drzwi od strony pasażera.
- Rozumiem, Wojtuś. Dlatego ja już dopilnuję, żebyś się rozluźnił. Dzięki - powiedziałam i wsiadłam do środka.
Już po krótkiej chwili ruszyliśmy przed siebie. Nie miałam pojęcia, gdzie mój narzeczony chciał mnie zabrać, ale uwielbiałam te jego niespodzianki. Nigdy mnie w tym nie zawodził.
Poznałam się z Wojtkiem w liceum. To był okres, w którym moje życie zaczęło nabierać kolorów, mimo że powoli wkraczałam już w dorosłość. Było dużo nauki, coraz więcej pracy i planów na przyszłość. Wojtek zawsze był świetnym, pracowitym uczniem. Nauczyciele jednak go nie lubili, bo większość twierdziła, że był zarozumiały, cwany i za bardzo obnosił się ze swoimi drogimi gadżetami. Fakt faktem - jego rodzice byli bardzo bogaci i mój narzeczony zawsze miał to, czego chciał. Nie umiałabym jednak przyznać, że był zarozumiały, wredny, czy egoistyczny. Miał tam swoje różne zachowania, ale to wszystko było do wybaczenia. Kiedy tylko go poznałam, coś zaczęło mnie do niego przyciągać. Moi znajomi uważali, że za bardzo pokazywałam jak mi na nim zależy, bo nie poświęcał mi tyle uwagi, na ile zasłużyłam. Odradzali mi pakować się w ten związek. Nie słuchałam ich, bo znałam Wojtka i wiedziałam jaki jest. Kochałam go i miałam wrażenie, że niektóre dziewczyny po prostu mi zazdrościły. Wysłuchałam już zbyt dużo rzeczy na ten temat, o niektórych nawet nie chciałam myśleć. Ludzie zawsze mają tyle do powiedzenia. Tak, było mi czasem ciężko, gdy Wojtek miał humorki albo gdy denerwował się o byle co i podnosił na mnie głos. No, i niestety tak było do dzisiaj, ale akceptowałam w nim wszystko. Podobno mój narzeczony miał na mnie duży wpływ i niby bardzo się zmieniłam. No, ale co w tym dziwnego? Byłam z nim zżyta to wiadomo, że wiele od niego przejmowałam.
Obserwowałam przez okno ulice, które mijaliśmy. Ciemna peleryna powoli zaczynała przysłaniać niebo. Byłam coraz to bardziej ciekawsza naszej randki. 
- Daleko jeszcze, Wojtuś? Niebawem pomyślę, że chcesz mnie po prostu porwać - zaśmiałam się.
- Spokojnie, już dojeżdżamy, Marinka - zawtórował mi śmiechem.
Faktycznie po krótkim czasie zatrzymaliśmy się. Zobaczyłam przed sobą ogromny, opustoszały dom. Dookoła niego bardzo zaniedbany ogród, a w nim stare drzewa, nieco uschnięta trawa i mnóstwo polnych kwiatów. Miejsce zapierało dech w piersi, to trzeba było przyznać. Ale niby co mieliśmy tu robić?
Spojrzałam na mojego partnera pytająco. On tylko uśmiechnął się i poprosił, żebym wyszła z auta. Wyszłam więc, rozprostowałam kości i rozejrzałam się. Miejsce wyglądało naprawdę tajemniczo, a przez to i ciekawie.
Nim się obejrzałam, Wojtek złapał mnie za dłoń i pociągnął w stronę budynku. Weszliśmy do środka i oczywiście nie zdziwiło mnie to, że panele podłogowe po prostu odchodziły, a ściany były w tragicznym stanie. We framugach nie było drzwi, a każda szyba była wybita. Mimo że dom tak wyglądał, wcale nie był straszny, jak w typowym horrorze. Wręcz przeciwnie, miał swój urok.
Mój narzeczony zaprowadził mnie na samą górę aż na poddasze. A potem łatwo weszliśmy na dach. Już wiedziałam dlaczego tu przyjechaliśmy. Widok był niesamowity, a naokoło panowała cisza. Pomijając oczywiście różne odgłosy zwierząt.
- O rany... - tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić. 
Mój ukochany czule objął mnie ramieniem.
- Podoba ci się? - wyszeptał mi do ucha.
- Bardzo - pokiwałam głową, patrząc przed siebie.
Drzewa i zarośla tylko trochę zasłaniały całe nasze miasto. Oboje dobrze widzieliśmy te wszystkie latarnie, które tutaj przypominały małe, migoczące światełka. Najbardziej było widać pięknie oświetloną bazylikę, ale i dało się zauważyć, jak czasem przejedzie jakieś auto, czy ciężarówka.
- I powiedz kiedy zgłodniejesz. Mam pomysł, gdzie zjemy - powiedział Wojtek.
- Jeju - uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam na niego. - Ty zawsze wszystko przygotujesz.
- Dla mojej księżniczki zawsze - pocałował mnie krótko, ale czule.
Po chwili usiedliśmy na dachu i od razu się przytuliliśmy. Patrzyliśmy przed siebie i rozmawialiśmy, a ja co jakiś czas cicho się zaśmiałam. Idealnie. To był moment, w którym przestałam żałować każdego mojego czynu i tego, co stało się w moim życiu. Było mi niesamowicie dobrze. Niestety zawsze trwało to okropnie krótko. Cholerne pozory. Czegoś mi brakowało i co najgorsze - chciałam coś zmienić. Cofnąć czas do któregoś momentu. Czego chciałam? Sama nie byłam tego pewna. Nie chciałam, żeby inni o tym wiedzieli i ukrywałam to przed samą sobą. Tę głupią świadomość pustki.
Odchrząknęłam, jakby to miało odgonić moje myśli i oparłam głowę na ramieniu Wojtka. Westchnęłam cichutko i uśmiechnęłam się do siebie smutno.



Patrycja's POV



- Naprawdę przepraszam, że tak późno - Sylwester spojrzał na mnie speszony. - Że tak bez słowa i w ogóle...
- Stary, jesteś moim przyjacielem od lat - zaśmiałam się. - Mów, co jest.
Nie kłamałam. Sylwek był moim najlepszym przyjacielem, był jak brat. Poznaliśmy się dzięki Marinie, mojej byłej przyjaciółce. Wtedy to ona była mi najbliższa, bliższa od każdego z mojej rodziny. Kochałam ją, jak siostrę. Nie, nie jak siostrę. Niestety kochałam ją bardziej. To zrujnowało nasz kontakt. W życiu bym się nie spodziewała, że ktoś taki, jak ona nazwie mnie "pedałem" i tak zwyczajnie odejdzie. Kompletnie się tego nie spodziewałam, przysięgam. Uparła się, że nic z tego nie wyjdzie i że ta przyjaźń już całkowicie nie ma sensu. A wszyscy mówili, że byłyśmy, jak te papużki nierozłączki. No, przecież bym jej nie zgwałciła, nie miałam pojęcia o co jej chodziło. Bolało. Bolało, jak diabli. Nie chciałam jednak o tym myśleć, to było dla mnie okropne i do dzisiaj nie mogłam poukładać sobie przez to życia. Wszystkiego się bałam. Jednak jedno było pewne - nie przestałam jej kochać. To było chyba najgorsze. Ale jeszcze gorsza była świadomość, że Marina zaręczyła się z Tyczką. Nie znosiłam Szczęsnego odkąd go poznałam. Nikt go nie lubił. Wykorzystywał Marinę, zakręcił ją sobie wokół palca. Tak, dawał jej prezenty, zabierał na wspaniałe randki, ale co z tego? Był fatalnym facetem do życia. Zrobiony, bogaty laluś, który nie miał nic oprócz pieniędzy rodziców. Pustkę w głowie. Totalne dno. Niby nie chciałam myśleć o Marinie i wiedzieć co u niej, a jednak nie potrafiłam żyć bez tej świadomości.
- Chodzi o Marinę - powiedział cicho.
Wiedział, że nienawidziłam rozmawiać o niej wprost. Wiedział, że mimo wszystko próbowałam zapomnieć. Wyczułam jednak, że to coś bardzo poważnego. Przyszedł, bo wiedział, że tylko ja mogłam pomóc w tej sytuacji.
Przełknęłam narastającą gulę w moim gardle i spojrzałam na niego osłupiała. Na dźwięk jej imienia przeszły mnie dreszcze.
- Przepraszam, Patrycja...
- N-nie szkodzi... - w końcu wydukałam i usiadłam przy stole naprzeciwko Sylwka. - Co z nią?
- Nie do końca tu chodzi o samą moją siostrę - westchnął, spuszczając wzrok.
- Aaaa... Chodzi o tego idiotę i gbura. Srającego kota na pustyni. 
- Ona się strasznie przez niego zmieniła. Jest... Chamska. Poza tym wszyscy wiemy, że nie jest do końca szczęśliwa. 
W tym momencie coś ścisnęło moje serce. Nie była szczęśliwa, a ja miałam związane ręce. Właśnie przez nią. Przecież mogłam być przy niej, ale to ona odeszła i ostatnie, co powiedziała to "nie chcę cię znać". Moje oczy na moment zaszły łzami, ale dzielnie powstrzymałam się przed wybuchem płaczu.
- Patrycja, to... Przez Tyczkę ona... Ci to... No...
- Przez niego nazwała mnie "pedałem" i kazała mi zniknąć z jej życia? To serio straciła rozum - prychnęłam.
- Kochasz ją - stwierdził, a na jego twarzy pojawił się żal i współczucie.
- Kocham - przyznałam się bez niczego. 
Brunet pokręcił głową, wzdychając.
Wysłuchałam to wszystko, co Sylwester miał mi do powiedzenia. Nie mogłam w to uwierzyć, że Tyczka stał się przy Marinie tylko pewniejszy i tak naprawdę jeszcze gorszy niż był. A ona była na każde jego zawołanie, wysłuchiwała jego zażaleń i próbowała się dla niego zmieniać. To było straszne, nie mogłam tego słuchać. Miałam ochotę wstać, wyjść i pojechać do niej, żeby krzyknąć "co ty kurwa robisz ze swoim życiem?". Pragnęłam tego. Tak bardzo dawno ją widziałam. Zapewne była jeszcze piękniejsza niż w liceum. Pamiętam, jak każdego dnia w magiczny sposób stawała się coraz to piękniejsza.
- Chciałbym... Chciałbym, żebyś z nią porozmawiała.
W tym momencie wybuchnęłam głośnym śmiechem i zaklaskałam w dłonie.
- Co?! Sylwek, bez jaj... Proszę ciebie.
- Ale ja mówię poważnie - jego twarz była wyprana ze wszelkich emocji, czyli faktycznie mówił poważnie.
- Ja... - zaczęłam, czując, jak moje ręce się trzęsły. - Kurwa, no nie... Nie zrobię tego. Nie dam rady. Ja pierdole, nie. Sylwester, nie. 
- Tylko ty możesz do niej dotrzeć. Zawsze tak było. I dzięki temu... Może znów będziecie dla siebie, jak siostry. Zrozum, ona nie może za niego wyjść. Martwimy się o nią. Patrycja, ty też się o nią martwisz. Wiem, że to dla ciebie okropnie trudne, ale wszystko może się poukładać.
- Ja pierdole - schowałam twarz w dłoniach. 
Był moim przyjacielem, poza tym miał rację - martwiłam się o nią. Nie miałam wyboru, nie mogłam zostawić Mariny w takiej sytuacji. Musiałam to zrobić. Czułam, jak coś bezlitośnie szarpie moje serce, ale postanowiłam, że przejdę przez to. Prawdopodobnie po raz drugi, ale dam radę. Dla niej. Tylko co, jeśli ona nie zgodzi się na spotkanie? W końcu nie chciała mnie widzieć już nigdy więcej.
- Okay - powiedziałam w końcu. - Porozmawiam z nią. Ale... Chyba nie zmusisz jej siłą do spotkania ze mną, nie?
- O to się nie martw - uśmiechnął się lekko. - Ja już coś wymyślę, po prostu lekko się zdziwi, jak cię zobaczy.
Sylwester i te jego szalone pomysły. No, cóż, ufałam mu. Postanowiłam więc zaufać mu i w tej kwestii.
Kiedy atmosfera nie była już tak napięta, a ja przestałam się trząść, przeszliśmy na inne tematy. Zrobiłam nam kolejną kawę, przygotowałam szybko kolację i w między czasie rozmawialiśmy o sobie. Pytałam się co tam u żony Sylwka, jak tam jego malutka córeczka, jak w pracy i najważniejsze - pytałam o zdrowie. Na całe szczęście u nich wszystko było w porządku. Ja nie miałam za bardzo o czym mówić. Studiowałam zaocznie i chodziłam do pracy, mieszkałam sobie w malutkim mieszkaniu. Byłam samotna, ale jakoś specjalnie nie narzekałam. Miałam wspaniałego przyjaciela, z rodziną jakoś mi się układało i ogólnie wszystko było dobrze. Brakowało mi jedynie jej. To bardzo na mnie ciążyło, ale starałam się jakoś żyć. Niestety trudno było zapomnieć. Czas leczy rany, ale ten czas nigdy nie jest wyznaczony i nie znamy godziny. Nie wiemy kiedy umrzemy i nie wiemy kiedy zacznie być lepiej. Prawda jest jednak jedna - skoro każdy z nas umiera, to każdy z nas w końcu odnajdzie swoje szczęście. Nawet taki szary i głupi człowiek jak ja na nie zasługiwał.
Kiedy Sylwester już ode mnie wychodził, dogadaliśmy się, że jutro do mnie zadzwoni i powie o spotkaniu. Dziękował mi przez cały czas i mówił, że na pewno się odwdzięczy. Śmiałam się i mówiłam, że nie trzeba. Największą dla mnie nagrodą będzie uśmiech Mariny. No, i oczywiście, gdyby zdecydowała się na kontakt ze mną, też byłabym bardzo zadowolona.

***

Nie mogłam dziś usnąć. Przekręcałam się z boku na bok, bo moje myśli krążyły tylko i wyłącznie wokół Mariny. Przypomniałam sobie każdy nasz wspólny moment, od początku do końca. Rozpłakałam się na łóżku, niczym pięcioletnie dziecko. Nie próbowałam nawet tego powstrzymać. Chciałam, żeby to ze mnie wyszło, bo od od paru dobrych lat trzymałam to w sobie. Hodowałam wewnątrz siebie podłe, wyniszczające mnie emocje. Wmawiałam sobie, że to nie była wina mojej przyjaciółki. Nie musiała tego zaakceptować. Po pewnym czasie zrozumiałam jednak, że prawdziwa przyjaźń przetrwa wszystko. Dosłownie wszystko. Byłam na nią nieźle wkurwiona, ale bardziej było mi przykro. Och, nieporównywalnie bardziej. Byłam wprost zrozpaczona. Ale wybaczyłam jej. Wybaczyłam jej, bo bardzo ją kochałam.
Usnęłam z zapchanym nosem, wilgotnymi rzęsami mocno wtulona w mokrą od łez poduszkę. Na dworze było już prawie jasno, a ja byłam wykończona płaczem i emocjami. Coś czułam, że rano będę wyglądać, jak rozjechana łasica z wścieklizną. Popierdolona ta miłość. Wiedziałam jednak, że w każdej sytuacji istnieje jakieś wyjście. W każdej.



Marina's POV



Po tym, gdy nacieszyliśmy się uroczym widokiem z dachu budynku i wycałowaliśmy się - pojechaliśmy do Wojtka. Mój narzeczony już wszystko wcześniej przygotował. Zabrał więc tylko koszyk z jedzeniem i pojechaliśmy prosto do kina pod gołym niebem.Tego również się nie spodziewałam. Co najlepsze, godzina była zarezerwowana specjalnie dla nas. To było naprawdę wspaniałe, tym bardziej że nawet nam to kino przystroili. Wszędzie dookoła były rozwieszone lampki. Oczywiście to wszystko dzięki Wojtkowi.
To był jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Byłam wdzięczna Wojtkowi za to, że całkowicie poprawił mój humor. Nie mogłam zaprzeczyć, że Sylwek mnie zdenerwował. Czego oni wszyscy ode mnie chcieli? Wszystko było prawie dobrze. Prawie, ale to nie koniec świata.
Po seansie już nieco zmęczeni wróciliśmy do Wojtka. Było już późno w nocy, ale korzystaliśmy z tego, że noc była piękna i młoda. Zapaliliśmy świeczki w łazience, napuściliśmy do wanny gorącej wody i przynieśliśmy wino oraz kieliszki. Wojtuś dodatkowo wsypał do wanny mnóstwo płatków róż. Bardziej perfekcyjnie być nie mogło. 
Powoli weszłam do wanny i ostrożnie usiadłam naprzeciwko mojego ukochanego. Uśmiechnęłam się do niego szeroko.
- I co? - zapytał, przygryzając dolną wargę.
- Kochanie, dobrze wiesz, że jestem zachwycona.
Zaśmiał się cichutko, po czym sięgnął po butelkę wina i nalał go trochę do kieliszków. Wznieśliśmy toast za naszą dwójkę, po czym oboje nabraliśmy łyka do ust.
- A... - zaczęłam, niby niewinnie kręcąc głową. - Co zrobimy, jak wyjdziemy z wanny?
- Na koniec zostawiłem najlepsze - poruszał znacząco brwiami.
- Kocham cię - zaśmiałam się głośno.
Kiedy już trochę wypiliśmy, odprężyliśmy się i kiedy usłyszałam tysiące komplementów na temat mojego ciała - umyliśmy się nawzajem. Uwielbiałam jego dłonie. Za każdym razem, gdy mnie dotykał, robił to z cholerną czułością. Czułam się, jakbym była na zawodowym masażu.
Wyszliśmy z wanny, gdy woda zaczynała już stygnąć. Owinęłam swoje ciało w ręcznik, przyglądając się umięśnionej sylwetce mojego Pana Perfekcyjnego. Jak on to robił? Był tak nieziemsko przystojny. Uśmiechnęłam się lekko, po czym zaczęłam się wycierać.
Po chwili, gdy oboje byliśmy już gotowi do wyjścia z łazienki, Wojtek zrzucił z nas ręczniki. Chwycił mnie za dłoń, po czym wyszliśmy i poszliśmy prosto do sypialni. 
- Moja piękna - stanął przede mną i przejechał kciukiem po moich ustach.
- Tylko twoja.
Po krótkiej chwili pchnął mnie delikatnie w stronę łóżka, a ja położyłam się na nim. Wojtek usiadł i nachylając się nade mną, wpił się w moje usta z namiętnością. Wplotłam palce w jego włosy i czule je zmierzwiłam. 
Nie przerywając pocałunku, mój ukochany położył dłonie na moich piersiach, po czym ścisnął je. Wydałam z siebie cichy jęk, to było naprawdę przyjemne. Ja zaś przeniosłam dłonie na jego umięśniony tors i palcami zaczęłam kreślić na nim kółka. Czułam jak jego twardy członek napierał na moje udo. To podnieciło mnie jeszcze bardziej. 
- Cholera - wysapał, odrywając się od moich ust.
Zaczął masować moje uda od wewnętrznej strony, po czym rozchylił je. Nachylił się i zaczął składać na nich drobne pocałunki. Dodatkowo opuszkami palców jeździł po moim podbrzuszu, przyprawiając mnie tym o dreszcze.
I po tej wspaniałej grze wstępnej, gdy mój ukochany przeszedł do sedna, nasze przyspieszone oddechy i jęki wypełniły pokój. Seks z nim był ogromną przyjemnością, ale nawet w tym czegoś mi brakowało. Oczywiście nigdy się do tego przed Wojtkiem nie przyznałam.
Po pewnym czasie zdyszany Wojtek gwałtownie opadł na materac, a ja starałam się unormować oddech. Nasze ciała były gorące, bo ich fantazje właśnie zostały spełnione. To było wspaniałe, a przynajmniej wtedy tak mi się zdawało. 
- Jesteś idealny, wiesz? - wysapałam i pocałowałam go delikatnie.
- Wiem - zaśmiał się cicho i odwzajemnił pocałunek. - Ale tobie i tak w niczym nie dorównam.
Zmęczeni wtuliliśmy się w siebie i po krótkiej chwili usnęłam.
Spałam spokojnie całą noc, ani razu się nie przebudzając. Nie pamiętałam dokładnie moich snów, ale nic złego na pewno mi się nie przyśniło.
Obudził mnie głośny, irytujący i uporczywie dzwoniący telefon. Mruknęłam coś pod nosem, ziewnęłam i sięgnęłam po niego. Mogłam się tego domyślić - dzwonił Sylwek. Czegoż on ode mnie chciał? 
- Czego? - mruknęłam do telefonu.
- Obudziłem cię? Już późno, jest...
- Zamknij się. No co chcesz? - odwróciłam się i spojrzałam na Wojtka, który dalej smacznie sobie spał.
- Musimy się dziś umówić. Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
- No okay - ziewnęłam przeciągle. - Gdzie i kiedy? Akurat mam dzisiaj trochę czasu. Masz szczęście.
- W twojej ulubionej kawiarni?
- Stoi - odparłam.
- Godzinę jeszcze ustalimy, jak wstaniesz i się ogarniesz. Trzymaj się.
- Ty też - rozłączyłam się.
Odłożyłam telefon na szafkę nocną i znów spojrzałam na moje kochanie. Tym razem patrzył się na mnie tymi swoimi kochanymi szarymi oczami. 
- Kto to był? - zapytał ochrypłym głosem.
- Tylko brat - uśmiechnęłam się. - Będę musiała się z nim spotkać. 
Wojtek bez słowa przyciągnął mnie do siebie i wpił się w moje usta z namiętnością. Od razu odwzajemniłam pocałunek.
Poleżeliśmy sobie jeszcze chwilkę, a potem postanowiliśmy wstać. Poszłam do łazienki, żeby przygotować się do dzisiejszego dnia. Ubrałam się, umyłam i starannie rozczesałam włosy. "O co chodzi mojemu bratu?" - zastanawiałam się, spoglądając w lustro. Nieważne, postanowiłam zostawić to na potem. Musiałam jeszcze wrócić do domu, żeby zrobić sobie makijaż. Wyglądałam całkiem dobrze, ale widać było, że po naszej wspaniałej i emocjonującej randce byłam dosyć zmęczona.
Po jakimś czasie gotowa wyszłam z łazienki. Udałam się do kuchni, skąd rozchodził się wspaniały zapach. Okazało się, że mój ukochany usmażył nam naleśników.
- Mówiłam ci już, że jesteś warty wszystkich skarbów świata? - zapytałam, siadając do stołu.
- Niestety tylko jakieś miliard razy - wydął wargę i usiadł naprzeciwko mnie.
- Pyszności - powiedziałam, gdy zaczęłam jeść.- A będziesz mógł mnie podwieźć z powrotem do domu, kochanie?
- No, pewnie. Będziemy oczywiście w kontakcie, prawda?
- Jeszcze się pytasz, no jasne.
Kiedy zjadłam śniadanie wraz z moim przyszłym mężem, pojechaliśmy do mojego domu. Zanim wyszłam z auta, podziękowałam Wojtusiowi za wczorajszy wieczór i mimowolnie wpiłam się w jego usta. Nie chciałam się z nim rozstawać, ale niestety wszystko ma swój koniec. Musiałam spotkać się z tym głupim bratem, posprzątać dom i zająć się pracą.
Kiedy byłam już w mieszkaniu, napisałam do niego sms'a, że jestem już gotowa i mogę się umówić. Odpisał prawie od razu, czy pasuje mi czternasta. Zgodziłam się, w końcu na pewno nie zajmie nam to długo.
Do wyjścia miałam jeszcze trochę czasu, dlatego zabrałam się za porządki. Następnie przebrałam się i zrobiłam sobie makijaż.Cały czas zastanawiałam się o jaką pilną sprawę chodziło Sylwestrowi. Cóż był z niego za szalony brat, jakby nie mógł mi pokrótce powiedzieć o co chodzi. Poza tym, czy on o tej porze nie był w pracy?
Wyszłam trochę później, niż zamierzałam. Zapomniałam dopilnować czasu. Napisałam więc do brata, że mogę się nieco spóźnić.



Patrycja's POV



Nie pamiętam kiedy tak bardzo się stresowałam. To było po prostu straszne. W jednym momencie, gdy tylko przekroczyłam próg domu, pojawiło się mnóstwo obaw. Nie widziałam jej od paru dobrych lat, więc jak powinnam się zachowywać? Dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że nie rzuci mi się w ramiona ani też nie obdarzy mnie szczerym uśmiechem. Te wszystkie myśli okropnie ściskały mnie za serce, bo jeszcze chwilę temu byłyśmy dla siebie wszystkim. 
Gdy wyszłam z mieszkania, od razu sięgnęłam po papierosa. Nigdy nie rozstawałam się z tym nikotynowym mordercą. Paliłam cholernie dużo, zbyt dużo. Miałam to jednak gdzieś, nigdy nie potrafiłam znaleźć dobrego sposobu na odstresowanie się. Kiedy tylko zaczęły się problemy, już jako nastolatka wybierałam wszystko, co mogło mi zaszkodzić. Dla przykładu myślałam, że ból fizyczny sprawi, że zapomnę o troskach. Niestety tak to nie działało. A, jeśli działało - to tylko na chwilkę. Najśmieszniejsze jest to, że zawsze wiedziałam, że to było głupie i bezmyślne. Robiłam naprawdę wiele idiotycznych rzeczy, czego żałuję do dzisiaj. Ale może nie powinnam? Teraz, po tym wszystkim stałam się silna. Wierzyłam w lepsze jutro i nie poddawałam się. Wiadomo, że mnóstwo rzeczy miało na mnie okropny wpływ i przez moją nadwrażliwość cierpiałam jak cholera. Ale jak już wspomniałam - nigdy się nie poddawałam.
Szłam w stronę kawiarni, do której kiedyś często chodziłam właśnie z Mariną. Podobno to małe, ale przyjemne miejsce wciąż było jej ulubionym. Mocno zaciągnęłam się papierosem, po czym wypuściłam dym z ust. Uśmiechnęłam się lekko na wspomnienia z czasów gimnazjum i liceum. Było ciężko, ale z nią wszystko było tysiąc razy prostsze. Gdyby nie ona, wiele bym straciła. Prawdopodobnie nic bym nie zyskała i dodatkowo byłabym sama jak palec. Sama w tym całym pierdolonym gównie. 
Po parunastu minutach stanęłam przed wejściem do kawiarni. Dawno tu nie byłam, ale wiele się nie zmieniło. Zajrzałam do środka przez okno i poczułam przyjemne ciepło, które w momencie rozlało się po moim ciele. Każde wspomnienie wróciło. Szkoda tylko, że to tylko wspomnienia. Spojrzałam na zegarek, było pięć minut po czternastej. Mariny jeszcze nie było, ale moje serce przyspieszyło niebezpiecznie. "Ogarnij się, Patka... Przecież to tylko spotkanie... Spotkanie po latach... Kurwa" - pomyślałam i głośno przełknęłam ślinę.
Nagle ją zauważyłam. Właśnie ją. Niska i szczupła szatynka szła szybkim krokiem. Piękna, jak zawsze. A jednak, jeszcze piękniejsza. Patrzyłam na nią z rozdziawionymi ustami, byłam całkiem osłupiała. Nawet poruszała się tak samo zgrabnie, jak kiedyś. Jej czarne oczy dalej tak ślicznie błyszczały, ale coś było nie tak. Wyraźnie zmizerniała i to mnie zaniepokoiło. Na jej twarzy zawsze był uśmiech i ogromny rumieniec. A teraz jakby smutek i zmęczenie. Już coś postanowiłam. Zabiję tego gnoja, jak tylko go dorwę. A dorwę.
Kiedy dzieliło nas już niewiele drogi, uniosła wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Była w szoku, łatwo dało się to zauważyć. Ale nie tylko zdziwienie ją ogarniało. Sama nie wiedziałam co, ale sama poczułam dziwne ukłucie w sercu. Przystanęła na chwilę, nie odrywając ode mnie wzroku. Po krótkiej chwili znów ruszyła i gdy już znalazła się przy budynku, chciała mnie ominąć i wejść, ale złapałam ją za nadgarstek. 
- Sylwka nie ma, on umówił cię ze mną... - powiedziałam bardzo cicho, patrząc na nią uważnie. 
Pierwszy raz od paru lat ją zobaczyłam. Stałam kilkanaście centymetrów od niej i patrzyłam w jej piękne oczy. Wydawało mi się, że to był sen. Ale bardzo nieprzyjemny sen, bo ona była zniesmaczona. Wcale nie chciała mnie wtedy zobaczyć.
- On sobie chyba jaja zrobił - mruknęła, ale bardziej do samej siebie niż do mnie.
- Po prostu chodź. Zobaczysz, że miał słuszny powód - otworzyłam jej drzwi.
Stała długo bez ruchu, po prostu na mnie patrząc. Cholera, ta nienawiść do mnie wciąż tkwiła w jej oczach.
- Dobra - powiedziała obojętnym tonem, ale czułam, że coś się w niej gotowało.
Po chwili weszłyśmy do środka i zajęłyśmy pierwszy lepszy stolik.
- Tylko szybko, mam lepsze zajęcia w odróżnieniu od ciebie. Nie szkoda ci czasu na lizanie cipy jakiejś lasce?
- Jasne - powiedziałam z sarkazmem. - Za to ty masz lepsze zajęcia, bo możesz ssać kutasa swojemu chłoptasiowi. Lepiej poświęcić czas na to, prawda?
Posłała mi tylko mordercze spojrzenie, ale nic nie odparła. No, bo co miała powiedzieć? Marina faktycznie stała się okropnie chamska. Po prostu jej nie poznawałam, ale starałam się to ukryć.
- Taką cię pamiętam, Szustakowska. Zawsze cięte riposty, wymądrzania się i... Pedał do tego - prychnęła.
Zaśmiałam się głośno, nie ukrywając rozbawienia. Wyjęłam paczkę z papierosami i sięgnęłam po jednego. Wsadziłam go do ust i podpaliłam koniec za pomocą zapalniczki. Od razu się zaciągnęłam.
- Palenie zabija - zauważyła moja towarzyszka.
- Samotność zabija bardziej - uśmiechnęłam się.
- No i właśnie o tych mądrościach i tych twoich metaforach mówiłam. Zaraz z nas stąd wywalą.
- Pieprzyć reguły - puściłam do niej oczko. - Poza tym to co się tak o mnie martwisz?
- Nie martwię, jak dla mnie mogłoby cię w ogóle nie być na tym świecie. 
- Oho - wypuściłam dym z ust. - Cały czas wydaje mi się, że udajesz, Marina. Jakbyś zapomniała, co się stało dzień przed moim wyznaniem. Prawie poszłaś ze mną do łóżka.
- Byłam wtedy pijana, jak nigdy - warknęła. - Poza tym chyba masz schizy, bo to było liceum i wtedy byłam już z Wojtkiem.
- Ano właśnie - przypomniałam sobie, pomijając tamten temat. - To o nim miałyśmy porozmawiać. A powiedz mi dlaczego już dawno nie zostawiłaś tego gnoja? Jestem twoją przyjaciółką, byłam nią zawsze. I dobrze wiem, że nie jest ci przy nim dobrze. Czy ty aby nie chcesz albo też nie chciałaś udowodnić czegoś mi albo komuś?
- Jesteś idiotką. Kocham go i nie mam zamiaru się przed tobą tłumaczyć.
- Okay, w porządku. Skoro jesteś przekonana, to cholernie się z tego powodu cieszę. Jednak chciałabym zauważyć, że jeśli ten chuj jest twoim księciem, to ty powinnaś być jego księżniczką. Czy zawsze cię tak traktuje? Czy ma do ciebie szacunek? Zawsze? Denerwujesz się, gdy większość mówi ci, żebyś go zostawiła. I słusznie, nie sugeruj się większością. Większość to tylko liczba, ale liczba nie jest potęgą. Bo od każdej innej znajdzie się większa. Słuchaj głosu swojego serca i zrób tak, żebyś potem niczego nie żałowała. Pamiętaj, że zasługujesz na prawdziwe szczęście, a przy nim jeszcze się staczasz. On kocha samego siebie, nigdy nie da ci tego, co powinnaś dostać. On nie potrafi kochać, on chce być tylko kochany. A nic co ludzkie nie powinno być dla człowieka trudnością. Coś czuję, że problem tkwi tylko w twojej głowie, nie w otoczeniu. Jego nie zmienisz, ale ty możesz sprawić, żeby żyło ci się lepiej. Marina, nie podkładaj sobie niepotrzebnych kłód pod nogi. Niepotrzebnie toczysz walki ze samą sobą. Szczęście masz na wyciągnięcie ręki, gwarantuję ci to.
Nie przerywała mi, za to przez cały czas bawiła się nerwowo dłońmi. Wiedziałam, że mnie słuchała. Słuchała i to z uwagą. Marszczyła brwi, przyswajając do siebie każde moje słowo. Miałam wrażenie, że miała łzy w oczach i dlatego siedziała ze spuszczoną głową. Moje serce było złamane przez to, co mi zrobiła, ale było mi jej okropnie żal. Marina była bardzo zagubionym człowiekiem i potrzebowała kogoś, kto ją poprowadzi. 
- Mówi to ktoś, kto nic nie osiągnął - powiedziała w końcu. - Prawisz te swoje mądrości, ale wciąż jesteś nikim. Nie masz nikogo, tkwisz w tej swojej małej klitce i masz pracę, jaką masz. Wszystko na kocią łapę. A do tego żyjesz przeszłością, robisz sobie niepotrzebne nadzieje i niepotrzebnie walczysz. Już nie masz o co, Patrycja. Zresztą ty nawet na mnie nie zasługujesz.
Doskonale wiedziałam, że próbowała mnie doszczętnie zranić. I zraniła. Ale ja od jakiegoś czasu nie dawałam się łamać. Nie mogłam tylko zrozumieć, co ona wyprawiała. Dlaczego tak wszystko się potoczyło. A przecież mogłyśmy dalej być dla siebie jak siostry. To było takie głupie. Podejrzewałam ją, że jest biseksualna. Może i się myliłam, ale nawet gdyby to nie powinna tego kończyć. A jakoś trudno było mi uwierzyć w to, że była homofobem. Po prostu cały czas odnosiłam wrażenie, że ona coś ukrywała albo udawała. Przed światem i samą sobą.
Uśmiechnęłam się tylko i po chwili odparłam:
- Lepiej walkę przegrać, niż się wcześniej poddać. Póki walczysz, jesteś zwycięzcą. I tak się składa, że człowiek zawsze i w każdym momencie ma o co walczyć. Nie wiem za co mnie tak znienawidziłaś, ale bardzo za tobą tęsknię i martwię się. I mam nadzieję, że posłuchasz swojego serca. Poza tym z jednym muszę się zgodzić: kompletnie na ciebie nie zasługuję. Ale Tyczka tym bardziej.
- Muszę już iść - gwałtownie podniosła się z miejsca, na co ja westchnęłam. 
Bez żadnego słowa ani gestu pożegnania chwyciła swoją torebkę i ruszyła w kierunku wyjścia. Nawet na mnie nie spojrzała. Nie poszłam za nią. Po co? Czemu miałabym ją zatrzymywać? W końcu ją straciłam i prawdopodobnie znów długo jej nie zobaczę. Z tego wszystkiego aż zachciało mi się płakać. Miałam tylko nadzieję, że w końcu się odnajdzie i będzie szczęśliwa.
Kiedy wyszła, ja dalej tam siedziałam. Patrzyłam się tępo w jeden punkt i nawet nie spostrzegłam, jak łzy zaczęły spływać po moich policzkach. Otrząsnęłam się jednak i wyjęłam telefon, żeby zadzwonić do Sylwka.
Po krótkiej chwili już wszystko wiedział. Głos mi drżał, ale starałam się to jakoś zatuszować. 
- Sylwek... A gdzie on mieszka? - zapytałam nagle.
- Że Tyczka?
- Tak.
- A co?
- Mam zamiar go odwiedzić.
- Nie, nie, nie... Patrycja, nie. Nie rób tego, to się źle skończy.
- Pierdolę to. Podaj adres smsem. Zamierzam wyciągnąć z tego Marinę, ona nie wie, co robi.
Po chwili się rozłączyliśmy. Sylwester nie był przekonany co do mojego pomysłu, ale podał mi adres. Wyszłam z kawiarni i ruszyłam w stronę swojego mieszkania. Postanowiłam tam pojechać i nawet, jeśli będzie trzeba - to zrobić rozróbę. 
Na całe szczęście szybko wróciłam do domu i w oka mgnieniu wskoczyłam do auta, które stało przed blokiem. Miałam fatalną orientację w terenie, więc musiałam użyć GPS'a w moim Iphonie. Nigdy wcześniej tam nie jeździłam, więc nie miałam pojęcia, gdzie to było.
Przez całą drogę do domu tego buca musiałam zawrócić jakieś dwa razy. Przez to trasa nieco się wydłużyła, ale w końcu trafiłam. Nie miałam zielonego pojęcia, co mu powiedzieć. Czułam, że jak tylko go zobaczę, to przestanę kontrolować własne emocje. Miałam nadzieję, że nie będzie z nim Mariny.
Zatrzymałam się na ogromnym podjeździe, przed wielkim domem. A może to ciągnęło do niego Marinę? Pieniądze? To było raczej jasne, że po ślubie się do niego wprowadzi. Chociaż wątpiłam w to, że mogłaby być aż tak głupia. Przez Marinę nigdy nie przemawiała konsumpcja. 
Wyszłam z samochodu i podeszłam do bramy. Zadzwoniłam domofonem i oparłam się o mur, czekając cierpliwie. Drugi raz w tym dniu cholernie się zestresowałam. Byłam zbyt impulsywna. Miałam wrażenie, że zaraz stchórzę i ucieknę. Przypomniałam sobie jednak w jakim celu tu przyjechałam i od razu się wyprostowałam. Moja pewność siebie wróciła.
Po krótkim czasie drzwi od bramy otworzyły się i zobaczyłam w nich Tyczkę. Nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawialiśmy i naprawdę tego żałowałam. Już w liceum miałam szansę mu nawtyakć, ale wtedy byłam okropnym chojrakiem. On dobrze wiedział kim jestem i oczywiście znał całą historię mojej przyjaźni z Mariną.
- O, to ty - uśmiechnął się drwiąco. - Nie wyruchasz mi laski i nie mam pojęcia, skąd masz mój adres.
- Ano mam - uśmiechnęłam się i słodko zatrzepotałam rzęsami. - I nie przyjechałam tu, żeby wyruchać ci laskę, tylko uprzytomnić ci jakim chujem jesteś. No i oczywiście przestrzec cię, że jeśli włos spadnie jej z głowy, jeśli kiedykolwiek poczuje się przez ciebie smutna, to wyrwę ci, skurwielu jaja, okay? 
Wybuchnął śmiechem i zaklaskał w dłonie.
- Jesteś pojebana, nic dziwnego, że od ciebie uciekła. Popierdolona lesba... 
- No widzisz - pokiwałam głową, czując, że coś zaczynało się we mnie gotować. 
- Widzę - odparł z rozbawieniem.
- Popierdolony chuju! - krzyknęłam i z całej siły uderzyłam go pięścią w twarz, a ten aż zakręcił się wokół własnej osi.
Nie powinnam tego robić, to miała być spokojna rozmowa. A jednak. Ja zawsze musiałam zrobić coś impulsywnego, bo oczywiście emocje mną wręcz targały. Trudno, dostał to, na co zasłużył. Wokół nie było nikogo, to mogłam sobie pozwolić.
Wściekły otarł dłonią krwawiący noc i przyparł mnie do muru. Był silniejszy, ale to było wiadome. Dlaczego ja to zrobiłam? Przeklinałam siebie w duchu za to, że zawsze robię, a potem myślę.
- Nie będziesz się wpierdalać w nasz związek, czy ci się to podoba, czy nie - powiedział przez zaciśnięte zęby, lekko mnie przy tym przyduszając. 
- Zrobię wszystko, by była szczęśliwa - wycedziłam, nie spuszczając z niego wzroku. 
Zaśmiał się tylko, zamachnął i z całej pety uderzył mnie w twarz. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i osunęłam się na ziemię. Na szczęście nie trwało to długo, bo po chwili przypomniałam sobie, co się dzieje. Niestety nie zdążyłam nic zrobić, bo dostałam porządnego kopniaka w żebra. Z bólu przestałam na chwilę oddychać. Ten dupek nie miał dość, bo szarpnął mnie za włosy, na co ja w momencie stanęłam na nogi.
- Widzisz? Nic ci się nie uda - uśmiechnął się kpiąco i powtórzył ten okropny cios w twarz, a ja znów upadłam na ziemię.
Nie byłam w stanie się ruszyć ani nic z siebie wydusić. A bardzo chciałam mu zaprotestować. 
- Żegnam, tępa suko - spojrzał na mnie po raz ostatni i schował się za bramą.
Leżałam tam dalej i nasłuchiwałam, jak jego kroki stopniowo cichły. Gdziekolwiek dotknęłam swojej twarzy, czułam okropny ból. Poza tym cały czas krwawiłam. Odsłoniłam trochę mój brzuch, żeby zobaczyć, co z żebrami i oczywiście dostrzegłam wielką, fioletową plamę.
- Kurwa - jęknęłam. - Co za gnój, ughh...
Zebrałam się dopiero po paru dobrych minutach i ledwo dokuśtykałam do auta. Byłam słaba i roztrzęsiona, więc nawet i samochód ciężko było mi odpalić. Bałam się, że jeszcze spowoduję jakiś wypadek drogowy, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Cóż, za to w połowie drogi brakło mi paliwa. Najwyraźniej szczęście nie było mi pisane. Musiałam zadzwonić do Sylwka i poprosić go o pomoc. Dobrze, że go miałam. Zawsze mogłam na niego liczyć.
Mój przyjaciel przyjechał bardzo szybko, po tym jak podałam mu dokładny adres i mniej więcej opisałam, gdzie się znajduję. Przeraził się, gdy mnie zobaczył, więc wszystko mu wyjaśniłam. Długo przeklinał Tyczkę za to, co mi zrobił i oświadczył, że nie popuści mu tego. Ja jednak się sprzeciwiłam. To nie miało sensu, stało się. Teraz trzeba będzie tylko przypilnować, żeby Marina przypadkiem za niego nie wyszła.
- Może pojedziemy do szpitala? - spojrzał na mnie zmartwiony.
- Nie - uśmiechnęłam się. - Już jest okay, chcę wrócić do domu.
- Ja cię podwiozę. Bak jest już pełny, a ty się odpręż.
- Dzięki, Sylwek. Ratujesz mi dupę, serio.
- Takiej lasce jak ty warto - zaśmiał się i weszliśmy do samochodu.
Resztę drogi powrotnej praktycznie przemilczeliśmy. Byłam wykończona i tak naprawdę czułam się fatalnie. Głowa mi pękała, a brzuch bolał mnie niemiłosiernie.
Kiedy dojechaliśmy, jeszcze raz gorąco podziękowałam mu za pomoc. Pożegnałam się z nim i szybko weszłam do mieszkania. Od razu rzuciłam się na łóżko. Poczułam lekkie mdłości i zawroty głowy. Nie wierzyłam, że Tyczka mógł być aż tak okropny. Bałam się, że niebawem stanie się dla Mariny wręcz podły.
Wykończona i zdruzgotana nawet nie spostrzegłam kiedy usnęłam.



Marina's POV



Po tym nieszczęsnym spotkaniu z Patrycją, coś okropnego zaatakowało moje serce.Obawiałam się, że to były wyrzuty sumienia. Naprawdę nie chciałam jej zobaczyć, ale teraz przestałam tego żałować. Nie miałam pojęcia dlaczego. 
Długo siedziałam na kanapie i rozmyślałam, tępo patrząc w jeden punkt. Analizowałam wszystko, co mi powiedziała. Poza tym przypomniałam sobie czasy, w których byłyśmy nierozłączne. W tym momencie przyłapałam się na tym, jak na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Westchnęłam głęboko. Doskonale mnie znała, bo rzeczywiście próbowałam coś ukryć. A dokładnie wspomnienia z tamtego wieczoru, o którym Patrycja mi przypomniała. To miało być głupie pidżama party. Jak na siedemnastolatki byłyśmy nadzwyczaj dziecinne, ale wcale nam to nie przeszkadzało. Niestety tamtego wieczoru odjęło nam rozumu i zachowałyśmy się, jak głupie gówniary. Załatwiłyśmy trochę alkoholu i upiłyśmy się w akademiku. Stało się tak, bo byłam wtedy po kłótni z Wojtkiem i chciałam to odreagować. Bardzo długo wtedy rozmawiałyśmy, do tego obie byłyśmy zbyt szczere. Nie pamiętałam za wiele i na szczęście Patrycja też nie. Jednak jednego nie dało się zapomnieć. Wtedy, gdy byłyśmy już pijane, moja była przyjaciółka rzuciła się na mnie z pocałunkami. Niestety ja je odwzajemniłam. Wmawiałam sobie, że byłam wtedy pod wpływem alkoholu i zrobiłam to spontanicznie. A jednak, podobało mi się to. Powód zerwania przyjaźni z Patrycją? Po prostu nie chciałam się przekonać, że faktycznie czułam do niej coś więcej. Byłam wtedy z Wojtkiem i czułam się potwornie, że to zrobiłam. Patrycja na drugi dzień wyznała mi miłość, myśląc, że byłam świadoma tego, co zrobiłam. Wykorzystałam to, zwyzywałam ją i zerwałam przyjaźń. A to wszystko dla Wojtka. 
Odruchowo spojrzałam na zegarek, dochodziła już osiemnasta. Kiedy ten czas tak zleciał? Na czym? Nie miałam pojęcia, ale właśnie sobie coś uświadomiłam. A konkretnie to, że Patrycja nie była niczemu winna. Chyba za nią tęskniłam. Miałam wrażenie, że to właśnie jej tak bardzo mi brakowało. Postanowiłam, że jeszcze dziś znajdę jej adres i ją przeproszę. To będzie okropnie głupie. Po tylu latach i po dzisiejszym okropnym spotkaniu tak po prostu ją przeprosić. Ale ja naprawdę tego żałowałam. Na własne życzenie straciłam najwspanialszą przyjaciółkę, jaką tylko mogłam mieć. Okłamałam siebie, ją i do tego zachowałam się, jak ostatnia suka. Dziś na pewno bym nie usnęła, moja głowa pękała od nadmiaru myśli i złych emocji. Pragnęłam to naprawić. To wszystko, co dziś do niej powiedziałam, było kłamstwem. Wcale nie uważałam, że była nikim. Zawsze imponowała mi jej postawa i światopogląd. Była wyjątkowa, a do tego piękna. 
Moje rozmyślania przerwał telefon. Otrząsnęłam się i sięgnęłam po niego. Dzwonił Wojtek, więc bez wahania odebrałam telefon.
- Halo? - odezwałam się.
- Kochanie, nie uwierzysz, co się stało - był wyraźnie zdenerwowany. 
- Och... - przestraszyłam się - Co takiego? 
Po krótkiej chwili wszystko mi wyjaśnił. Nie mogłam w to uwierzyć i kompletnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Po co ona to zrobiła?
- I co wtedy zrobiłeś?
- No, wiesz... Zdenerwowałem się, ale zachowałem zimną krew i po prostu grzecznie ją wyprosiłem. Nie uwierzysz nawet, jaka ona agresywna.
- Jezus... - załamałam się. - No nic... Wojtuś, nie przejmuj się... Ja to załatwię, dobrze?
- Nic nie rób, Marinka. Wszystko jest okay, zostawmy ją. Na pewno już da sobie spokój. 
- Tak... Na pewno... - powiedziałam cicho. - Wojtuś, przepraszam, ale muszę kończyć. Słuchaj, zadzwonię, jak tylko będę mogła.
- Nie ma sprawy, kocham cię. 
- Ja ciebie też - odparłam, po czym się rozłączyłam.
Nie miałam zamiaru powiedzieć Wojtkowi o dzisiejszym spotkaniu z Patrycją. Za to wykręciłam numer do brata, chcąc dowiedzieć się, gdzie ona dokładnie mieszka. Poza tym chciałam mu podziękować, że załatwił mi spotkanie z nią. No, i pokrótce zdać relację z dzisiejszego wypadu do kawiarni. Wiedziałam, że się przyjaźnili i zawsze podświadomie zazdrościłam tego Sylwkowi. A nie miałam czego, w końcu sama naważyłam piwa. 
- I nie jesteś zła? - w jego głosie słyszałam ogromne zdziwienie.
- Teraz? Absolutnie! No to dzięki za pomoc, muszę do niej pojechać. 
- Musisz, musisz. Nie jest w dobrym stanie.
- Co? - zmartwiłam się. - Jak to?
- Sama zobaczysz, ja muszę już iść. Moja droga żona popędza mnie, abym wykąpał Izunię. Trzymaj się, Marina i jedź do niej. Napraw to. 
- Tak właśnie zrobię - uśmiechnęłam się smutno. - Dzięki, bracie.
Już po paru minutach siedziałam w samochodzie. Po drodze zastanawiałam się, co jej powiem. I co tak naprawdę się stało, gdy Patrycja pojechała dziś do Wojtka. Co oznaczało, że była w złym stanie? Obawiałam się, że coś tu było nie tak.
Kiedy stałam już przed blokiem, zadzwoniłam domofonem pod odpowiedni numer. Po paru sekundach drzwi otworzyły się, więc weszłam do budynku. Wdrapałam się po schodach na drugie piętro i stanęłam przed mieszkaniem mojej byłej przyjaciółki. Westchnęłam i zapukałam.
Dosyć sporo czasu minęło, zanim usłyszałam, przekręcający się w zamku klucz. Kiedy drzwi otworzyły się, zobaczyłam w nich Patrycję. Ale nie tę samą Patrycję, z którą widziałam się jeszcze parę godzin temu. Ta, którą widziałam teraz była całkowicie odmieniona. Jej czarne włosy były bardzo rozczochrane, na skroni widniała ogromna rana, a jej warga była rozcięta. Do tego była okropnie blada i cholernie smutna. Jej sine wargi lekko drżały. 
- Ja... - kompletnie odebrało mi mowę. 
- Po prostu wejdź - powiedziała słabym głosem i zgięta w pół cofnęła się w głąb mieszkania.
Bez wahania weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Automatycznie rozejrzałam się dookoła i spostrzegłam, że mimo małych rozmiarów, mieszkanie było bardzo przyjemne. Wszystko było na swoim miejscu, każdy pokój urządzony był naprawdę estetycznie i wyglądał świetnie. Cała Patrycja.
Weszłyśmy do salonu, a po chwili moja była przyjaciółka usiadła na kanapie. Ja usiadłam w fotelu naprzeciwko niej, uważnie na nią patrząc.
- Co się stało? - zapytałam w końcu. 
- Twój ukochany ma dużo siły - uśmiechnęła się ironicznie. 
- C-co? - zmarszczyłam brwi, nie dowierzając. - On ci to zrobił? Ale... Mowił... Że... Boże... 
- Co? Powiedział, że to ja go zaatakowałam i skopałam jak nienormalna? Ja tylko raz go uderzyłam, to on mnie pobił. Pan Słabeusz - zaśmiała się i zaraz potem zaczęła kaszleć. 
Siedziałam ze spuszczoną głową i zastanawiałam się dlaczego on mnie okłamał. Dlaczego to zrobił? On skrzywił Patrycję.. Cholera, ona wyglądała jak wrak człowieka. W momencie to wszystko, co mówiła moja rodzina, znajomi i Patrycja stało się dla mnie jasne. Dopiero teraz dostrzegłam, jaki on naprawdę był. Przestraszyłam się go. Poza tym umiał nieźle zabajerować, ale tylko dlatego, bo chciał mnie wykorzystać. Patrycja miała rację, on potrafił kochać tylko samego siebie. "Boże, ile lat życia sobie zmarnowałam?" - pomyślałam i mocno zagryzłam wargę. Najgorsze było to, że pozbyłam się i zraniłam kogoś, kto był dla mnie najważniejszy. I najwspanialszy. Nie, nie mogłam wyjść za tego cwaniaka. 
Ocknęłam się i spojrzałam na Patrycję z wielkim bólem. Też na mnie spojrzała. 
- Przepraszam - wyszeptałam i łzy w momencie napłynęły do moich oczu.
- Nic nie szkodzi - uśmiechnęła się słabo. 
- Wcale nie chciałam cię wtedy tak potraktować i wcale nie mam ci tego za złe, że jesteś lesbijką. Tak bardzo mi cię brakowało i tak potwornie... Tęskniłam. Nie bierz do siebie tych słów, które dzisiaj wypowiedziałam. Jesteś wspaniała i musisz o tym wiedzieć. I nie chcę za niego wyjść. Nienawidzę go za to, co ci zrobił. I wcale go nie kocham. Macie rację, nie jestem szczęśliwa...
Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo rozpłakałam się na dobre. Patrycja bez słowa podniosła się z miejsca i chwiejnym krokiem podeszła do fotela, na którym siedziałam. Usiadła obok mnie i mocno mnie przytuliła. Schowałam twarz w zagłębieniu jej szyi i wtuliłam się. Tak cudownie było czuć jej zapach i ciepło. 
- I nagle człowiek przestaje to kontrolować - powiedziała nagle i zaczęła głaskać mnie po włosach. - Nie ma kontroli. Żadnej kontroli.
- Nad czym? - zmarszczyłam brwi.
- Nad miłością, Marina. 
Oderwałam się od niej i spojrzałam w jej czarne oczy. Dalej był w nich ten sam inteligentny błysk, który tak bardzo kochałam. A właściwie dlaczego ja wtedy wybrałam tego idiotę? Być może nie byłam pewna swojej seksualności i obawiałam się jej. Być może się czegoś bałam. Nie wierzyłam, że popełniłam taką głupotę dla tego dupka. Ale postanowiłam to naprawić. Patrycja na całe szczęście nie była zła, więc miałam dużą szansę.
- Czy... Zostaniesz znowu moją przyjaciółka?
- Oczywiście - cichutko się zaśmiała. - Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem teraz szczęśliwa. Ale tak cholernie mi niedobrze...
- Dlaczego? - znów się okropnie zmartwiłam.
- Zobacz - podniosła bluzkę, ukazując wielką fioletową plamę w okolicach żeber.
- Boże Święty, Patrycja! Jedziemy do szpitala, zbieraj się.
- Ale...
- Nie ma "ale", to wygląda tragicznie.
- No, niby wcześniej plama była mniejsza, ale...
- Jezus - podniosłam się gwałtownie, złapałam ją za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia. - Zabiję go.
- Nikogo nie zabijesz, nic się nie stało. Przeżyję - powoli zaczęła wkładać buty, więc jej pomogłam.
Po chwili i ja włożyłam swoje, a Patrycja sięgnęła po klucze. Wyszłyśmy i zamknęłam drzwi, bo mojej przyjaciółce za bardzo trzęsły się dłonie. Tak strasznie się o nią bałam. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, co on jej zrobił.
Po kilkunastu minutach byłyśmy już pod szpitalem. Patrycja powinna już wcześniej się tam znaleźć, w samochodzie zwymiotowała do plastikowej torby.
Cierpliwie czekałam na korytarzu, aż lekarz zbada moją przyjaciółkę. Byłam wściekła, smutna i miałam ochotę dołożyć Wojtkowi. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić najpierw. Zadzwonić do rodziców, brata? Czy może do tego idioty, żeby zawiadomić go, że ślubu nie będzie. Byłam w totalnej rozsypce. Dzisiejszy dzień był niesamowicie długi i szalony. Najważniejsze jednak było to, że dostałam szansę i mogłam zacząć życie od nowa. Lepsze życie. Odzyskałam w końcu swój skarb.



Patrycja's POV



Okazało się, że miałam bardzo stłuczone żebra i drobny uraz głowy.To właśnie on powodował mdłości, wymioty i zawroty. Lekarz chciał zostawić mnie w szpitalu chociaż na dwa dni, żeby przywrócić mnie do "życia" i przez jakiś czas kontrolować mój stan zdrowia. Zgodziłam się, w końcu nie miałam wyboru.
Kiedy lekarz wyszedł, po krótkim czasie do mojej sali weszła Marina. Już wszystkiego się dowiedziała. Nieco spokojniejsza, ale wciąż smutna usiadła obok mojego łóżka.
- I co? - zapytała. - Podadzą ci jakieś leki?
- Tak, za chwilę. A lekarz po tym, jak mnie zbadał, zabandażował mi to feralne miejsce, które boli jak diabli. Czemu się smucisz?
- No, bo... To wszystko...
- To już przeszłość - uśmiechnęłam się. - Zapomnij o tym i żyj chwilą.
- Uwielbiam cię - odwzajemniła uśmiech. - Zawsze byłaś taka pozytywna. I na szczęście dalej taka jesteś. Myślisz, że wszystko się ułoży?
- Już się ułożyło, w końcu... Pogodziłyśmy się i w końcu zobaczyłaś, jakim dupkiem jest Szczęsny.
- Masz rację - powiedziała z mocą. - Wszystko jest już dobrze. Bo mam ciebie. 
- A ja ciebie, więc... Teraz jestem szczęśliwa.
Byłam szczęśliwa, nie kłamałam. Ale pragnęłam czegoś więcej. I chyba nie pozbędę się tego uczucia. Kochałam ją i po prostu marzyłam, żeby znów móc posmakować jej pięknych ust. Tym razem na trzeźwo. Westchnęłam cicho na tę myśl, ale po chwili uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam na nią. 
- Odwiedzisz mnie jutro?
- No, pewnie, że tak - uśmiechnęła się.
- Kupisz mi papierosy? Błagam. Oddam ci pieniądze.
- Nie - odpowiedziała hardo. - Wybij to sobie z głowy. Nie będę przyczyniała się do twojego powolnego zgonu, droga przyjaciółko. Jak już stąd wyjdziesz, to ja zrobię wszystko, żebyś wyszła z nałogu.
- Ach - zaśmiałam się. - Niech ci będzie. 
Marina była przy mnie aż do późna. Poszła dopiero wtedy, gdy pora odwiedzin w szpitalu się skończyła. Kiedy wyszła, od razu poczułam pustkę, ale nie było mi smutno. Wręcz przeciwnie, byłam najbardziej szczęśliwym człowiekiem tym świecie. W końcu się razem pośmiałyśmy i pogadałyśmy jak stare kumpele. A do tego ustaliłyśmy, że nadrobimy ostatnie lata. Obiecała, że przyjdze do mnie jutro, gdy tylko będzie mogła. 

***

Po dwóch dniach opuściłam szpital. Cała i zdrowa. Dobrze się jednak stało, że Marina mnie tam zaciągnęła. Tyczka naprawdę potrafił nieźle dowalić. Co z tego, czy bił faceta, czy kobietę? Był jednym wielki bucem, damskim bokserem. Fakt faktem, nie byłam bez winy, bo poniosły mnie emocje. Aczkolwiek facet nie powinien mi oddawać. Przepraszam, "oddawać" to mało powiedziane. 
Jednak dzięki temu Marina zerwała zaręczyny, na co cała jej rodzina odetchnęła z ulgą. Jedyną niezadowoloną osobą był pan Wojtuś, który ponoć z trudem opanował nerwy. To już nie będzie miał kogo wykorzystywać. Bardzo się z tego powodu cieszyłam i miałam ogromną nadzieję, że Marina w końcu odżyje. "Ja już dopilnuję, żeby ta moja przyjaciółka jak najwięcej się uśmiechała" - postawiłam sobie za cel.

***

Kiedy już wszyscy byli zadowoleni, a między mną, a Mariną było jak dawniej - wszystko zaczęło się układać. Dostałam lepszą pracę, zaczęłam bardziej dbać o siebie, studia szły mi lepiej i przede wszystkim ciągle się uśmiechałam. Zauważyłam również, że i Marina nabrała werwy, a zdrowy rumieniec nie schodził z jej twarzy.
Pewien wolny dzień postanowiłyśmy spędzić razem i tylko razem. Jak to u typowych przyjaciółek przystało: pochodziłyśmy po sklepach, poszłyśmy do naszej ulubionej kawiarni, posiedziałyśmy w parku, a nawet poszłyśmy do wesołego miasteczka. Śmiech i wesołe rozmowy przez cały ten czas wiernie nam towarzyszyły.
Wieczorem poszłyśmy do Mariny. Postanowiłyśmy zrobić sobie pyszną kolację na dworze i pooglądać wspólnie rozgwieżdżone niebo. Cholera, dlaczego to mi wyglądało na randkę? Musiałam ogarnąć swoje niespełnione fantazje. 
Siedziałyśmy obok siebie na kocu i w ciszy obserwowałyśmy granatowe niebo. Mnóstwo gwiazd pięknie migotało, nadając temu wieczorowi magiczny blask. Nie potrafiłam się wtedy nie uśmiechać. To był zdecydowanie jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. A przynajmniej w ostatnich latach.
- Zimno się robi, ale nie chcę się stąd ruszać - nagle powiedziała moja towarzyszka.
Nic nie odpowiedziałam, za to nieśmiało ściągnęłam z siebie bluzę i okryłam nią Marinę. Nieśmiało, dlatego, bo w filmach romantycznych dzieje się dokładnie tak samo. Ale cóż miałam zrobić? Ach! Pieprzyć! I tak wiedziała, że ją kocham i zrobię dla niej wszystko.
- Myślałam, że dam radę to kontrolować.
- O czym mówisz? - spojrzałam na nią, marszcząc brwi.
- O miłości - uśmiechnęła się lekko. - Próbowałam ją kontrolować, ale to niemożliwe. Teraz słucham tego, co podpowiada mi serce.
- I bardzo dobrze! A co ci ono podpowiada?
Nie odpowiedziała mi, za to wpiła się w moje usta z namiętnością. Moje ciało przeszedł wspaniały dreszcz, a na dodatek poczułam motylki w brzuchu. Zareagowałam, jak typowa zakochana nastolatka. Ale czy to było złe? Tak mocno kochałam Marinę, że nic więcej się dla mnie nie liczyło. Tylko ten moment.
Bez wahania odwzajemniłam pocałunek, przymykając oczy. Jej usta były tak wykurwiście wspaniałe i pragnęłam ich tylko więcej. Rozpływałam się, czując, jak jej miękkie i wilgotne wargi z czułością muskały moje.
- Patrycja? - wysapała, odrywając się ode mnie.
- Ta-ak? 
- Chodźmy do środka. Tu jest za zimną, a bardzo chciałabym zobaczyć cię teraz nago.
- Chodźmy - zaśmiałam się głośno, po czym wstałyśmy i trzymając się za ręce, weszłyśmy do mieszkania.
Marina pociągnęła mnie do sypialni, gdzie od razu rzuciłyśmy się na łóżko. Szybko zaczęłam pozbywać się z siebie ubrań, a ona mi w tym pomagała. 
- Jesteś pewna, że... - zaczęłam, ale Marina przystawiła palec do moich ust.
- Kocham cię.
Nic już nie odparłam, tylko uśmiechnęłam się szeroko. 
Po chwili zostałam w samej czarnej, koronkowej bieliźnie. Marina zmierzyła mnie wzrokiem, przygryzając wargę.
- Zawsze byłaś cholernie seksowna - powiedziała, a mnie na te słowa znów przeszedł przyjemny dreszcz.
- Nigdy nie byłam w stanie ci dorównać. Ty to jesteś piękna, idealna. 
- Dziękuję... Kochanie - uśmiechnęła się.
Na słowo "kochanie" mocno się zarumieniłam. Miałam ogromne wrażenie, że ja i Marina stałyśmy się już parą. Czy mi się zdawało, czy ja byłam w niebie? 
Po chwili zaczęłam ją rozbierać, podziwiając każdy detal jej ciała. Była wspaniała, piękna i urocza. Tak bardzo jej pragnęłam i wierzyłam w to, że będziemy tworzyć cudowny związek. Nie mogłam się na nią na patrzeć, ale tym razem mogłam, i to do woli. Znów wpiła się w moje usta, a mnie ogarnęła fala gorąca. Nieśmiało położyłam dłonie na jej pośladkach i lekko je ścisnęłam. 
- Nie krępuj się tak, jestem już cała twoja - spojrzała mi w oczy.
- T-tak? 
- Tak - zaśmiała się i cmoknęła mnie. 
- Ale ja chyba jednak najpierw zapalę.
- Żartujesz sobie - uniosła brew.
- Tak, żartuję - zaśmiałam się.
Znów zaczęłyśmy się całować, a w między czasie odpięłam jej stanik. I kiedy tylko dotknęłam jej piersi, całkowicie zawładnęło mną podniecenie. Dlatego też szybko pozbyłam się z bioder Mariny koronkowych majtek. Przejechałam dłońmi wzdłuż jej ciała, po raz kolejny podziwiając każdy jego szczegół.
- Pamiętaj, nie krępuj się - wyszeptała mi do ucha.
Wzięłam sobie te słowa do serca, chcąc sprawić jej jak największą przyjemność, jednocześnie zaspakajając swoje fantazje. To był najwspanialszy seks w moim życiu. Cóż, właściwie to nigdy wcześniej tego nie robiłam. Jakkolwiek to zabrzmi, po prostu zawsze kochałam Marinę i nie chciałam się pchać w coś, co i tak nie miałoby sensu. 
Po jakimś czasie obie leżałyśmy obok siebie zadowolone, a ja dalej starałam się unormować oddech.
- To było najcudowniejsze - powiedziała.
- Dokładnie - zgodziłam się i przyciągnęłam ją do siebie.
- Kocham cię - wtuliła się we mnie.
- A ja ciebie - odparłam i zamknęłam oczy.
Byłyśmy naprawdę zmęczone, więc nic już nie mówiłyśmy. Mogła minąć chwila, gdy zasnęłam. Nigdy nie spało mi się tak cudownie. Mogłam przysiąc, że to dzięki temu, że czułam obecność Mariny. Całą noc byłyśmy w siebie mocno wtulone.
Kiedy się obudziłam, przestraszyłam się, że wczorajszy dzień był tylko snem. Na całe szczęście nie. Moja wspaniała dziewczyna(?) smacznie sobie spała, prawie na mnie leżąc. Jej usta były lekko rozchylone, co dodawało Marinie nieco dziecinnego uroku. A jej ciemne włosy były rozczochrane i częściowo przysłaniały mi pole widzenia, więc odgarnęłam je z twarzy. Trochę zachciało mi się śmiać, gdy zorientowałam się, że dłonie trzymała na moich piersiach. Zboczuch. Nawet przez sen, kto by pomyślał? 
Pocałowałam ją w czubek głowy i ostrożnie wyswobodziłam się z uścisku, by móc wstać. O dziwo, było jeszcze dosyć wcześnie, więc miałam nadzieję, że zdążę zrobić nam śniadanie do łóżka, zanim Marina się obudzi.
Szybko się ubrałam i powędrowałam do kuchni z szerokim uśmiechem. Byłam szczęśliwa i miałam nadzieję, że nie rozwalę Marinie całej kuchni. No, bo mogłam być lekko zdezorientowana przez te pieprzone motylki w brzuchu. Chyba byłam naprawdę zakochana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zachęcam do dyskusji i komentowania. Będę wdzięczna za każde słowo. Pamiętajcie, że robię to dla was i wszelka opinia jest bardzo mile widziana.

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X