Mokra od potu koszula nieznośnie przywiera do mojej rozgrzanej skóry. Muszę się bardzo postarać, aby odegrać rolę według scenariusza. Nieustannie czuję na sobie czyiś wzrok i nawet nie jestem w stanie zliczyć tych wszystkich par oczu. Oczekujące, przenikliwe, pełne napięcia spojrzenia wrzynają się w moją podświadomość, pozostawiając w głowie dziury. Te następnie zlewają się w bolesną bezkresną pustkę dryfującą gdzieś na poziomie świadomości. Jednak jedno z tych spojrzeń jest zdecydowanie najgorsze, ponieważ napawa mnie wyjątkowym przerażeniem. Ten przeszywający wzrok należy do mojego własnego Sumienia. Nieważne, jaką rolę odgrywam i na jakiej scenie stoję, głos Sumienia zawsze woła najdonośniej i nie są to wcale słowa pokrzepiające. Sumienie jest nie tylko Widzem, ponieważ bierze udział w każdym przedstawieniu i zawsze odgrywa te same role: adwokata Bohaterów oraz mojego oskarżyciela i prokuratora w jednym. Oczywiście oskarżycieli zawsze jest znacznie więcej, ale taka kolej rzeczy, gdy w spektaklu pojawiam się ja, Antybohater. Widzowie nigdy nie zastanawiają się, jak to jest za każdym razem odgrywać rolę tragicznej postaci, fatalnej jednostki. Oni raczej utożsamiają się z Sumieniem. Antybohater jest wynaturzeńcem, nie przejawia ludzkich cech, jest odczłowieczony. Nie czuję, aby Reżyser ze mnie zadrwił, przecież na kogoś musiało paść. To może wydawać się dziwne, ale moja rola należy do bardzo ważnych i odpowiedzialnych, noszę na barkach bycie najgorszym ze wszystkich postaci. To w praktyce oznacza, że każdy inny Bohater jest lepszy, ma w sobie coś wartościowego i tym samym wnosi do sztuki dobro, piękno oraz cnotę. Ja całkowicie przeciwnie, choć pragnę im dorównać, wiadomo jednak, że bezskutecznie, ponieważ nie da się zmienić swojej roli, nie da się tak po prostu przezwyciężyć fatum. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że nie do końca udało mi się zaakceptować wolę Reżysera. Właśnie dlatego jestem Antybohaterem, a nie czarnym charakterem - nie chcę być zły, wynaturzony i niegodziwy, ale taki muszę pozostać w oczach Widzów, Sumienia czy Bohaterów.
Stoję z boku sceny jak zwykle bez sił. Śmieję się, płaczę i czuję jak umieram. Oczami wyobraźni zaglądam w przeszłość i widzę przeróżne sceny, w których brałem udział. Samotność w przedszkolu, bieganie z ukochanym czworonożnym przyjacielem po działce, pierwsza trójka z matematyki i strach przed powrotem do domu, odkrycie swojej największej pasji, fałszywa przyjaźń w starszej klasie szkoły podstawowej, samotność w gimnazjum, pierwszy papieros, pierwsza i zarazem bardzo poważna miłość, w której niestety jak zawsze zawiodłem po całości, marzenia o śmierci, rozpoczęcie liceum i zamieszkanie w internacie, częściowe uwolnienie się od codziennych kłótni z najbliższymi, feralna próba odnalezienia siebie przy osobie, którą prawie doprowadzam do zguby przez własne ego (druga podobna historia tylko zmienia się Bohater), pierwszy seks, dużo alkoholu, pogłębiająca się nienawiść do siebie, poznanie wspaniałych znajomych, z którymi cały czas utrzymuję kontakt, kolejny związek, zakończenie liceum z bólem serca, zdanie matury na całkiem niezły procent, który pozwolił mi rozpocząć wymarzone studia; fatalne zauroczenie; poznanie osoby, która ratuje mnie przed tym wszystkim… Rzucenie studiów, poczucie całkowitego zagubienia, podjęcie się pracy, studia próba numer dwa, prześmieszna próba odnalezienia i pokochania siebie, która oczywiście doprowadza kolejnego Bohatera do zguby i w końcu ostateczna decyzja o podjęciu pracy bez ukończenia studiów. Oczywiście uczestniczyłem jeszcze w wielu innych scenach, na przykład takich jak: wycieczki, wycieńczający płacz pod kołdrą, czy dokarmianie gołębi na krakowskim rynku. Po prostu wymieniłem te bardziej znaczące, które wniosły do przedstawienia coś istotnego. Teraz chcę się skupić na rolach, które odegrałem bądź nadal odgrywam: uczeń, syn, przyjaciel, kolega z ławki, chłopak, pracownik, potencjalny samobójca, wróg swojego Sumienia i całego świata. Wszystkie absolutnie fatalne. Za każdym razem jestem Antybohaterem i za każdym razem Sumienie patrzy na mnie z kpiną i odrazą. A ja za każdym razem, gdy pragnę coś naprawić i sprawić, by Sumienie odpuściło mi grzechy, tylko pogarszam sytuację.
Wodzę dookoła nieprzytomnym spojrzeniem i wiem, że potrzebuję akceptacji Widzów oraz Bohaterów, abym mógł żyć. Liczy się tylko ich zdanie, osąd i opinia. Sumienie nie ma litości i czuję, jakby nigdy do mnie nie należało, bo próbuje mnie całkowicie unicestwić, nie bacząc na żadne moje starania. Stoję zupełnie skołowany i lekko kiwam się na boki przez brak sił w nogach. Czuję uciążliwe mdłości - tak bardzo pragnę zwymiotować swoje wnętrzności, jakby to miało przynieść ulgę. Nie mam pojęcia, w czym zawinił organizm, który robi wszystko, by po prostu utrzymać się przy życiu. Chyba właśnie to - pozwala oddychać komuś, kto nie jest wart ani jednego wdechu. Czuję do siebie ogromny wstręt i chciałbym pozbyć się tego, co powoduje wszystkie moje porażki, ale doskonale wiem, że musiałbym po prostu skończyć ze sobą, ale… Antybohater nie ma na to odwagi, a co najgorsze - posiada on jeszcze jakieś resztki chęci do życia. Kolejny powód do poczucia winy, te wszystkie momenty, w których coś sprawia mi szczerą przyjemność.
Przyglądam się Bohaterom z zazdrością. Są tacy piękni, wartościowi, utalentowani, godni miłości i szczerej akceptacji. Widzowie są oczywiście zachwyceni, a gdy kierują wzrok na mnie, ten zmienia się diametralnie. A ja to przyjmuję, ale wcale nie z lekkością. Wiem, że nie pasuję do żadnego scenariusza i w żadnym nie jestem mile widziany. Reżyser uparcie twierdzi, że nic nie zaszło przez pomyłkę, ale pozostali tłumaczą to równowagą i tym utartym frazesem: „u boku dobra musi kroczyć zło”. Ciągle to słyszę - „nie przejmuj się, Antybohaterze… Obok piękna musi stać brzydota, aby się nam przypadkiem nie znudziło”, „obok szczęścia musi być nieszczęście”. Wszystko to wypowiadają z przekąsem i odrazą. Udają, że rozumieją, ale w rzeczywistości gardzą moją sytuacją. Najtrudniej znosić mi ich wyznania miłości. Robią to zawsze chwilę po tym, gdy stwierdzą, że nie jestem wystarczająco wystarczający. Kochają mnie, ale kiedyś byłem lepszy. Kochają mnie, ale kiedyś byłem ładniejszy. Kochają mnie, ale tylko gdy nie jestem sobą, bo jestem obrzydliwy. Kochają mnie, ale nie mają ochoty zrozumieć. Kochają mnie, ale jestem leniwy, bezczelny, użalający się. Kochają mnie, ale powinienem się zmienić, a jak bym już się zmienił, to znajdą kolejny powód do wdrożenia następnej zmiany.
Kiedy przedstawienie się kończy, najczęściej pozostaje pustka i lęk. Za każdym razem z ogromnym niepokojem wyczekuję Reżysera niosącego nowy scenariusz, zapewne podobny do poprzedniego. Przyzwyczaiłem się, a mimo to za każdym razem doznaję cierpienia. Bohaterów wcale to tak bardzo nie przeraża, każdy z nich ma w sobie coś, co pozwoli im przetrwać, mają nawet wiele takich cech. Ja nie posiadam ani jednej.
Uśmiecham się blado, a w myślach liczę sekundy, które płyną nieubłaganie. Czas również nie jest moim sprzymierzeńcem, przeciwnie, stale przypomina, że wciąż tkwię w miejscu i nie za wiele mogę na to poradzić. To znaczy pewnie bym mógł, ale nie mam sił, poza tym wszystkie próby polepszenia sytuacji kończą się fiaskiem. Tracę nadzieję, która dosłownie spływa stróżką potu i krwi z otwartych ran mojego serca. Z nadziei uchodzi życie, kolejne niewykorzystane szanse przepadają. Wraz z opadającą kurtyną, opadam i ja. Z sił, już całkowicie. Jednak wiem, że wstanę, w końcu zawsze się podnoszę. Nawet nie słyszę oklasków Widzów, Bohaterowie jeszcze długo będą stać na scenie i radować się gromkimi brawami, podczas gdy mnie pochłania zupełny mrok. Wiecznie oddzielony od reszty normalnych Bohaterów, wiecznie niepasujący, wiecznie perfekcyjnie nieperfekcyjny.
W końcu do moich uszu dociera jakiś głos. Pada pytanie:
- A kim w końcu jest ten Antybohater?
Ale nie mogę odpowiedzieć. To znaczy próbuję, ale zagłuszają mnie odpowiedzi Bohaterów.
Więc po prostu milknę.