27 listopada 2022

Bezsilność

(Bez)nadzieja 2.0 -  nie żartuję. Powód, dla którego wytatuowałam sobie nawiązanie do tego wiersza, to oczywiście jego uniwersalność. To smutne, ale co zrobić? Jestem po prostu głupia. Nie umiem wyzbyć się chorych wzorców, nie potrafię iść za głosem rozsądku, który już po prostu kipi, łapie się za głowę i blednie, widząc moje masochistyczne poczynania. Ale to w imię miłości! Zatem jest usprawiedliwione, tak? 


„(Bez)silność”, bo taki tytuł nosi ten krótki utwór - jest zwyczajny i niczym nie zachwyca. Jest prosty i nie jest w stanie wyrazić tego wszystkiego, co we mnie siedzi, a raczej… leży połamane na miliard kawałków. 


No, właśnie - bezsilność. (Jeszcze tylko kilka słów wstępu, bo na szczęście nikt nie czyta moich wypocin, więc nie musze się obawiać).


W momencie, gdy ten ktoś odcina się od swoich emocji, gdy jest w stanie stworzyć coś w rodzaju pancerza, muru ochronnego, ja topię się w swoich własnych emocjach. Czuję coraz mocniej, intensywniej, gorzej. Za nic w świecie nie potrafię się odciąć od tego syfu, nie ma nawet chwili ulgi i wiesz, gdy krzyczę, to… przecież natrafiam na mur, a wszyscy dobrze wiemy, co to znaczy. Staję się bezsilna, nie mam energii, żeby produkować więcej smutku czy złości. A smutek oraz złość napędzają Cię do działania, dają pragnienie zmiany sytuacji. 


Słabnę. Bo ileż można? Obojętność, obojętność jest taka okrutna. Dlaczego w ogóle ktoś jest obojętny, gdy Ty kurwa cierpisz przez jego zachowanie? I nie zamierza nic z tym zrobić? Wiem, że miłość jest trudna, ale no… Chyba mamy inne definicje miłości. 


No, i powiem Ci, że bezsilność to chyba najgorsze uczucie. Smutek lub złość są trudne, ale odczuwając je, zazwyczaj masz jeszcze energię, by próbować zmienić swoją sytuację. Jednak kiedy jesteś bezsilny, po prostu biernie się przyglądasz. Biernie przyglądasz się przekonaniu, że Twoje uwagi i potrzeby są nieistotne. Nic nie wskórasz, gdy komuś po prostu nie opłaca się zmiana. Nic nie zrobisz, gdy ktoś uzna, że tak mu jest dobrze. A wtedy… Przykro mi to mówić, ale jesteś przegrany. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby role się odwróciły? Ojoj, szybko by mnie tu nie było. Ale z drugiej strony… Inne osoby mogły sobie pozwolić na dużo i zupełnie tego nie rozumiem. Nie jestem zwyrolem, serio. Dużo pracy wkładam w stawanie się coraz lepszą osobą, zwłaszcza partnerką. Codziennie zadaję sobie pytanie: co jest ze mną nie tak?


 ——


Nie wiedzieć czemu one wszystkie tak bardzo ukochały sobie bez


więc sadziły go w mojej duszy bez opamiętania tuż obok 


siły

nadziei 

namiętności 


i choć wielokrotnie błagałam, żeby zaprzestały, bo od nadmiaru tlenu zaczęła boleć mnie głowa 


to przecież pięknie i miło patrzyło się im na moją


bezsilność

beznadzieję 

beznamiętność


Nie rozumiem, przecież na świecie istnieje tyle pięknych kwiatów


ten zapach jest bardzo intensywny, odurzający

wręcz otumaniający


już dawno zatarły się granice

a może po prostu nigdy ich nie wyznaczyłam?


to bez znaczenia


moje miłości sprawiły, że poczułam się zupełnie


(bez)sensu


——

11 października 2022

Traktuj duszę jakby to był ogród

 Bardzo lubię porównanie ludzkiej duszy do ogrodu. Zawsze mamy wpływ na to, co się dzieje wewnątrz i zawsze możemy odpowiednio zareagować na to, co dzieje się na zewnątrz. Zatem wyobraź sobie, że jesteś ogrodnikiem i zależy Ci, żeby Twój ogród porastały pięknie pachnące, zdrowe kwiaty. Dlaczego zatem miałbyś tolerować rosnące chwasty? Każdego dnia patrzyłbyś z obojętnością, jak zło wpuszcza korzenie w dobro, zatruwając tętniące życiem nerwy. Czekasz, mając nadzieję, że znikną tak samo niezauważalnie, jak się pojawiły. Naprawdę myślisz, że w ich miejsce urosną piwonie lub orchidee? Nic bardziej mylnego, intruza należy wyplenić, prędko unicestwić. Praktycznie wszystko, co cenne i wartościowe wymaga wysiłku. Pewnie pomyślałeś, że właśnie to czyni życie zmorą, co tylko potwierdza bezsens istnienia. W końcu bezustannie należy z czymś walczyć, mierzyć się i podejmować próby, które przecież mogą zakończyć się fiaskiem. Dla mnie właśnie praca, pielęgnacja i opieka nad tym, nad czym mi zależy, nadaje życiu piękno i sens. Nie cel, a przecież proces sprawia, że kwiaty w mojej duszy dojrzewają i zakwitają każdej wiosny. Nie ukrywam, że bardzo cieszą mnie owoce zbierane latem, ale czym byłyby one bez tych wszystkich prób, walk i wysiłku? Pustką. A czym byłyby owoce zatrute rozgoryczeniem, żalem, niepokojem i złymi intencjami? Skażone obecnością ludzi, którzy życzą mi źle? Trucizną. 

Wyrzucenie emocji

 Jestem już tak zżyta z nienawiścią do siebie, że rzadko kiedy mi ona przeszkadza. Zastanawiam się nawet, czy to możliwe, aby dało się żyć w symbiozie z tak destrukcyjnym uczuciem. To stwierdzenie wydaje się absurdalne, bo w takim razie obie strony musiałyby mieć korzyści z takiego układu. I może mam. Kiedy tak spadam z hukiem, rozpadając się na milion nieistotnych istnień, dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że przez cały czas krążyłam w obłokach. I co najlepsze, wcale nie było mi niebiańsko, bardziej wierzyłam, że dopiero tak się stanie. Za każdym razem, gdy ktoś znów mnie krzywdzi albo gdy sama kolejny raz popełniam karygodny błąd, czuję się niebywale żałośnie, bo zawsze wierzę, że akurat teraz będzie inaczej.


00:00 nowy dzień, nowa nadzieja. I nie, wcale nie myślę, że wobec tego wszystkiego nadzieja jest matką głupich. Po prostu nie każdy ma zaszczyt doczekać się jej spełnienia. 


Może właśnie przez takie sytuacje ta nienawiść do siebie zakorzenia się we mnie coraz mocniej, trwalej, intensywniej. Dawno, dawno temu przeszyła mnie tak mocno, że dziś nie widzę granicy między sobą a złem. 


Przepraszam, muszę zrobić krótką dygresję, bo… Przysięgam, że nie mam intymniejszej relacji od tej z notatnikiem. Zawsze jest dla mnie otwarty i przyjmuje dosłownie wszystko. Wszelkie wątpliwości, nawet te, które wydają się być wręcz niestosowne. Pióro nigdy mnie nie oceniało, posłusznie zapisywało wszystkie emocje, które wylewały się strumieniami słów. Nawet te, które oburzyłyby cały świat. Wiele z tych myśli zostaje w notatniku do samego końca, bo nikt by ich nie zaakceptował. Dlatego nie przesadzam, gdy mówię, że pisanie jest dla mnie błogosławieństwem.


A jeśli chodzi o tę nienawiść do siebie, z drugiej strony trudno tak do końca się do niej przyzwyczaić. Stąd te wszystkie desperackie próby ucieczki od siebie. Gwałtowne, radykalne zmiany wyglądu, tożsamości, życia. Absolutnie na darmo, bowiem te zabiegi nie przyniosą niczego poza oszukiwaniem siebie i pogłębianiem problemu. To taki mój osobisty dramat, że ani nie jestem w stanie siebie zaakceptować (a co dopiero pokochać), ani od siebie uciec. 


Każdego dnia próbuję zmotywować się do zrobienia miliona rzeczy, które w końcu nadałyby mojej osobie wartość. Mądrość, inteligencja, zdolności, mocne strony. Jestem wiecznie w pogoni za pięknymi wartościami, choć tyle razy sobie obiecałam, że naprawdę pogodzę się z rzeczywistością. 


Nie ma mowy. Dopiero niedawno usłyszałam historię, która sprawiła, że w końcu uświadomiłam sobie coś druzgocącego, ale jakże prawdziwego. Mianowicie, nawet, jeśli spotka Cię tragedia, to wcale nie masz prawa oczekiwać punktu zwrotnego w swoim życiu. Druga połówka może zdradzić Cię z człowiekiem, który wyglada dosłownie jak Ty, możesz przez to wpaść w depresję, zaniedbać się, a następnie dowiedzieć się, że masz raka. W tym momencie, w którym będzie już za późno, aby wygrać z nim walkę. No, i niestety przegrywasz. Tylko sama do końca nie wiem z czym: czy z nowotworem, czy z życiem, które ewidentnie z Ciebie zadrwiło.


To mi przypomniało, że dobro wcale nie musi wracać, to żadna reguła. A więc nawet, jeśli zmienię się w stu procentach, wypruję żyły i oddam serce, druga osoba wcale nie musi go przyjmować. Kiedy coś się zawali, wcale nie musi powstać na nowo. Wiem, Głosie, że tam jesteś i ciągle posyłasz mi drwiące spojrzenie, wiem. Już od dzieciaka nieustępliwie powtarzasz: „jak możesz wierzyć, że ktoś jest w stanie cię pokochać, skoro sama doskonale wiesz, że jesteś kompletnie beznadziejna?”. No, jakoś tak wyszło, widzisz. Nie martw się, znów przestaję wierzyć. 


To nienormalne, że zadając pytanie „co najbardziej cię uszczęśliwia” liczę na odpowiedź „ty”, co nie? Jestem pojebana, prawda? A wiesz, czytelniku (o ile tam w ogóle jesteś), co jest najśmieszniejsze? Że, gdyby ona zadała mi to pytanie, jest pierwszym, co przychodzi mi na myśl.


To serce przepełnia frustracja i nie ma w nim miejsca na moją miłość. 


Kiedyś słyszałam jedynie „jesteś taka niepoprawna”, dziś jest nieco gorzej, choć wtedy byłam przekonana, że tamten tekst zwali mnie z nóg. Ale ustąpił on miejsca dosyć wymownemu zdaniu: „dwa razy więcej naczyń do zmycia, mniej miejsca w mieszkaniu i dwa razy więcej wydatków”. O jedną osobę za dużo. Na świecie jest za mało miejsca na mnie, a co dopiero w czyimś sercu? 


Na pewno nie jedna osoba przyznałaby z uznaniem, że to niesamowite, że wciąż noszę w sobie tyle miłości. Ale po co to? Po co tyle pokładów miłości, skoro nikt nie chce jej przyjąć? Zwykłe marnotrastwo, a jak ogromne szkody… Czasem wręcz błagałam, żeby zwróciły mi te wszystkie kawałki serca. Już nawet nie musiało być w całości, serio. Po prostu jedyne, czego pragnęłam to odzyskać kontrolę i być wolna tak jak one. 


Oczywiście, to też jest powód, dla którego moja nienawiść do siebie zaczyna mocniej pulsować i dawać się we znaki. Zaczyna żyć jak nigdy dotąd. Tak, personifikuję nienawiść do siebie, bo często słyszę jej głosy w głowie. Jest jakby moją drugą osobowością (albo może już jedyną? Nie wiem). A jeśli chodzi o to całe upokarzanie się w imię niczego… Wszyscy czasem widujemy porzucone hulajnogi elektryczne w trawie zimnej od rosy. Może to bardzo zabawne porównanie, ale kiedy tak przechodzę obok nich, robi mi się smutno, bo bywa, że tak się właśnie czuję. A na dodatek, jak wszyscy dobrze wiemy - ktoś wcześniej z tych hulajnóg korzystał. Chciałam to podkreślić, bowiem „korzystać” to najlepsze słowo. 


Czy kiedykolwiek uda mi się zerwać z nienawiścią do siebie? Nie mam pojęcia, to wprawdzie bardzo toksyczny związek, ale niestety w pewnym momencie stał się spoiwem łączącym mnie ze światem. Stał się fundamentem mojej egzystencji, a w końcu całej mojej osoby. Przede wszystkim musiałabym udowodnić sobie własną wartościowość, a to wydaje się być niemożliwe, gdy nawet nie jestem w stanie patrzeć w lustro.

27 maja 2022

Ciało #16 (z serii: motywacja)

Musisz wiedzieć, że świat, którego obecnie doświadczasz, nie jest jeszcze tym idealnym dla ludzkiej duszy. Życie na Ziemi to jeden z etapów jej wędrówki po bezkresnym uniwersum. W związku z tym ludzka dusza potrzebuje zabezpieczenia w postaci pewnego rodzaju opakowania. Być może to słowo nie należy do zbyt estetycznych określeń, ale taka prawda! Poza tym żaden wyraz nie jest w stanie odrzeć ludzkiego ciała z całej swej szlachetności. Opakowanie bowiem ma być niezawodne, jego zadaniem (nad wyraz odpowiedzialnym) jest ochrona zawartości, a to z kolei należy docenić. Oczywiście, że przy okazji może być ładne, jednak wszyscy dobrze wiemy, że to pojęcie względne. A prawdą uniwersalną jest, że dusza stanowi fundament człowieka, bowiem na nią składają się: osobowość, charakter czy tożsamość. I to właśnie dusza jest źródłem Twoich myśli o ciele (i całej reszcie), nigdy nie na odwrót. Ciało nie mówi, że coś jest nie tak, po prostu wykonuje swoją pracę, a ma jej naprawdę dużo. Z kolei dusza, która doznaje cierpienia na jeszcze nieidealnym świecie, gna zupełnie na oślep, doszukując się problemu w czymś, co tak naprawdę jest zupełnie neutralne bądź wręcz dobre. Dlaczego się tak dzieje? Ja obwiniam za to ogrom otaczających nas bodźców oraz informacji powstających na skutek rozwijającej się w szalonym tempie technologii. Niezbitym dowodem na to jest fakt, że wszystkie moje teksty powstają w godzinach nocnych. Tak zwani „overthinkerzy" najbardziej cierpią, gdy już wszystkie światła zgasną i ucichnie muzyka. Trudno nam stawić czoła własnym myślom, przed którymi ostatecznie nie da się uciec. Nagromadzone z całego dnia urządzają prawdziwą gonitwę w mózgu, który już dawno powinien spać. Tymczasem noc to jedyna pora, w której możemy spokojnie pochylić się nad naszymi myślami, bo nic nas nie rozprasza. Jednak wracając do tematu dostrzegania problemów tam, gdzie ich nie ma, nie wiedzieć czemu, jako gatunek ludzki, mamy tendencje do skupiania się na rzeczach zupełnie nieistotnych. Potrafimy stworzyć problem ze zwykłej sytuacji. Neutralnym rzeczom i sytuacjom nadajemy negatywny ładunek emocjonalny. 

Dzisiaj jednak chciałabym przyjrzeć się po prostu ciału. Przypomnieć Ci, do czego ono służy i jak niesamowite jest. To prawdopodobnie będzie bardzo niemiłe, wręcz poczujesz, jak wylewam na Ciebie kubeł zimnej wody, ale… Jesteś niebywale niewdzięczny wobec swojego ciała. Tak, dokładnie tak: niewdzięczny. Twoje ciało opiekuje się Tobą non stop, dwadzieścia cztery przez siedem. Cała masa procesów w ludzkim organizmie zachodzi za pomocą podświadomości, dzięki czemu świadomość może skupić się na czymś zupełnie innym (co bardzo często źle wykorzystujemy). Mam na myśli takie procesy jak: bicie serca, oddychanie, trawienie, pobieranie i spalanie kalorii, regeneracja podczas snu, oczyszczanie się wątroby i tak dalej, i tak dalej. Twoje ciało dosłownie chroni Cię przed śmiercią, gdy gorączkuje, odruchowo odsuwa się od ognia czy wytwarza impulsy bólowe. Sam proces gojenia się ran jest niebywale fascynujący i świadczy o ogromnej woli przetrwania, a także równie ogromnej miłości ciała do ludzkiej duszy, do Ciebie. Mam nadzieję, że to pozwala Ci teraz inaczej patrzeć na własne ciało.

Ponadto ciało pozwala doświadczać duszy w stu procentach, ponieważ to ono posiada zmysły potrzebne do odbioru świata. Gdyby nie Twoje opakowanie, nie mógłbyś zaznać rozkoszy smaków, zapachów, kolorów, dźwięków czy seksualnych doznań. Nie mógłbyś oddać się swoim pasjom, nie byłbyś w stanie robić tego, co lubisz robić. Nie byłbyś w stanie grać w gry, chodzić po górach, podziwiać obrazów w galeriach sztuki czy sam ich malować. Teraz rozumiesz? Twoje ciało nie tylko pozwala Ci przeżyć, nie tylko nieustannie pracuje, abyś czuł się jak najlepiej. Ono pozwala Ci przeżywać życie. Czerpać najprostszą, ale za to jak znaczącą radość z rzeczy absolutnie przyziemnych. Ciało jednocześnie stanowi narzędzie oraz dzieło sztuki. A przecież dobry krytyk nie ocenia za pomocą pojęć względnych, takich jak: „ładne” czy „brzydkie”. Wie, że dzieło sztuki ma wzbudzić emocje i właśnie to robi Twoje ciało, bo nie ma takiego drugiego, jest absolutnie wyjątkowe. Jest czymś znacznie więcej niż „ładne” czy „brzydkie”. 

Mając teraz całą tą świadomość, spróbuj stanąć przed lustrem, spojrzeć na siebie i powiedzieć, że jesteś brzydki czy obrzydliwy. Słucham: co masz do zarzucenia swojemu ciału? Co chcesz w nim zmienić? Twoje ciało jedyne, czego sobie życzy to spokój. Kiedy Ty się zamartwiasz, organizm zaczyna chorować. Teraz może chcesz powiedzieć coś w stylu: „Widzisz, sama sobie udowodniłaś, że ciało jest jednak słabe i ograniczające”. A ja Ci odpowiem, że to nieprawda. Kiedy organizm choruje, daje Ci sygnał, żebyś się ogarnął, bo nic nie jest warte poświęcenia spokojnego życia. Poza tym ciało akurat na tym świecie wcale nie jest ograniczające, to MY, ludzie, je tak postrzegamy. Ciało daje Ci masę możliwości, o czym wcześniej już wspomniałam. Dzięki niemu możesz DOZNAWAĆ, spełniać się, realizować marzenia. Po prostu przestań wszystkiemu przypisywać ładunek emocjonalny, niektóre rzeczy po prostu są i mają nam służyć. Przestań doszukiwać się problemów w czymś, co stanowi TYLKO sytuację. Jedyne na co powinieneś w tym momencie zwrócić uwagę to na obniżoną odporność Twojego organizmu, choroby, które przechodzisz bądź przeszedłeś i uświadomić sobie, że to są znaczące sygnały. Nie, nie świadczą one o słabości Twojego ciała, przeciwnie, to oznaka walki i woli przetrwania. Ludzki mózg jest w stanie wyleczyć organizm, a jeśli mi nie wierzysz, poczytaj o tym. Jest ogromn takich przypadków. Tak, jak projektujemy sobie problemy, tak możemy zaprojektować sobie szczęśliwe i spokojne życie. Uczucia, takie jak pogarda czy zawiść prowadzą do chorób układu nerwowego. Ludzie, którzy umieją radzić sobie ze stresem, żyją dłużej i mają o wiele mniejsze ryzyko na zachorowanie na nowotwór.

Prawda, że ciało stanowi ważną część Ciebie, ale ustaliliśmy już, że podstawą jest dusza. W takim razie u jej źródła znajduje się odpowiedź na każde dręczące Cię pytanie. A więc jeśli coś Ci nie pasuje we własnym wyglądzie, możesz być pewien, że problem tkwi zupełnie gdzie indziej, znacznie głębiej. Nad tym należy się pochylić, a swoje ciało docenić i podziękować mu za każdy brany oddech.


2 maja 2022

theatrum mundi

Mokra od potu koszula nieznośnie przywiera do mojej rozgrzanej skóry. Muszę się bardzo postarać, aby odegrać rolę według scenariusza. Nieustannie czuję na sobie czyiś wzrok i nawet nie jestem w stanie zliczyć tych wszystkich par oczu. Oczekujące, przenikliwe, pełne napięcia spojrzenia wrzynają się w moją podświadomość, pozostawiając w głowie dziury. Te następnie zlewają się w bolesną bezkresną pustkę dryfującą gdzieś na poziomie świadomości. Jednak jedno z tych spojrzeń jest zdecydowanie najgorsze, ponieważ napawa mnie wyjątkowym przerażeniem. Ten przeszywający wzrok należy do mojego własnego Sumienia. Nieważne, jaką rolę odgrywam i na jakiej scenie stoję, głos Sumienia zawsze woła najdonośniej i nie są to wcale słowa pokrzepiające. Sumienie jest nie tylko Widzem, ponieważ bierze udział w każdym przedstawieniu i zawsze odgrywa te same role: adwokata Bohaterów oraz mojego oskarżyciela i prokuratora w jednym. Oczywiście oskarżycieli zawsze jest znacznie więcej, ale taka kolej rzeczy, gdy w spektaklu pojawiam się ja, Antybohater. Widzowie nigdy nie zastanawiają się, jak to jest za każdym razem odgrywać rolę tragicznej postaci, fatalnej jednostki. Oni raczej utożsamiają się z Sumieniem. Antybohater jest wynaturzeńcem, nie przejawia ludzkich cech, jest odczłowieczony. Nie czuję, aby Reżyser ze mnie zadrwił, przecież na kogoś musiało paść. To może wydawać się dziwne, ale moja rola należy do bardzo ważnych i odpowiedzialnych, noszę na barkach bycie najgorszym ze wszystkich postaci. To w praktyce oznacza, że każdy inny Bohater jest lepszy, ma w sobie coś wartościowego i tym samym wnosi do sztuki dobro, piękno oraz cnotę. Ja całkowicie przeciwnie, choć pragnę im dorównać, wiadomo jednak, że bezskutecznie, ponieważ nie da się zmienić swojej roli, nie da się tak po prostu przezwyciężyć fatum. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że nie do końca udało mi się zaakceptować wolę Reżysera. Właśnie dlatego jestem Antybohaterem, a nie czarnym charakterem - nie chcę być zły, wynaturzony i niegodziwy, ale taki muszę pozostać w oczach Widzów, Sumienia czy Bohaterów.

Stoję z boku sceny jak zwykle bez sił. Śmieję się, płaczę i czuję jak umieram. Oczami wyobraźni zaglądam w przeszłość i widzę przeróżne sceny, w których brałem udział. Samotność w przedszkolu, bieganie z ukochanym czworonożnym przyjacielem po działce, pierwsza trójka z matematyki i strach przed powrotem do domu, odkrycie swojej największej pasji, fałszywa przyjaźń w starszej klasie szkoły podstawowej, samotność w gimnazjum, pierwszy papieros, pierwsza i zarazem bardzo poważna miłość, w której niestety jak zawsze zawiodłem po całości, marzenia o śmierci, rozpoczęcie liceum i zamieszkanie w internacie, częściowe uwolnienie się od codziennych kłótni z najbliższymi, feralna próba odnalezienia siebie przy osobie, którą prawie doprowadzam do zguby przez własne ego (druga podobna historia tylko zmienia się Bohater), pierwszy seks, dużo alkoholu, pogłębiająca się nienawiść do siebie, poznanie wspaniałych znajomych, z którymi cały czas utrzymuję kontakt, kolejny związek, zakończenie liceum z bólem serca, zdanie matury na całkiem niezły procent, który pozwolił mi rozpocząć wymarzone studia; fatalne zauroczenie; poznanie osoby, która ratuje mnie przed tym wszystkim… Rzucenie studiów, poczucie całkowitego zagubienia, podjęcie się pracy, studia próba numer dwa, prześmieszna próba odnalezienia i pokochania siebie, która oczywiście doprowadza kolejnego Bohatera do zguby i w końcu ostateczna decyzja o podjęciu pracy bez ukończenia studiów. Oczywiście uczestniczyłem jeszcze w wielu innych scenach, na przykład takich jak: wycieczki, wycieńczający płacz pod kołdrą, czy dokarmianie gołębi na krakowskim rynku. Po prostu wymieniłem te bardziej znaczące, które wniosły do przedstawienia coś istotnego. Teraz chcę się skupić na rolach, które odegrałem bądź nadal odgrywam: uczeń, syn, przyjaciel, kolega z ławki, chłopak, pracownik, potencjalny samobójca, wróg swojego Sumienia i całego świata. Wszystkie absolutnie fatalne. Za każdym razem jestem Antybohaterem i za każdym razem Sumienie patrzy na mnie z kpiną i odrazą. A ja za każdym razem, gdy pragnę coś naprawić i sprawić, by Sumienie odpuściło mi grzechy, tylko pogarszam sytuację.

Wodzę dookoła nieprzytomnym spojrzeniem i wiem, że potrzebuję akceptacji Widzów oraz Bohaterów, abym mógł żyć. Liczy się tylko ich zdanie, osąd i opinia. Sumienie nie ma litości i czuję, jakby nigdy do mnie nie należało, bo próbuje mnie całkowicie unicestwić, nie bacząc na żadne moje starania. Stoję zupełnie skołowany i lekko kiwam się na boki przez brak sił w nogach. Czuję uciążliwe mdłości - tak bardzo pragnę zwymiotować swoje wnętrzności, jakby to miało przynieść ulgę. Nie mam pojęcia, w czym zawinił organizm, który robi wszystko, by po prostu utrzymać się przy życiu. Chyba właśnie to - pozwala oddychać komuś, kto nie jest wart ani jednego wdechu. Czuję do siebie ogromny wstręt i chciałbym pozbyć się tego, co powoduje wszystkie moje porażki, ale doskonale wiem, że musiałbym po prostu skończyć ze sobą, ale… Antybohater nie ma na to odwagi, a co najgorsze - posiada on jeszcze jakieś resztki chęci do życia. Kolejny powód do poczucia winy, te wszystkie momenty, w których coś sprawia mi szczerą przyjemność. 

Przyglądam się Bohaterom z zazdrością. Są tacy piękni, wartościowi, utalentowani, godni miłości i szczerej akceptacji. Widzowie są oczywiście zachwyceni, a gdy kierują wzrok na mnie, ten zmienia się diametralnie. A ja to przyjmuję, ale wcale nie z lekkością. Wiem, że nie pasuję do żadnego scenariusza i w żadnym nie jestem mile widziany. Reżyser uparcie twierdzi, że nic nie zaszło przez pomyłkę, ale pozostali tłumaczą to równowagą i tym utartym frazesem: „u boku dobra musi kroczyć zło”. Ciągle to słyszę - „nie przejmuj się, Antybohaterze… Obok piękna musi stać brzydota, aby się nam przypadkiem nie znudziło”, „obok szczęścia musi być nieszczęście”. Wszystko to wypowiadają z przekąsem i odrazą. Udają, że rozumieją, ale w rzeczywistości gardzą moją sytuacją. Najtrudniej znosić mi ich wyznania miłości. Robią to zawsze chwilę po tym, gdy stwierdzą, że nie jestem wystarczająco wystarczający. Kochają mnie, ale kiedyś byłem lepszy. Kochają mnie, ale kiedyś byłem ładniejszy. Kochają mnie, ale tylko gdy nie jestem sobą, bo jestem obrzydliwy. Kochają mnie, ale nie mają ochoty zrozumieć. Kochają mnie, ale jestem leniwy, bezczelny, użalający się. Kochają mnie, ale powinienem się zmienić, a jak bym już się zmienił, to znajdą kolejny powód do wdrożenia następnej zmiany.

Kiedy przedstawienie się kończy, najczęściej pozostaje pustka i lęk. Za każdym razem z ogromnym niepokojem wyczekuję Reżysera niosącego nowy scenariusz, zapewne podobny do poprzedniego. Przyzwyczaiłem się, a mimo to za każdym razem doznaję cierpienia. Bohaterów wcale to tak bardzo nie przeraża, każdy z nich ma w sobie coś, co pozwoli im przetrwać, mają nawet wiele takich cech. Ja nie posiadam ani jednej. 

Uśmiecham się blado, a w myślach liczę sekundy, które płyną nieubłaganie. Czas również nie jest moim sprzymierzeńcem, przeciwnie, stale przypomina, że wciąż tkwię w miejscu i nie za wiele mogę na to poradzić. To znaczy pewnie bym mógł, ale nie mam sił, poza tym wszystkie próby polepszenia sytuacji kończą się fiaskiem. Tracę nadzieję, która dosłownie spływa stróżką potu i krwi z otwartych ran mojego serca. Z nadziei uchodzi życie, kolejne niewykorzystane szanse przepadają. Wraz z opadającą kurtyną, opadam i ja. Z sił, już całkowicie. Jednak wiem, że wstanę, w końcu zawsze się podnoszę. Nawet nie słyszę oklasków Widzów, Bohaterowie jeszcze długo będą stać na scenie i radować się gromkimi brawami, podczas gdy mnie pochłania zupełny mrok. Wiecznie oddzielony od reszty normalnych Bohaterów, wiecznie niepasujący, wiecznie perfekcyjnie nieperfekcyjny. 

W końcu do moich uszu dociera jakiś głos. Pada pytanie:

     - A kim w końcu jest ten Antybohater?

    Ale nie mogę odpowiedzieć. To znaczy próbuję, ale zagłuszają mnie odpowiedzi Bohaterów.  

    Więc po prostu milknę. 

   

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X