— Przecież nie wybrałbym takiego życia — mruknąłem, marszcząc brwi. — Nikt nie pozostawił mi możliwości podjęcia decyzji.
Mężczyzna, z którym rozmawiałem również zmarszczył brwi, złośliwie mnie naśladując. Odwróciłem wzrok od jego bladej twarzy i westchnąłem głęboko. Nie chciałem się przyglądać każdej pojedynczej zmarszczce, wszystkie kryły różne bolesne historie. Wydawało się, że były niewidoczne, a nawet jeśli nie to po prostu mimiczne. Tylko ja wiedziałem, że pojawiały się w momentach, w których niepokój mącił myśli mężczyzny. Oczy stawały się mętne, przezroczyste, niekiedy wręcz puste. Owszem, to były rzadkie sytuacje, kiedy smutek zakłócał jego wewnętrzną harmonię i burzył coś, co budował latami. Niekiedy również uwydatniały się niewielkie wgłębienia wokół ust, ale raczej nikt nie zastanawiał się nad ich genezą, przecież stanowiły ledwo dostrzegalny szczegół na twarzy dorosłego, silnego i przede wszystkim młodego mężczyzny.
— Cóż, tłumaczysz się z tak oczywistej rzeczy — kątem oka dostrzegłem, jak wzrusza ramionami. — Winny się tłumaczy.
— Winny?! — obruszyłem się. — Z jakiego to powodu, przepraszam bardzo? Nie widzę absolutnie nic złego w tym, jaki jestem. W tym, jakie mam pragnienia, marzenia, osobowość, tożsamość czy zainteresowania...
— Skończ, proszę... — mężczyzna był niewzruszony ani moim wywodem, ani wzburzeniem.
Podniósł się i zaczął jakby nigdy nic przechadzać się po pokoju z dłońmi splecionymi na plecach. Irytowało mnie to, ale tylko pokręciłem głową, starając się opanować emocje. Najpierw podszedł do okna i obrzucił ulicę nostalgicznym spojrzeniem. Wodził wzrokiem a to za przechodniami, a to za sunącymi pojazdami. Po chwili obrócił się na pięcie, uniósł dłoń, rozchylił usta i... zamarł. Zastygł dokładnie w takiej pozycji, a jego oczy stały się szkliste. Choć zaszły łzami, mężczyzna szybko spojrzał w górę, mocno zagryzł wargi i opanował się.
— Jeśli nie potrafisz spełnić tak banalnych oczekiwań... — mówił drżącym głosem. — Nie możesz myśleć, że jesteś kimś. Kimś godnym dobrego statecznego życia, miłości...
Łamał się nie tylko jego głos, ale on sam. Znowu coś się burzyło w niedawno poskładanym sercu. Próbował opanować trzęsienie dłoni, dlatego chwycił za długopis leżący na stole. Zaczął się nim bawić, próbując skupić myśli.
— Nie potrafię — przyznałem, uśmiercając się smutno.
— Nie potrafisz — wbił we mnie lodowate spojrzenie.
Nastała głucha, nieprzyjemna, wręcz przejmująca cisza. Tak głośna, nieznośna i przeszywającą na wskroś cisza, że aż wyobraziłem sobie zgraję wyjących psów. Odchrząknąłem i ze spokojem sięgnąłem po kubek z zimną kawą. Upiłem łyk, czego od razu jednak pożałowałem. Byłem w tak dziwnym stanie, iż rozczulił mnie fakt, że napój zupełnie wystygł. Cóż za okropna metafora stygnącego życia. Życia pozbawionego życia, pozbawionego energii, a w końcu radości. Zimna kawa smakuje inaczej, gorzej, nadaje się do wylania. Tak samo życie. „Brednie” — machnąłem ręką. Byłem zły na siebie, niepotrzebnie dopuszczałem podobne myśli. Życie to pasmo różnych zdarzeń, chwil — jest złożone. Zupełnie tak jak my. Wiele można zmienić, naprawić, a na pewno zawalczyć o szczęście.
W pewnym momencie mężczyzna usiadł w fotelu na przeciwko mnie. Nasze spojrzenia się spotkały i wtedy znowu zobaczyłem smutne oczy. To był specyficzny rodzaj spojrzenia, taki manifest, który miał dać do zrozumienia, że mężczyzna jest przyzwyczajony, wręcz absolutnie pogodzony z sytuacją. Po prostu ulegał, bo nie potrafił wydobyć z siebie wystarczająco dużo sił na walkę. Poza tym mężczyznę ogarnął paniczny strach przed utratą bliskich. Wszyscy boimy się zmian, nawet jeśli wiemy, że przyniosłyby ze sobą coś dobrego.
— Chciałbym się zmienić tak, by nie tylko się wpasować w kanon, jaki odpowiada innym — powiedziałem. — Ale też tak, by czuć się szczęśliwym i wartościowym. Czy można kochać szczęśliwego mnie? Czy w ogóle można mnie kochać bez żadnego „ale”? Czy ludzie mogą być ze mną szczęśliwi?
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Oboje wiedzieliśmy, że te pytania były czysto retoryczne. Znowu zapadła grobowa cisza, jednak niesmak pozostał, a w powietrzu wisiała nieprzyjemna atmosfera, która jeszcze bardziej się zagęściła. Byłem zmęczony zamartwianiem się i skupieniem na własnej osobie, w dodatku na tak negatywnych jej aspektach. Wziąłem głęboki wdech, a następnie powoli wypuściłem powietrze z płuc. Klatka piersiowa mojego rozmówcy uniosła się i po chwili stopniowo zaczęła opadać. Zerknęliśmy na siebie i w tym samym czasie przeczesaliśmy włosy, wykonując identyczny gest dłonią. Był okropnie ironiczny wobec mnie, otwarcie kpił i przedrzeźniał bez ogródek. Ani mnie to nie dziwiło, ani nie bolało, doskonale rozumiałem tę postawę. Ironia była idealną odpowiedzią na nieporadność. To niecodzienna sytuacja: człowiek, który ledwo powstrzymywał łzy, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co czuję — jednocześnie ze mnie szydził. Ktoś z boku stwierdziłby, że odgrywaliśmy niebywale dziwną scenę z przedziwnego spektaklu. To wydawało się wręcz absurdalne, nienaturalne. Uśmiechnąłem się na myśl, że życie tak naprawdę może być groteską, chociaż w końcu artyści muszą skądś czerpać pomysły. Doskonała synchronizacja naszych ruchów tylko podkreślała teatralną otoczkę, mimo że uczucia były autentyczne. W pewnym momencie aż zakręciło mi się w głowie i musiałem upić kolejny łyk niedobrej, zimnej kawy. Mężczyzna naśladował mimikę twarzy, gesty, a nawet ton głos. Wydawało się, że był moim cieniem nie opuszczającym nawet na krok. „Która wersja lepsza?” — pomyślałem. Ja czy cień? Dubler czy oryginał? Co tak naprawdę nas różniło, skoro byliśmy jedną osobą? Uniosłem brodę, żeby spojrzeć w lustro i znów napotkałem smutny wzrok. Smutny, ale wciąż oceniający. Właśnie ta ambiwalencja była groteskowa. Człowiek, któremu najmocniej powinno zależeć na moim szczęściu, celowo wydłużał drogę do osiągnięcia wewnętrznego spokoju.
— Praktycznie całe życie byłeś moim największym wrogiem — powiedziałem. — Kiedy to właśnie ty powinieneś być najbliższym przyjacielem.
W odbiciu dostrzegłem jedynie własny cień. Mnie nie było. Zostałem całkowicie zdominowany przez dublera, który okazał się być lepszy. „Może kiedyś” — pomyślałem, posyłając sobie smutny uśmiech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zachęcam do dyskusji i komentowania. Będę wdzięczna za każde słowo. Pamiętajcie, że robię to dla was i wszelka opinia jest bardzo mile widziana.