4 listopada 2017

Drugie życie w Asyżu

___________________________________
Bardzo dawno wrzuciłam ostatniego posta, za co przepraszam tych, którzy śledzą i czytają mojego bloga... O ile w ogóle są takie osoby.
Przychodzę do was z czymś, nad czym pracowałam godzinami. Nad czym siedziałam kilkanaście dni, a nawet nocy. To był właśnie powód mojej nieobecności. Dopracowywanie pomysłu i wdrożenie go w rzeczywistość zajęło calutkie trzy miesiące. Jednak bez obaw, gdyż nazbierałam bardzo dużo weny i za kolejne posty zabiorę się w najbliższym czasie.
Ale do rzeczy - efektem mojej pielgrzymki do Włoch, na którą udałam się podczas wakacji jest oto opowiadanie. Uważam je za przełomowe w mojej twórczości, gdyż myślę, że ukazuje postęp, jaki zrobiłam. Może nie jest zbyt wielki, bo wiadomo, że to dopiero początek mojej drogi, natomiast staram się z całych sił, by robić to jak najlepiej.
Osobiście jestem naprawdę zadowolona z nowego dzieła i mam nadzieję, że docenicie moje starania oraz pracę. Uwierzcie, że było jej naprawdę dużo. Jak już wcześniej wspominałam - jestem perfekcjonistą i bywały dni, w których nad jednym akapitem siedziałam nawet godzinę.
Mam wielką nadzieję, że opowiadanie przypadnie wam do gustu. Piszcie szerze, co sądzicie, a jeśli wyłapiecie błąd - od razu informujcie. To moja wielka prośba.

P.S. Moja praca nie kończy się na tym etapie, gdyż jestem świadoma, że mogłam zrobić sporo błędów stylistycznych, logicznych czy nawet leksykalnych, dlatego systematycznie będę je poprawiać. Czeka mnie nowe zadanie: przeczytanie opowiadania na spokojnie i wdrożenie poprawek. Mimo to udostępniam je juz teraz. :)

https://www.youtube.com/watch?v=Y_FrEJVpiDk –– piosenka, którą przypisałam do tego opowiadania. Dziękuję mojemu idolowi za natchnienie i nadzieję, którą daje mi jego muzyka.
____________________________________

Postawiłam walizki na podłodze i z westchnieniem ujęłam się pod boki. Omiotłam spojrzeniem wnętrze mieszkania i stwierdziłam, że będzie dużo pracy. Jednak co do jednego nie miałam żadnych wątpliwości: podjęłam najlepszą z możliwych decyzji. Zaoszczędziłam sporo pieniędzy i przeniosłam się z hałaśliwego, dużego miasta do spokojnego, cichego i klimatycznego miasteczka we Włoszech. Byłam miłośniczką antycznych budowli, wiekowych budynków i staroci. Wszędzie dopatrywałam się jakichś archaizmów, bo... W końcu byłam pisarką. Uwielbiałam sztukę, doceniałam i tę klasyczną, i nowoczesną. Jednak to ta pierwsza bezlitośnie skradła moje serce, zostawiając na jego miejscu pragnienie. Wieczny niedosyt dla duszy. Potrzebowałam chłonąć klimaty różnych antycznych miejsc, a Włochy spełniały wszystkie moje oczekiwania. Szczególnie jedno miasteczko, a mianowicie Asyż. Przewija się w tym miejscu bardzo dużo turystów, ale co się dziwić? Podążać śladami Świętego Franciszka przez piękne, wąskie uliczki - nazwałabym to ziemskim edenem. O przeprowadzce w to miejsce marzyłam od dawna, więc ha! Idealny dowód na to, że marzenia się spełniają.
Podeszłam do okna i otworzyłam je na oścież. Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech, żeby zaczerpnąć włoskiego powietrza. To jest to. Moje wargi rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, a mięśnie od razu rozluźniły. Podróż była wyczerpująca, zresztą targało mną uczucie podniecenia. Nie mogłam się doczekać, aż w końcu stanę w tym miejscu. W nowym domu. Otworzyłam oczy i zaczęłam wodzić wzrokiem po sąsiednich kamienicach, szyldach i twarzach. Do moich uszu dotarła melodia jakiejś włoskiej piosenki. Nie mogłam się oderwać od wyglądania przez okno. Chłonęłam włoską atmosferę w zadumie. Jednak w pewnym momencie doleciał mnie zapach gotowanego makaronu i wtedy poczułam uciążliwy, okropny głód. Musiałam więc przerwać kontemplację kosztem obiado-kolacji. Nie szkodzi, w końcu i tak nie miałam potrzeby, by spieszyć się gdziekolwiek. W końcu byłam u siebie i widoki mogłam podziwiać kiedykolwiek zapragnę.
Złapałam za torebkę i wypadłam z mieszkania, żeby pognać na dół do wyjścia. Kiedy tylko przekroczyłam próg kamienicy, po raz pierwszy dotarło do mnie, że znajduję się we Włoszech. Poczułam się zupełnie tak, jakby właśnie tchnęło we mnie nowe życie. W tamtym momencie trudno było mi myśleć trzeźwo, ale przecież pozytywne, chwilowe roztargnienie niczemu nie szkodziło. Mijałam kamienne kamieniczki, w których mieszkali włoskie rodziny; w których mieściły się przytulne knajpki i kawiarnie. Jedna z nich od razu przykuła moją uwagę, więc nie wahałam się zbyt długo: wybór był duży, ale w końcu miałam czas, by odwiedzić wszystkie sąsiednie lokale. Weszłam do środka z szerokim uśmiechem na ustach i rzuciłam pogodne "buona sera!". Zarówno klienci, jak i kucharz odpowiedzieli mi na przywitanie w podobnym tonie. Zajęłam stolik przy oknie i rozejrzałam się wokół. Jadalnia mieściła się w małym, skromnym wnętrzu, w którym zapewne nieustannie unosił się charakterystyczny zapach ziół. Na ścianach wisiały obrazy prezentujące włoskie starożytne budowle oraz krajobrazy. Zapatrzyłam się w nie tak mocno, że nie zauważyłam zbliżającego się kelnera. Ocknęłam się dopiero, gdy dyskretnie, ale stanowczo odchrząknął. Przeprosiłam i złożyłam zamówienie w postaci spaghetti i lampki czerwonego wina.
***
Wieczór był piękny i nie zamierzałam przeznaczać go na rozpakowywanie walizek. Po zjedzonej obiado-kolacji wybrałam się na długi, relaksujący spacer. Nazywałam to "zbieraniem weny". Proces, podczas którego wyciszałam się, a pobudzałam wyobraźnię. Przez ciche wieczorne przechadzki popadałam w refleksyjny nastrój, czyli ten idealny do pisania. Musiałam jednak przyznać, że czasem miałam dość samotnych spacerów, brakowało mi bratniej duszy. Co tu się się dziwić, skoro byłam człowiekiem jak każdy inny. Wszyscy potrzebują miłości i ciepła. A kiedy te spokojne okolice wypełniały jedynie odgłosy dzikiej przyrody i dało się słyszeć akompaniament polnych owadów, odczuwało się uciążliwą pustkę. Beznadziejne, nieodparte wrażenie, przez które zaczynałam czuć chłód, mimo że temperatura była wysoka. Przemierzając przez te wąskie uliczki, przypatrując się kwiatom na balkonach i zaraz potem przenosząc wzrok na roześmiane twarze, doskonale wiedziałam, czego mi brak. Zaraz jednak odgoniłam od siebie przykre myśli, żeby nie dołować się bez potrzeby. Jeny, w końcu spełniłam swoje marzenie. Powietrze było tak gorące, że aż zastygłe w bezruchu. Czasem dolatywały mnie strzępki pogodnych rozmów albo melodie włoskich piosenek. Mijałam grupy nastolatków, młodsze i starsze pary, a nawet koty śpiące głębokim snem na parapecie właścicieli.  Teraz zastanawiałam się, jak wykorzystać te przyjemne zjawiska w swoich pracach, jak opisać całe to piękno. Niebo było bezchmurne, zatem księżyc raczył mnie swoim blaskiem, padając na budynki i kamienną ulicę. Miasto choć ciche, było wiecznie żywe. Nie potrafiłam opisać gry tych wszystkich żywiołów, ale wiedziałam, że ludzie odgrywają główną rolę w tworzeniu atmosfery.
Do mieszkania wróciłam o późnej porze, bo było dobrze po dwudziestej drugiej. Niczego jednak nie żałowałam. Czas płynął swoim nurtem, zupełnie jak mu przystało, a ja korzystałam z jego zasobów. Najedzona, szczęśliwa i pełna energii wypakowałam wszystkie kosmetyki oraz przybory do kąpieli, po czym ruszyłam do łazienki. Tym razem zamierzałam oddać się długiej i gorącej kąpieli. Po tej męczącej podróży czułam się naprawdę nieświeżo, zresztą miałam wielką ochotę skorzystać z MOJEJ nowej wanny. Dlatego bez wahania napuściłam do niej wody, wlałam pachnącego płynu i ostrożnie się położyłam. Oparłam głowę o brzeg wanny i przymknęłam oczy z cichym westchnieniem. Właśnie na to tak długo pracowałam, a starania w końcu przyniosły oczekiwany efekt. Jeszcze niedawno to marzenie zdawało się być zbyt odległym i nierealistycznym. Nikomu o niczym nie wspominałam, bo po cóż peszyć? Mądre powiedzenie: pracuj w ciszy, niech efekty robią hałas. Nie ukrywałam, że trzymałam się tego. I nie dlatego, by trwać w przekonaniu, że kiedy się uda, to będę tylko triumfować. Nienawidzę się przechwalać, pragnę się cieszyć - nic więcej. Chcę doceniać swoją i cudzą pracę. Tak nauczyli mnie rodzice i właśnie z tym wychodzę do ludzi. Nie w tym rzecz, że ktoś nauczył mnie kontroli nad życiem, o nie. Nikt nie trzyma tych sterów, nie do nas należy to zadanie. Po prostu starałam się wykorzystywać każdą chwilę jak najlepiej, do tego szczerze cieszyłam się życiem. Nie wiedziałam, co spotka mnie jutro czy za dwa lata.  Zresztą po co mi to wiedzieć? Prawdopodobnie mój Stwórca znał odpowiedzi na podobne pytania i nie zamierzałam być dociekliwa. Wiedziałam jednak, co do mnie należy. Omijałam cudze ścieżki, by deptać swoje - pracą i walką.
Musiałam przerwać rozmyślania, gdyż woda w wannie zaczęła stygnąć. Uśmiechnęłam się do swoich myśli i sięgnęłam po gąbkę oraz żel do kąpieli. Wysunęłam jeden wniosek: należałam do ludzi szczęśliwych.
Kiedy wyszłam z wanny, otuliłam się ręcznikiem i poszłam do sypialni. W pomieszczeniu panował półmrok, dlatego otworzyłam okna, żeby do środka zajrzał księżyc. Jego blask od razu osiadł na wszystkich meblach, jednak hojnie rzucił światłem na łóżko. Nawet lśniąca satelita dyskretnie przypominała o tym, że należy się już położyć, bo jutro przyjdzie nowy dzień. Wspaniały dzień we Włoszech. Dlatego szybko wskoczyłam w piżamę i z przyjemnością ułożyłam się w nowym, uprzednio pościelonym łóżku. Było bardzo wygodne, więc nic dziwnego, że od razu wpadłam w głęboki sen.
***
Choć wszystko zapowiadało dobrze przespaną noc - jakiś okropny hałas brutalnie przerwał mój odpoczynek. Z jękiem namacałam włącznik przy lampce nocnej, po czym zaświeciłam światło. Przetarłam oczy i uniosłam się na łokciach. Wtem znów rozległ się huk, zupełnie jakby na klatce schodowej przewróciło się coś ciężkiego. Nie ukrywałam przerażenia, pierwsze, co przyszło mi do głowy to wybuch bomby atomowej, jednak zaraz uprzytomniłam sobie absurdalność tego skojarzenia. W nocy moja wyobraźnia pracowała na zbyt wysokich obrotach.
Wstałam z łóżka, żeby wyjść do przedpokoju i stanąć przy drzwiach. Wytężyłam słuch.
- Dobry Boże! - usłyszałam męski głos.
Ku mojemu zdumieniu wywnioskowałam, że za drzwiami stał Polak. A ponieważ nieprzyjemne dla ucha hałasy wcale nie ustały, postanowiłam wkroczyć do akcji. Wyszłam na korytarz.
- Przepraszam, ale czy pan zdaje sobie sprawę z tego, że jest środek nocy? Co pan tu wyczynia? - mój głos zabrzmiał ostrzej, niż to zaplanowałam.
Wtedy ujrzałam przed sobą wysokiego, krótkowłosego blondyna, którego wiek na pewno nie był zbyt odległy od mojego. Ubrany w stary, brudny od farby fartuch patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Z początku wyglądał tak, jakby wcale nie miał zamiaru się odezwać. Stał jak wryty, trzymając w dłoniach zardzewiałą, toporną sztalugę. Kiedy spojrzałam na posadzkę, zobaczyłam stos rozrzuconych płócien malarskich i kolejną sztalugę. Zupełnie jak rozsypane kartki papieru, ale ważące dobre kilogramy.
- Ja... - zająknął się. - Najmocniej przepraszam, nie sądziłem, że zakłócę ciszę nocną.
- Ale zrobił to pan. I najmocniej proszę o ciszę. Dobrej nocy.
Nie doczekałam się odpowiedzi, bo pomimo że stałam tam jeszcze dłuższą chwilkę, mężczyzna nie odezwał się słowem. Nie spuszczał ze mnie otępiałego wzroku, a że cisza zaczynała nabierać drażniącego charakteru, z powrotem wróciłam do mieszkania. "Wynosi swoje obrazy w środku nocy, czy co?" - pomyślałam i pokręciłam głową z niedowierzaniem. Z westchnieniem położyłam się do łóżka i niestety spotkało mnie rozczarowanie w postaci bezsenności. Nocny artysta zdjął z moich oczu sen. Może nie na dobre, ale przynajmniej na tę noc. Hm, ale gdyby tak pomyśleć... To całkiem przyjemnie, że mam sąsiada malarza i w dodatku Polaka!
***
Obudziłam się po dziesiątej, kiedy do sypialni wdarły się promienie słoneczne. Czułam się niewyspana, ale mimo to wstałam i zakasałam rękawy. Nastawiłam radio przywiezione z Polski i zaczęłam smażyć jajecznicę. Stojąc nadal w piżamie, pogwizdywałam w rytm muzyki. Spojrzałam w stronę okna i uśmiechnęłam się promiennie. Już wiedziałam, że śniadanie będzie mi bardzo smakować. W blasku słońca wszystko mieniło się tysiącami kolorów. Muzyka unosiła się w powietrzu, wzniecając wesołą atmosferę.
Po zjedzonym posiłku zabrałam się do pracy. O dziwo poukładanie tych wszystkich rzeczy zajęło mi niedużo czasu. Pracy nie było mało, ale na całe szczęście nie musiałam niczego remontować. Dlatego kiedy skończyłam porządkować i każda rzecz leżała już na swoim miejscu, postanowiłam zobaczyć ogród. Zabrałam laptopa, w razie, gdybym stwierdziła, że to miejsce idealnie nada się do chłonięcia weny.
Wyszłam z mieszkania i zeszłam na parter, gdzie znajdowały się drzwi prowadzące do ogrodu. Kiedy tylko je otworzyłam, uderzyła we mnie fala gorącego powietrza. Przysłoniłam oczy dłonią, gdyż słońce dochodziło do zenitu i niemiłosiernie raziło. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do tych rażących jasności, rozdziawiłam usta na to, co zobaczyłam. Otóż znalazłam się w ogromnym, bujnym i naprawdę kolorowym ogrodzie. Pięknie tu było. Miejsce całkowicie wolne od gwaru i tłumu. Jedyne dźwięki wypełniające tę przestrzeń to śpiew ptaków i szelest liści. Aż odetchnęłam z ulgą. Wszędzie wokół rosły wysokie drzewa, wśród których znalazła się i  wysoka palma. Tuż obok niej znajdowała się drewniana altanka, a nieopodal huśtawka. W centrum ogrodu zostało umieszczone oczko wodne z typową dla siebie roślinnością, a nawet rybkami. Nieopodal za nim znajdował się skalniak, w którym kwiaty dumnie prezentowały swoje kolory i rozmiary. Obok wytrwale stał kaktus, który groźnie demonstrował kolce. Wzdłuż płotu, który odgradzał ten niemały raj od reszty świata, w równym rzędzie stały drzewka oliwne. Cienia było tu pod dostatkiem, ale jedynie pod drzewami. No, dobra. Raźnym krokiem ruszyłam w stronę altanki, żeby się w niej zaszyć i całkowicie oddać pracy.
Usiadłam na drewnianej ławeczce i położyłam laptopa na stole. Już po chwili mentalnie znalazłam się w innym miejscu, całkowicie wykreowanym przez moją wyobraźnię. Choć myślami byłam gdzie indziej, moje ciało wciąż reagowało na bodźce, dlatego co chwilę odganiałam od siebie bzyczące owady. Mimo to pracowało mi się wybornie, zresztą co tu dyskutować - robaki, też stworzenia Boże. Co jakiś czas przerywałam pisanie, by rozejrzeć się po otaczającej mnie zewsząd przyrodzie. Przyglądałam się kwiatom, drzewom, a także ptakom siedzącym na poszczególnych gałęziach. Szczęśliwa uśmiechałam się do, że tu jestem.
Aż nagle coś wytrąciło mnie z równowagi. A dokładnie ktoś. Ten człowiek po raz drugi zmącił mój wewnętrzny spokój. Zupełnie, jakby wdarł się na teren ogrodu niczym nieproszony gość, który rozchwiał panującą tu harmonię i zaburzył cały porządek. Boże dobry, mruknęłam pod nosem, widząc, co ten facet znowu wyrabia. Stał nieopodal altanki wsparty o pień drzewa. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie ustawiona przed nim sztaluga z płótnem i pędzel w jego ręce. Otóż końcówka z włosiem była skierowana prosto we mnie. Nasze spojrzenia się spotkały. Spłoszył się, odchrząknął i odwrócił wzrok. Natychmiast podniosłam się z miejsca, wyszłam z altanki i podeszłam do delikwenta. Najpierw rzuciłam okiem na zaczęte dzieło i zobaczyłam to, czego się spodziewałam. Rudowłosą kobietę siedząca w altance otoczonej przez bujną przyrodę. Nie miałam żadnych wątpliwości, obraz przedstawiał mnie. Przeniosłam wzrok na blondyna i chwilowo zaniemówiłam. Stałam bez ruchu, patrząc w jego jasne oczy. Było w nich coś, co mnie onieśmieliło. Stojąc w tym urzekającym miejscu nagle poczułam, jakbym znalazła się w bańce mydlanej. Cykanie świerszczy ucichło, ptaki umilkły, świat się zatrzymał. Od mężczyzny biło niewytłumaczalne ciepło. Choć był najbardziej irytującym facetem na świecie, to nigdy nie spotkałam kogoś bardziej szczerego. Nie musiał mówić nic, stanowił on otwartą księgę. Świadczyło o tym jego banalne, a zarazem niewinne zachowanie. Nie dostrzegłam tego w nocy. Wtedy czułam tylko zdenerwowanie, zmęczenie i widziałam ten poplamiony fartuch, otępiały wzrok. Teraz zauważyłam coś zupełnie innego. Jasne spojrzenie i słońce we włosach.
- Ja... Przepraszam - przerwał milczenie, wyrywając mnie tym z osłupienia.
- Pan ciągle przeprasza, tylko robi swoje - uniosłam brew. - Dlaczego nie zostałam zapytana o zdanie? Przez cały czas stał tu pan i tak po prostu... Tak po prostu...
- Podziwiałem piękno. Po prostu przyszedłem tu i musiałem zacząć malować, by uchwycić tę chwilę. By piękno nie uciekło.
- Och - wypaliłam i spłonęłam rumieńcem.
- Mój błąd, powinienem spytać... Przyznaję, wstydziłem się.
- Ależ pan jest dorosły...
- Wiem - nerwowo przygryzł wargę. - Zatem... Czy mam przestać?
- Nie. Może pan kontynuować... Jest... - znów spojrzałam na obraz. - Jest piękny.
- Dziękuję - uśmiechnął się wyraźnie rozpromieniony. - Czy w ramach przeprosin mógłbym zaprosić panią na kawę?
- Może innym razem, dziękuję - odwzajemniłam uśmiech i odwróciłam się na pięcie, żeby ruszyć z powrotem do altanki.
Choć bańka mydlana pękła w momencie mojego ocknięcia, uczucie nie rozwiało się. Wciąż czułam to przyjemne ciepło i ono również wzbudzało we mnie nieuzasadnioną irytację. Tak po prostu wisiało w powietrzu, bo mężczyzna tak po prostu je produkował. Malarz wydawał się być najbardziej niezdarnym człowiekiem we wszechświecie. Jednak trzeba było przyznać: miał talent. Nie musiałam długo przyglądać się jego nowej pracy, zresztą nie chciałam. Wiedziałam, że posiadał do tego smykałkę. Kiedy znów zasiadłam do pisania, nie mogłam się skupić. Śmiałam się pod nosem z tej całej sytuacji. Nawet odważyłam się zerknąć w stronę faceta kilka razy. Nie patrzył na mnie, gdyż pochylony nad płótnem, zaciekle kreślił pędzlem nowe kształty, kontury i sylwetki. Z trudem powstrzymywałam uśmiech, wyglądał zjawiskowo. Idealnie komponował się z tym miejscem, ono było dla niego tłem. Zupełnie jak artysta znajdujący się w centrum swojego własnego istnienia - przyrodzie. Jedyne, czego potrzebował do stworzenia wielkiego dzieła to dusza i parę przyborów. Reszta przychodziła sama. Piękno wychodziło spod jego ręki tak łatwo, jakby urodził się z pędzlem. A w jego spojrzeniu był pewien blask, który tworzył nić porozumienia między nami. Coś, czego nie potrafiłam dobrze opisać. Po prostu pragnęłam jak najdłużej patrzeć w te brązowe oczy. Dziwne. I ta bańka mydlana, w której czułam się całkowicie wolna i bezpieczna. Dokładnie tak, jakby ktoś nagle zabrał wszystkie troski i problemy spoczywające dotychczas na moich barkach. Nigdy nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia, zresztą malarz był denerwujący. Westchnęłam, kręcąc głową. Musiałam się oderwać od tych bezsensownych rozmyślań, praca czekała.
Pisałam parę dobrych godzin, aż poczułam dokuczliwy głód. Bez wahania zapisałam pracę, wyłączyłam laptopa i podniosłam się z ławeczki. Wtem przypomniałam sobie o męczącym malarzu. Uniosłam wzrok i spojrzałam w kierunku miejsca, w którym wcześniej stał razem ze sztalugą. Cóż, pod drzewem nie było żywego ducha. Skończył i nic nie powiedział? Dziwny człowiek, pomyślałam, wzruszając ramionami. Chwyciwszy laptopa, ruszyłam w stronę kamienicy. Już zaczęłam planować posiłek i stwierdziłam, że przyrządzę sobie lasagne. Dlaczego by nie? Trzeba się zaklimatyzować.
Reszta dnia minęła w niewytłumaczalnie wyjątkowej atmosferze. Tak. To dopiero drugi dzień spędzony we Włoszech, więc byłam doskonale świadoma faktu, że po prostu zdobywałam nowe doświadczenie. Jednak chodziło tu o coś więcej. Prześladowało mnie dziwne, ale przyjemne przeczucie nadchodzącej przygody. Zapewne wiązało się to z miejscem pobytu, przeprowadzką i planami na najbliższą przyszłość, ale czy na tym koniec? Byłam podekscytowana niczym dziecko!
Kolejne dni mijały dosyć spokojnie, chociaż z każdego starałam się czerpać jak najwięcej. Jednak któż powiedział, że carpe diem ograniczało się tylko do ekstremalnych przeżyć i zdarzeń? Ja korzystałam z chwil w inny sposób: spokojnie i majestatycznie. Rozwijałam zdolności i kontemplowałam otaczające mnie piękno. Było go dużo, bardzo dużo. Zwiedzałam pobliskie kościoły, bazyliki, muza, zabytki, a nawet i restauracje. Odwiedzałam najróżniejsze sklepy, rozmawiałam z wieloma ludźmi. Włosi byli otwarci, serdeczni i roztargnieni. Ich temperament nie przestawał mnie zadziwiać. Czasami przypominali mi prawdziwych choleryków. Mimo to pokochałam tutejszy klimat, nieustannie unoszącą się aurę radości. To się po prostu czuło. Słońce z reguły zaglądało do mieszkanek Włochów, ale nawet, gdy nadchodziły pochmurne dni - oni pozostawali szczęśliwi. Często obserwowałam ich z niemałym zachwytem. Dzięki tej atmosferze stałam się o wiele szczęśliwszym człowiekiem, niż byłam dotychczas. Całkowicie przestałam narzekać. Bo na cóż tu było skarżyć? Piękne miejsca, dużo słońca i śpiewu ptaków. Wiele okoliczności do wypracowania w sobie wewnętrznego spokoju. Tu wszystko trwało w pewnej, jeszcze niezupełnie jasnej dla mnie harmonii. I to nie tak, że na dobre wyrzuciłam z serca ojczyznę; że jej miejsce zajęła obczyzna. Absolutnie. To właśnie dzięki gorącej Italii doceniłam chłodny klimat Polski. Romańskie, barokowe i gotyckie budowle. Stare, wyniosłe kamienice i uliczki. Ach, już wzdychałam do Polski, tęskniłam za nią. Dlatego postanowiłam często odwiedzać swój kraj, w końcu tam zostali moi rodzice. Opiekowali się mną, wychowywali, kochali całymi sercami. Nauczyli tak wielu istotnych rzeczy. Dali wolność i przede wszystkim nauczyli mnie z niej korzystać. Bałam się, że sobie nie poradzę, że nie nadążę za pędzącym życiem. To właśnie rodzice pokazali mi, że z życiem można się zintegrować jedynie za pomocą pracy. Potrzeba wytrwałej walki do osiągnięcia wymarzonego celu. Jako dzieciak nie zdawałam sobie z tego sprawy, byłam święcie przekonana, że robię już wystarczająco dużo.
Dopiero głośne pukanie do drzwi wyrwało mnie z zadumy. Cóż, we Włoszech moje skłonności do rozmyślania nad wszystkim i niczym znacznie przybrały na sile. Byłam wyjątkowo refleksyjnym człowiekiem, często odcinałam się od rzeczywistości, duszą wędrując w kompletnie inne miejsce.
Odłożyłam brudny nóż do zlewu, opłukałam dłonie i ruszyłam do drzwi. Proszę, oto kolejna niespodziewana sytuacja. Kiedy otworzyłam, ujrzałam przed sobą sąsiada-malarza. Nasze spojrzenia się spotkały i nagle zapragnęłam poznać jego imię. Tak po prostu. Znów owładnęło mną to nietypowe uczucie. Bańka mydlana, a w niej ja przepełniona poczuciem bezpieczeństwa. Ciepłe, brązowe oczy miały w sobie specjalny blask, lśniły w ten romantyczny sposób. Jego wzrok mówił o wszystkim. Tak, patrzył na mnie z czułością.
- Dzień dobry... Czy mógłbym pożyczyć od pani trochę cukru?
W tym momencie doznałam czegoś w rodzaju wstrząsu. Kiedy przeanalizowałam jego pytanie, pomyślałam, że zaraz prychnę śmiechem, ale powstrzymałam się. Czy on naprawdę myślał, że w ten sposób nawiążę ze mną normalną nić porozumienia? Przecież te amatorskie zaloty przypominały mi trywialne amerykańskie romansidła. Cukru mu brakło. Po prostu kabaret.
Dyskretnie rzuciłam okiem na jego rozczochrane włosy i ten poplamiony fartuch. Mimowolnie się uśmiechnęłam, bo należał do specyficznych osobowości. Tych osobowości, które w zwyczaju zachowywały się niewinnie rozbrajająco.
- Dzień dobry, mógłby pan. A... Że tak zapytam: czy namalował pan już ten obraz?
- Ach... - oblał się rumieńcem i nerwowo podrapał po głowie. - Tak, tak. Jest skończony.
- Chyba mogłabym zobaczyć?
- Oczywiście! Przepraszam, że jeszcze go nie pokazałem.. Chciałaby pani teraz spojrzeć?
- Czemu nie? - uśmiechnęłam się. - Tylko przyniosę tego cukru.
Wycofałam się w głąb mieszkania, żeby udać się do kuchni. Przez krótką chwilę rozmyślałam, ile on może tego potrzebować. Wzruszyłam ramionami i zapakowałam resztę, którą miałam. Na oko jakieś pół kilo, a co tam. Sąsiadom należy pomagać, to w końcu prawidłowa postawa.
Wróciłam i wręczyłam malarzowi to, o co prosił. Popatrzyłam na niego wyczekująco, gdyż stał nieruchomo i przyglądał mi się.
- Więc...? - zaczęłam.
- Dziękuję - kąciki jego ust lekko się uniosły. - Proszę za mną.
Odwrócił się i podszedł do sąsiednich drzwi, za którymi mieściło się jego mieszkanie. Nacisnął klamkę i odsunął się, by zrobić mi miejsce. Uśmiechnęłam się i weszłam do środka. Wewnątrz panował tak zwany "artystyczny nieład". Podłoga w salonie była pokryta stertą gazet, wszędzie poniewierały się te feralne sztalugi i pędzle. Na ścianach wisiały obrazy, jak mniemam autorstwa sąsiada. Wszystkie stworzone w podobnym stylu. A na samym środku ściany, przy której stał fotel wraz ze stolikiem, wisiał ten szczególny. Prezentujący rudowłosą kobietę, siedzącą w drewnianej altance. Nawet nie zauważyłam, gdy sąsiad stanął tuż za mną, by również zerknąć na nowe dzieło.
- Jak się pani podoba? - zapytał.
- J...Jest naprawdę piękny. Ma pan talent.
Nie ukrywałam zachwytu, zresztą zaraz przystąpiłam do oglądania pozostałych prac. W mieszkaniu panowała cisza, mężczyzna przyglądał mi się z niemałym napięciem. Czułam to. Zupełnie, jakby zależało mu na moim zdaniu. Ale dlaczego akurat na tym? Byłam obcą osobą, nową sąsiadką. A on posiadał niemałe zdolności i powinien o tym wiedzieć.
Odwróciłam wzrok od obrazów, by spojrzeć na blondyna. Stał, nerwowo bawiąc się dłońmi.
- Mam nadzieję, że nie jest pani zła o ten obraz...
- Ależ skąd, jest piękny - oświadczyłam stanowczo.
- Tak w ogóle to... Nazywam się Feliks, przepraszam, że dopiero teraz się przedstawiam... Pogubiłem maniery.
- Nie szkodzi - roześmiałam się cicho, wyciągając dłoń w jego stronę. - Rozalia.
Swoją drogą, cóż za niespotykane imię! A jak do niego pasowało! To nietypowe imię nosiła tak bardzo nietypowa osobowość. Ciekawe, pomyślałam.
- Miło mi - uśmiechnął się, delikatnie ujmując moją dłoń i przystawiając ją do swoich ciepłych warg.
Owładnęło mną bardzo przyjemne uczucie, którego nie umiałam określić. Te jego subtelne ruchy i czułość. Trudno było się temu oprzeć, chwilami miałam wielką ochotę rzucić mu się w objęcia.
Wtem z przyległego pokoju wypadła dziewczynka. Przypuszczalnie mogła mieć około dziesięciu lat. Wesoła, rozczochrana brunetka o niebieskich oczach. Jej rysy twarzy bardzo przypominały rysy Feliksa. Od razu wywnioskowałam, że to jego córeczka.
- O! - zakrzyknęła radośnie. - Dzień dobry, ale pani piękna!
- Dzień dobry, dziękuję, kochanie - roześmiałam się. - Ty również.
- Smyku, to nasza pani sąsiadka - wyjaśnił Feliks, czule mierzwiąc czuprynkę dziewczynki.
- A ja jestem Gabriela - mała wyszczerzyła ząbki w szerokim uśmiechu.
- Miło mi bardzo, Gabrysiu. A ja nazywam się Rozalia - przykucnęłam, aby wyciągnąć do niej dłoń.
Podała mi rączkę i wymieniłyśmy uściski.
- Jesteś świetną dziewczynką, a twój tatuś pięknie maluję.
- Taak, kiedyś też tak będę! - podskoczyła w miejscu. - Jak tata, ale nie będę tak bałaganić!
Roześmiałam się, kręcąc głową. Dziewczynka była rozbrajająca, na pewno poprawiała Feliksowi humor. Zwłaszcza, że wyglądał na ojca, który samotnie wychowywał swoje dziecko.
- Gabrysia, Gabrysia... - Feliks również się roześmiał, krzyżując ręce na piersiach.
- Oglądała pani obrazy? Proszę zobaczyć te w moim pokoju, koniecznie!
- Och, bardzo chętnie, Gabi - odparłam. - Oglądanie obrazów autorstwa twojego taty to czysta przyjemność - spojrzałam na Feliksa, który lekko się zaczerwienił.
Dziewczynka chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła do swojego pokoju. Był bardzo przytulny, jednak tutaj również panował niemały bałagan. Z drugiej strony: czego się spodziewać, gdy w domu brakowało kobiecej ręki? Mimo tego każda rzecz stała we właściwym miejscu. Dziecięce biurko, łóżko, szafa czy regał. Wszystko zostało rozmieszczone w sposób praktyczny. Ściany faktycznie zdobiły kolejne obrazy. Spostrzegłam, że prawie wszystkie prezentowały włoskie pejzaże. Alpy czy pola, na których pyszniły się drzewka oliwne. Prace Feliksa doskonale oddawały piękno natury.
- Czy... Jestem pierwszą osobą, która pojawiła się na którymś z twoich dzieł? - zainteresowałam się.
Sąsiad oblał się rumieńcem jeszcze mocniej. Odchrząknął, przestąpił z nogę na nogę i odparł nieśmiało:
- Właściwie to tak...
- Maluje pan jeszcze coś poza pejzażami?
- Raczej nie. Wcześniej malowałem naturę nieożywioną, takie moje początki. Z reguły maluję krajobrazy, polskie również. Miasta, uliczki, wybrane budynki... Wiszą w kuchni, dużo zostawiłem w Polsce albo sprzedałem.
- Szkoda - skonkludowałam. - Ale skoro tak... Zamawiam - uśmiechnęłam się. - I jestem wielce uradowana, że zamieszkałam na przeciwko takiego zdolnego artysty. Polaka.
- Dziękuję, to bardzo miłe z pani strony. Cóż, z przyjemnością namaluję coś specjalnego dla nowej sąsiadki. Polki - roześmiał się serdecznie, a jego śmiech napełnił mnie szczerą radością. - Chętnie obmówiłbym szczegóły przy dobrej kolacji. Czy zgodzi się pani?
- Z wielką chęcią - uśmiechnęłam się szeroko.
***
Nie miałam pomysłu, jak mogłabym się ubrać z okazji tego wyjścia. Nie mogłam przesadzić z elegancją, ale nie wypadało też paradować w jakimś niestosownie swobodnym stroju. To jednak wyjście z mężczyzną, a nie starą kumpelą. No, cóż, nie chciało mi się długo zastanawiać, dlatego postawiłam na prostą, szafirową sukienkę. Nie posiadała żadnego wyrafinowanego fasonu, ale swoją prostotą podkreślała moje atuty. O to chodziło. Skromnie, a jakże efektownie. Jeśli chodziło o buty, postawiłam na obcasy, zresztą jak zawsze. Uwielbiałam je. Z makijażem nie wydziwiałam, niczego nie zmieniałam. Był taki jak na co dzień. Czy zależało mi na tym, aby na spotkaniu wypaść dobrze? Owszem, ale nie ze względu na mojego sąsiada. Po prostu jak zawsze pragnęłam czuć się dobrze w swojej skórze i to było priorytetem.
Ostatni raz zerknęłam do lustra, przeciągnęłam szminką po dolnej wardze i chwyciłam za torebkę. Czułam się podekscytowana i nie umiałam tego ukryć. To może zabawne, ale ostatnim razem, gdy wyszłam gdzieś z facetem, miałam naście lat. Hm, chyba prawidłowym określeniem byłoby "chłopcem".
Ruszyłam do drzwi, gdyż chwilę temu odezwał się dzwonek. Szybko przeczesałam włosy palcami i otworzyłam. To on. Stał wsparty o framugę, mogło nas dzielić zaledwie kilka centymetrów. Nie wiedzieć czemu, chwilowo zaparło mi dech w piersiach. Pierwszy raz widziałam go w błękitnej, idealnie dopasowanej koszuli i jeansach z lekkimi przetarciami. Zaczesał i ułożył włosy, paradoksalnie zostawiając je w lekkim nieładzie, co dawało świetny efekt. Pochylony patrzył mi w oczy, a na jego twarzy pojawił się serdeczny uśmiech. Doleciał mnie przyjemny, ale ostry zapach wody kolońskiej. Ledwie się powstrzymałam od zrobienia głębokiego wdechu. W końcu która kobieta nie lubiła męskich perfum?
- Przepraszam, jeśli jestem zbyt bezpośredni, ale wygląda pani naprawdę pięknie - padły pierwsze słowa.
Ten nietypowy, porywczy i niecierpliwy osobnik zapomniał o zwykłym przywitaniu. Jednak w owej okoliczności w ogóle mi to nie przeszkodziło. Jego prostolinijność sprawiała, że wzbudzał w drugiej osobie całkowitą ufność. Słowa, które płynęły z jego ust brzmiały tak naturalnie i szczerze, że nie sposób byłoby go posądzać o bajeranctwo. Dusza artysty jak nic. Dziwak, ale bardzo wrażliwy. Nie znałam go ani długo, ani dobrze, ale mogłam przysiąc, że nie skrzywdziłby nawet muchy.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się. - Pan też wygląda całkiem przystojnie.
Roześmiał się, a jego śmiech rozświetlił klatkę schodową jeszcze bardziej.
- Dziękuję - odsunął się, żeby zrobić miejsce w przejściu.
Wyszłam i zamknęłam drzwi. Zeszliśmy na dół w radosnych nastrojach. Od nas obojga emanowało coś szczególnego i wcale mi się nie zdawało. Nie umiałam tylko odpowiedzieć na pytanie, co było tego powodem. Czyżby chodziło o samą okoliczność, w której się znaleźliśmy? Oboje poznaliśmy kogoś nowego w tym czarującym mieście i właśnie udajemy się na wspólną kolację. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zostałam zaproszona na jakąś przechadzkę, ale to uporczywe uczucie samotności nagle ustąpiło miejsca szczerej radości.
Feliks prowadził nas w stronę jakiejś dobrze mu znanej restauracji. Twierdził, że to najlepszy lokal w okolicy i nigdzie nie zje się lepszych dań. Szedł tuż obok mnie, wyprostowany i wyraźnie zadowolony. Co chwilę zerkał w moją stronę, snując opowieść o świętym Franciszku. Wyznał, że dowiedział się tych wszystkich interesujących rzeczy dopiero tu, w Asyżu. Obiecał, że zaprowadzi mnie do wielu rozmaitych i zaskakujących miejsc. Mieszkał tu od dawna, więc zapewne zobaczył znacznie więcej niż ja.
Weszliśmy do całkiem sporej, ale nadzwyczaj klimatycznej restauracji, gdzie już po chwili doleciał nas aromatyczny zapach wina. Zajęliśmy stolik przy oknie, a ja zwyczajem rozejrzałam się, obrzucając wnętrze spojrzeniem. Było tu elegancko i klimatycznie. Ludzie ochoczo ze sobą gawędzili, delektując się pizzą i wytrawnym winem. W tle cichutko grała muzyka z gramofonu, coś pięknego. Całe wyposażenie kawiarni cieszyło oczy swoim kunsztem. Zabytkowe meble, w tym stoliki i krzesła, a nawet fotele. A to wszystko zaprojektowane w prowansalskim stylu. Nawet błękitny kolor ścian rozświetlał wnętrze. Byłam zachwycona.
- Tak, więc oto moje ulubione miejsce do przesiadywania i spożywania dobrego jedzenia - roześmiał się Feliks.
- Czarująco - powiedziałam krótko, przypatrując się grafikom na ścianach.
- Zgodzę się - odparł, podając mi menu.
- Hm... - zajrzałam do środka i po niedługim namyśle oznajmiłam, że z przyjemnością skosztuję mojej ulubionej lasagne.
- Bardzo trafny wybór - uśmiechnął się.
Czekając złożone zamówienie, podjęliśmy nową dyskusję. Tym razem zaczęliśmy temat bardziej osobisty. Na początku dotyczył on samej przeprowadzki do Włoch. Potem rozwinął się tak bardzo, że zapomnieliśmy o prostej zasadzie niewyjawiania wszystkiego w szczegółach nowo poznanym osobom. Czułam się zupełnie tak, jakbym znała swojego rozmówcę od lat. On chyba miał podobne wrażenie, bo sam zaproponował, żebyśmy przeszli na "ty". Stwierdził, że nigdy z nikim nie złapał tak znakomitej nici porozumienia. Wierzyłam w to, bo malarz mówił o wszystkim otwarcie i z ufnością patrzył mi w oczy.
Między innymi wspomniał o tym, że czuł konieczność przeprowadzenia się w to miejsce. Przyznał, że "swobodne oddychanie" w Polsce zaczęło mu przychodzić z coraz to większym trudem. Jako artysta nie odnalazł tam dogodnych warunków do rozwijania swojej pasji, a pragnął tego całym sercem.  Pragnął piąć się w górę. Tłumaczył, że potrzebował wsparcia, a niekoniecznie od razu uznania. Dodał, że ma świadomość tego, że na wszystko trzeba sobie zapracować i zasłużyć. Z zawodu był mechanikiem i nie narzekał na swoją pracę.
- Lubiłem bawić się autkami jako dzieciak - roześmiał się, a ja mu zawtórowałam.
- Już ci to zostało.
- Zgadza się!
Dlatego zajmował się tym również w Asyżu. Siedział w warsztacie i z lubością podnosił na duchu zmartwionych właścicieli najrozmaitszych samochodów. W końcu ratował stalowe serca tych pojazdów, potrafił to. Cieszył się niemałą sławą, gdyż Włosi przywykli do niechlujnej jazdy, co prowadziło do mnóstwa stłuczek każdego dnia.
- A więc jesteś im potrzebny. Leczysz auta i dusze. Bo jesteś też artystą - stwierdziłam.
- Dziękuję, do tego właśnie dążyłem od zawsze. By przydać się światu, pomagać innym. Być tym szaleńcem, który chce zmieniać i udoskonalać rzeczywistość.
Uśmiechnęłam się na te słowa. Feliks naprawdę mi imponował, był mądrym facetem, który jak na swój wiek, zdobył sporo doświadczenia. Starał się to wykorzystywać i wdrażać w swoje życie. Zależało mu, by nieustannie się rozwijać. Zwłaszcza, że miał obok siebie młodziutką córeczkę. Jego żona zmarła na raka kilka lat temu i do dzisiaj próbuje oswoić się z tym faktem. Było to jednak niemiłosiernie trudne, co doskonale rozumiałam. Nie od razu zebrał się w sobie po śmierci żony. Dopiero jego przyjaciel z praktyk uprzytomnił Feliksowi, że przecież ma dziecko. Cudowną, piękną dziewczynkę, która pragnie iść w ślady ojca. Wzruszył się, wspominając te słowa.
- Po tym szybko wziąłem się w garść, Rozalio - dodał hardo. - Zarówno z miłości do Gabuni, jak i zmarłej żony. Wiedziałem, że byłaby na mnie bardzo zła, gdybym się załamał i na tym poprzestał. Maciek to wspaniały przyjaciel, zawsze potrafił do mnie dotrzeć, tak wiele uzmysłowić.
Obawiał się, że przeprowadzka do Asyżu była zdeterminowana jego czysto egoistycznymi pobudkami. Przyznał, że nie myślał wtedy o Gabrysi. Po prostu złapał za walizki i zaczął pakować wszystkie rzeczy. To się stało tuż po śmierci żony, więc nie myślał trzeźwo. Chciał jak najlepiej, ale czy postąpił słusznie? Ciągle zadawał sobie to pytanie. Przecież oderwał dziecko od polskiej rzeczywistości, brutalnie wpychając je w nową, całkiem obcą. Nie tak łatwo jest się oswoić z nowym klimatem, językiem czy obyczajami. Jednak jego córka tego dokonała. Przyzwyczaiła się błyskawicznie i pokochała Włochy równie mocno jak Feliks.
- Zatem tak miało się stać, Feliks - powiedziałam. - Maczał w tym palec Boży, to ja cię zapewniam. Nie zadręczaj się już tym.
Uśmiechnął się tak ciepło, że mimowolnie odpowiedziałam tym samym.
- No, dobrze... A teraz pogadajmy jak artysta z artystą - ciągnęłam. - Zostałeś mechanikiem, bo od dziecka interesowałeś się pojazdami.
- Tak, zresztą nie wspomniałem, że mój tata również nim był. Można by rzec, że przejąłem pałeczkę po tacie.
- Pięknie. Widzisz, ja poszłam w całkiem innym kierunku, ale potem porozmawiamy o mnie. Skąd się wzięło u ciebie zamiłowanie do sztuki? Pasja, którą jest tworzenie. Odzwierciedlanie rzeczywistości, którą stanowi otaczające nas piękno? A wprost: dlaczego akurat pędzle i płótno?
Namyślił się przez chwilę. Otworzył usta, ale zaraz zamknął je z powrotem. Wyglądał, jakby ważył każde słowo, ponieważ sztuka była dla niego nad wyraz ważna. Pragnął ująć to jak najlepiej. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zrozumiem jego odpowiedź, bo sama zaliczałam się do grona artystów. Jednak Feliks chciał wyrazić to na swój osobisty sposób, podkreślić w sztuce własną indywidualność. To było dla mnie naprawdę imponujące. Zresztą mogło istnieć wiele powodów, a więc próbował pozbierać je w całość.
W końcu ponownie otworzył usta i zaczął mówić. Tak jak wspominał, był szaleńcem, który pragnie zmieniać świat na lepszy. W sztuce widział szczególną moc, którą człowiek może wykorzystywać do różnych, większych celów. Traktował ją jako jedną z lepszych dróg prowadzących do ludzi i ich serc. Był bowiem przekonany, że sztuka potrafi leczyć nasze dusze. Przez cały czas uważnie go słuchałam. Wprawił mnie w niemałe zdumienie, gdyż sama myślałam dokładnie tak jak Feliks. Nic dodać, nic ująć.
- Wiesz, poza tym całym sercem uwielbiam piękno. Wpatruję się w jakichś urzekający krajobraz i moim jedynym pragnieniem jest uwiecznienie go. Dlatego od razu łapię za pędzel. Nie zastanawiam się - ciągnął swoje rozważania. - Poza tym... Pragnę być tym artystą, który łaknie poszerzać swoje horyzonty i poznawać różne perspektywy, inne punkty widzenia. To bardzo ważne w tych czasach. Wiesz, żeby tworzyć coś z sensem, z głową. Nie wiem, jak ty, Rozalio, ale ja... Od zawsze chciałem robić to dla ludzi. Mam świadomość, że z mojej pracy korzystają inni i uwielbiam to. Dzięki temu mogę robić coś naprawdę dobrego. Dzielić się tym, co posiadam. Czyż pasja nie jest miłością? Nie potrafię dokładnie odpowiedzieć na pytanie "dlaczego?". Wiem tylko, że wybrałem właściwą drogę. Wiem to, gdyż podpowiedziało mi to serce. Kiedy człowiek oddaje się czemuś z pasją i miłością, to zaraz się orientuje, że w istocie obrał właściwy kierunek. Poza tym, kiedy maluję, to zapominam o wszystkich troskach i cieszę się chwilą. Po prostu staję się całkowicie wolny, a co za tym idzie, szczerze szczęśliwy. To chyba najwłaściwsze określenia, lepiej bym tego nie ujął. Samorealizacja opiera się na poświęcaniu sobie czasu i dawaniu szansy. Owszem, trzeba być pokornym, ale ile to daje satysfakcji. Ile uczy.
Z przyjemnością słuchało mi się słów tak rozsądnego człowieka. Feliks był osobą pewną i świadomą swoich wyborów. Wiedział o tym, że życie stanowi długą i trudną walkę, ale mimo to kochał je. Nauczył się radzić sobie z przeciwnościami losu. Kiedy w jego głowie pojawiały się wątpliwości, szybko odpędzał od siebie negatywne myśli. Kierował się bowiem zasadą, że jak ma być, tak ma się właśnie stać i należy iść do przodu. Twierdził, że każda decyzja do czegoś prowadzi, a i tak nie mamy wpływu na dalsze losy. Naszym jedynym zadaniem jest porządne rozważanie wszelkich wyborów.
- No, dobrze - przerwał temat po jakimś czasie. - Teraz przejdźmy do ciebie. Co przyciągnęło cię do do tego pięknego kraju?
- Piękno, spokój i panująca tu harmonia. Nienawidzę chaosu.
- O, to tak jak ja.
Oboje się uśmiechnęliśmy.
- To nie była spontaniczna decyzja, od dawna planowałam ten wyjazd. A właściwie... Odkąd przybyłam do Asyżu po raz pierwszy i... Zostawiłam tu swoje serce. Kiedyś nawet powiedziałam jednemu facetowi, że jeśli pragnie je zdobyć, musi tu ze mną przyjechać.
- Zrobił to?
- Nie - pokręciłam głową. - I dobrze, bo... To nie było to.
- Jesteś wyjątkową kobietą, zasługującą na wyjątkową miłość. I powiem ci wprost: nie wyobrażam sobie byle kogo przy twoim boku - powiedział stanowczo.
- Dziękuję, Feliks - uśmiechnęłam się. - To bardzo życzliwe z twojej strony. Dodam od siebie, że wolałabym być sama do końca życia, aniżeli cierpieć przy kimś katusze.
Zwierzyłam się mojemu rozmówcy z wielu rzeczy. Wyznałam między innymi o często ogarniającej mnie samotności. O tym, że staram się żyć pełnią życia, a nie tylko marzeniami. Opowiedziałam mu również o swojej pasji. Kochałam pisać, więc pragnęłam się w tym udoskonalać. Cóż mogłam dodać od siebie? Pisanie to poszerzanie horyzontów, to tworzenie historii, osobowości, światów, a jednocześnie poznawanie kolejnych perspektyw. Wcielanie się w dziesiątki postaci, co powoduje odkrywanie siebie na nowo. To również nabieranie pewnego dystansu do wielu spraw. To nauka. Moja praca każe mi się uczyć, zdobywać wiedzę i doświadczenia. Czuję się zobowiązana do przekazywania ludziom tego co ważne. Chcę im pokazywać świat z różnych perspektyw, udowadniać, że życie jest dobre.
- Wiesz co? - uśmiechnął się. - Sztuka jest wtedy, gdy robisz ją dla ludzi, z myślą o ludziach. Kiedy chcesz zmienić ich życie na lepsze swoją pracą. Tworzymy sztukę, moja droga.
- Tak sądzisz? - uniosłam brew nieco rozbawiona jego spostrzeżeniem.
- Nie bądź skromna. Czytałem twoje powieści. Zerwałem dzień i noc. Nie potrafiłem się oderwać, zupełnie jakbym wkraczał w twój własny świat i dobrze cię poznawał. A chciałem tego od początku naszej znajomości. Mam dar do czytania ludziom z oczu. Twoje prace to sztuka.
- o Boże, Feliks... Naprawdę?
- A czemu się tak dziwisz? - roześmiał się. - To logiczne, Rozalio.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się wdzięcznie. - To dla mnie najważniejsze.
- Wiem. W końcu siedzimy w tej samej branży.
Byłam tak pochłonięta rozmową, że nie prędko się spostrzegłam, gdy moja lasagne całkowicie zniknęła z talerza, a butelka białego wina szybko się opróżniła. Nie zauważałam krzątającego się kelnera, przybywających bądź wychodzących klientów czy zmieniającej się muzyki. Kompletnie zapomniałam o czasie, który choć był wymiarem umownym, nieustępliwie pędził do przodu. Nie przeszkadzało mi to. Nie pamiętam, kiedy ostatnio pozwoliłam sobie na totalną swobodę i uniezależnienie się od goniących terminów. W tamym momencie nie istniał żaden czas, bo dla mnie stanął on w miejscu. Nie rozumiałam, dlaczego zapracowany człowiek tak często odbiera sobie mnóstwo okazji do szczerej rozmowy, dobrego wina czy miłych gestów. To co ma sprawiać, że nasze życie będzie bardziej kolorowe? Niektórzy wmawiają sobie, że nie ma szczęścia, że to tylko długi odcinek drogi, który każdy musi przejść. Wpajają innym, że życie to szereg niepowodzeń i starć, w obliczu których człowiek staje się przegranym. Zapominają, że on wciąć żyje i może zrobić naprawdę wiele. Owszem, nie wszystko jest możliwe, bo świat nie należy do tych uporządkowanych instytucji, nie góruje w nim sprawiedliwość. Dużo zależy od warunków, od otoczenia, od humoru sąsiada... Ale najwięcej? Po tym pytaniu wszelka niejasność powinna ustąpić miejsca stanowczej pewności. Każdy z nas dostał po równo, mimo że nie wszyscy posiadamy wzrok, słuch czy też wszystkie cztery kończyny. Życie to ten dar, który trzeba wykorzystać z tym, co się już ma. Nikt nie jest w stanie odebrać innym tego, co trzymają w sercu. Tylko nie można zaczynać od jutra, bo czas goni i trzeba działać już teraz.
- Co się tak zamyśliłaś? - Feliks pochylił się w moją stronę i zajrzał mi w oczy.
- A tak po prostu - uśmiechnęłam się ogarnięta szczerą radością - Cieszę się, że cię poznałam i że tu jesteśmy.
- Wyjęłaś mi to z ust - uśmiechnął się, a jego piwne oczy zalśniły ze szczęścia. - Czy chciałabyś przespacerować się ze mną ulicami Asyżu? Podsłuchałem, że dzisiejsze niebo jest bezchmurne i doskonale widać każdą, najmniejszą gwiazdkę.
- Z ogromną chęcią - roześmiałam się. - Dzisiaj możemy stać się tymi artystami, co chwytają radość z gwiazd.
- Tymi, co się do nich wznoszą i obserwują świat z wysokości - podniósł się i wyciągnął do mnie dłoń.
- Co dzielą z nimi miłość i pragną świecić tak mocno jak one - podałam mu swoją i również wstałam.
Tuż po wyjściu z atmosferycznego lokalu, uderzyła w nas fala gorącego powietrza. Wtedy po raz kolejny ogarnęło mnie bezgraniczne szczęście. Dla niektórych mogłoby to być conajmniej zabawne, ta dziecięca i niejasna radość. Jednak właśnie to stanowiło bardzo ważną część mnie, której nigdy nie zamierzałam się wyzbyć. Cecha umożliwiająca dostrzeganie piękna w szczegółach. Znowu zaczęłam nie dowierzać, że znalazłam się w tym malowniczym miejscu. Spojrzałam na mojego towarzysza i uśmiechnęłam się do siebie. Nie wiedzieć czemu, bardzo się cieszyłam, że go poznałam. Szliśmy rozświetloną ulicą, nad którą unosiło się letnie włoskie powietrze. Czas wciąż nie był istotny, liczyło się tylko "tu i teraz" oraz wszystkie niespełnione marzenia, które należało ziścić. Niezrealizowane plany czekające na swoją kolej. Niebo faktycznie było bezchmurne, więc gwiazdy wesoło mrugały do wieczornych przechodniów, a półksiężyc ukazywał się w całym swym dostojeństwie. Zerknąwszy w górę, odetchnęłam pełną piersią. Tak lekko mi się oddychało, ale właściwie dlaczego? Czy powodem było świeże powietrze, czy jednak ogarniające mnie szczęście? Syciłam się nawet ciszą, która między nami zapadła. Naturalna, wcale nie przytłaczająca lub niezręczna. Nic podobnego. Ta cisza nie była głucha, ponieważ została wypełniona charakterystycznym brzmieniem Asyżu. Skądinąd dolatywały nas ciche dźwięki muzyki, dało się słyszeć szybkie kroki lub strzępki rozmów Włochów. Oboje wiedzieliśmy, że słowa stały się zbędne.
Nagle przystanęliśmy obok jednego z mieszkań, gdyż naszą uwagę przyciągnęły dwa koty siedzące na parapecie przy oknie. Wargi Feliksa rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, a ja pokręciłam głową z rozbawieniem. Czworonożne stworzenia nie odrywały od nas ciekawskich spojrzeń, może również miały ochotę na wieczorny spacer? Wyglądały tak, jakby pragnęły chłonąć świat i to, co ma on do zaoferowania. Zatem wysunął się prosty wniosek: koty też mogą być spragnione przygód. Westchnąwszy, znowu przeniosłam wzrok na rozpromienioną twarz Feliksa. Pomyślałam, że doskonale rozumiemy się bez słów. To widać po zachowaniu, w identyczny sposób patrzyliśmy na świat.
- Nie jest ci chłodno? - przerwał ciszę, jednocześnie wyrywając mnie z rozmyślań.
- Nie, nie. Jest mi idealnie.
- Mnie też. Ale powiedz... Wzdychasz coś za Polską?
- Oczywiście, to moja ojczyzna. Kocham ten kraj, to część mnie, której nigdy się nie pozbędę. Polska to ja. Urodziłam się tam, wykształciłam, nabyłam mnóstwo doświadczeń. Zawsze będę wracać do Polski z chęcią i radością.
- Doskonale cię rozumiem, Rozalio, ale... - uniósł wzrok, by spojrzeć na rozgwieżdżone niebo. - Ja zostawiłem tam najgorsze wspomnienia. I to nie tak, że odwróciłem się od ojczyzny, kocham Polskę. Chcę tam wracać z Gabrysią, odwiedzać rodziców, przyjaciela. Chcę, by mała miała styczność z miejscem, w którym się urodziła. Tylko boję się, że nie potrafię uporządkować sobie życia. Nie wiem... Nie umiem pozbierać myśli. Gabrysia potrzebuje kobiecej ręki, ja to widzę i wiem. Jestem facetem i nie powinienem się tym usprawiedliwiać, ale nie mogę zastąpić jej matki. Chciałbym, ale nie rozumiem tak wielu rzeczy. Ona jest całym moim światem i pragnę robić dla Gabrysi wszystko. To trudne - westchnął i spojrzał mi w oczy.
- Feliks...
- Nie, przepraszam. Powinienem przestać się użalać.
- Hej, nie mów tak. Doskonale cię rozumiem i uważam, że jesteś silnym i rozsądnym facetem. Poznałeś mnie nie bez powodu, pamiętaj. Stałam się twoją przyjaciółką i chcę, byś o tym widział.. Obiecuję, że wesprę cię tak mocno, jak tylko będę mogła. Nie jesteś sam - czule poklepałam go po ramieniu.
- Bardzo ci dziękuję - uśmiechnął się z wyraźną ulgą. - To wielki dar, że taka kobieta jak ty, zamieszkała obok mnie.
- Nie przesadzaj - uśmiechnęłam się. - Ja po prostu bardzo cię lubię i nie pozwoliłabym na to, żebyś się złamał. Nie możesz. Ty jesteś świetnym artystą, musisz działać. Świetnym człowiekiem.
Uśmiechnął się szczerzej, a w jego oczach zagościła wdzięczność. Był całkowicie szczery, co niezmiernie ceniłam. Pragnął otworzyć się przede mną, by przedstawić ważny odcinek swojego życia. Nie bał się ukazać słabości, która była przecież przypisana gatunkowi ludzkiemu. Przyznawał się do niej i nawet zaprosił mnie do swojego serca - skarbnicy uczuć i doświadczeń. Możliwe, że nieświadomie, ale jednak. Uznałam, że właśnie tego chciał. Pragnął, bym stała się świadkiem jego przeżyć. Nic dziwnego, w końcu kto chciałby być sam? Sam mimo otaczających ludzi. Czasami człowiek czuje na sercu ciężar, który nie pozwala mu normalnie funkcjonować. Wtedy burzy się cała harmonia, dobra rutyna, którą ludzie wyrabiają sobie na przestrzeni czasu.
- Warto pamiętać, że jesteśmy stworzeniami stadnymi i to normalne, że potrzebujemy siebie nawzajem - wypowiedziałam myśl na głos.
- I to taka propozycja, że chcesz tworzyć ze mną stado? - uniósł brew.
- Głupek - roześmiałam się. - Ale tak, coś w tym stylu.
***
Do mieszkań wróciliśmy w świetnych humorach. Dzisiejszy wieczór zaliczyłam do bardzo udanych. To właśnie on zapoczątkował szereg ważnych, wręcz przełomowych wydarzeń w moim życiu. Wahałam się, czy tym wydarzeniem nie była pierwsza nocna rozmowa z Feliksem na korytarzu albo w ogrodzie, gdy przyłapałam go na gorącym uczynku. Jednak szybko doszłam do wniosku, że nie. Wiadomo, że gdyby nie te śmieszne, może wręcz absurdalne sytuacje nigdy byśmy się do siebie nie zbliżyli. Pojawia się tu jednak bardzo ważny szczegół - proces poznania. Nie chodzi o moment, w którym zobaczyliśmy się po raz pierwszy. Wtedy nawet nie podaliśmy sobie ręki, a zamiast tego wygłosiłam Feliksowi krótką, ale ostrą reprymendę. Wymiana kilku zdań, spojrzeń i niepewne ruchy - nic więcej. Proces poznania jest długi i niełatwy. Wymaga wysiłku i zaangażowania obu stron. Myślę, że wszystko zaczęło się od naszych chęci. W dniu, w którym spotkałam Gabrysię i zobaczyłam obrazy Feliksa, poznałam część jego historii. Nie zaprzeczam, że po tym zdarzeniu, zapragnęłam wniknąć głębiej w życie mojego nowego znajomego. To nie tak, że chciałam wejść z buciorami w nie swoje sprawy. Po prostu osoba Feliksa bardzo mnie zaciekawiła i nie ukrywam, że zainspirowała. Oboje mieliśmy artystyczne dusze i odbieraliśmy świat w nieco inny sposób niż pozostali i właśnie to zobaczyłam w obrazach Feliksa. Delikatność, wrażliwość i subtelność towarzyszyły każdej z jego prac. Mimo że to były zwykłe pejzaże, miały w sobie coś wyjątkowo. Nic dziwnego, że włoski klimat przyciągnął Feliksa w te strony. Przyciągnął i mnie, ale czy z tego samego powodu? Wszyscy idą własnymi ścieżkami, wytyczają sobie różne cele, a mimo to, prędzej czy później i tak trafiają na siebie. Niektórzy nazwaliby to magią, ale nie ja. Tak już jest, los wypisał każdemu z nas zadania, miejsca, a nawet ludzi. Niesamowite, czasami nie takie jak chcemy, ale mimo to piękne.
Moje życie zmieniało się z każdym dniem spędzonym w Asyżu. Stwierdziłam, że zaczęłam całkiem nowy rozdział, a stary pozostawiłam daleko za sobą. Czy miałam żal? Nie, byłam naprawdę szczęśliwa. Tęskniłam, ale ze świadomością, że w każdej chwili mogę przyjechać do Polski i odwiedzić moje ukochane zakątki czy też po prostu dom rodzinny. Co najważniejsze: przestałam czuć się samotnie. Znacznie zbliżyłam się do Feliksa, staliśmy się świetnymi przyjaciółmi. Gabrysia też była mi bliską, traktowałam ją jak członka rodziny. Poznałam wielu sympatycznych włochów, z którymi zawarłam dłuższą znajomość. Znalazłam sobie świetną pracę, która odpowiadała mi w stu procentach. Poza tym wciąż pisałam. Pasja była czymś, co nieustannie pchało mnie do przodu. W pisaniu odnajdywałam siebie, a dodatkowo dawałam upust emocjom. Gdyby ktoś zapytał, jaki jest mój sposób na życie, odpowiedziałabym: "właśnie taki".
Zdałam sobie sprawę z wielu ważnych rzeczy. Poukładałam w głowie sporo spraw, które męczyły mnie od dawna. Wyciszyłam się, zmieniłam nastawienie do ludzi i świata. Zaczęłam jeszcze mocniej żyć i chłonąć piękno, w zamian oddając dobro. Nauczył mnie tego sam Feliks, a dokładnie jego dziecięca niewinność. Dużo pisałam, oddawałam się pracy, podróżowałam, spacerowałam i w końcu dużo rozmawiałam. Nauczyłam się, że to nie grzech błądzić i pytać, bo życie będzie uczyć nas aż do końca. Nabrałam dystansu do siebie i życia. Wreszcie zrozumiałam, że nie trzeba być perfekcyjnym, bo to nawet niemożliwe. W pełni pokochałam moje życie. Chciałam zmieniać siebie na lepsze, uczyć się nowych rzeczy i dawać innym wszystko co najlepsze. Dlatego stwierdziłam, że pomogę Feliksowi wypromować się we Włoszech. Jego prace były świetne, więc czemu miałby nie spróbować? Początkowo spierał się ze mną i nie chciał skorzystać z pomocy, twierdząc, że jeśli komuś się spodobają, to po prostu je kupi. Ja natomiast ciągle powtarzałam, że nie o to chodzi. Feliks zasługiwał na uznanie, na własną wystawę w galerii sztuki. Dlatego nie zważając na jego protesty, starałam się rozpowszechnić obrazy.
Jeśli chodzi o moje prace, nie musiałam się niczym martwić. Prężnie mi szło, cieszyłam się niemałą popularnością, nawet tu, wśród Włochów. Nie brakowało mi natchnienia, w końcu miałam wspaniałe źródło, z którego czerpałam całą wenę. Tym źródłem był Feliks i oczywiście sam Asyż. Moja miłość do tego miasta wcale nie słabła, wręcz rosła z każdym dniem. Nigdy mi się tu nie nudziło, na każdym kroku odkrywałam nowe rzeczy. Byłam tak pochłonięta pracą i ludźmi, że słowo "nuda" przestało istnieć. Cały czas się rozwijałam, starałam się, by moja praca nie szła na marne. Przede wszystkim próbowałam pisać lepiej, mówić o tym co istotne. Pragnęłam widzieć efekty, ale żeby inni również dostrzegali zmiany.
Trudno jest w krótki sposób opisać przygody związane z Asyżem, mogłabym napisać o tym książkę. Zapewne to zrobię. Wspomnieć o tym, jaki wpływ na moje życie wywarła przeprowadzka do tego miasta. Jedno jest pewne: bardzo duży. Doskonale wiedziałam, że tu zaczęło się coś nowego. Coś bardzo ważnego. Drugie życie w Asyżu.
***
Pewnego wyjątkowo gorącego poranka spotkałam Feliksa na pobliskim targu. Wraz z Gabrysią robił zakupy, zapewne wybierając produkty na obiad. Swoją drogą warto wspomnieć, że mój przyjaciel był świetnym kucharzem. Niestety całkiem siebie nie doceniał, mówiąc, że wszyscy gotują lepiej. Oczywiście uważałam inaczej, uwielbiałam jego kuchnię. Wiedział o tym, dlatego często zapraszał mnie do siebie na kolację, a ja nigdy nie odmawiałam. Zresztą jedzenie to nie wszystko, przepadałam za towarzystwem Feliksa i młodej Gabrieli.
Słońce pospiesznie ciągnęło się ku górze i jakby z tego wysiłku wysyłało do nas więcej ciepła. Tego dnia gorące promienie bezlitośnie zalewały cały Asyż. Nie wiedziałam, co mogłabym przy tym zrobić. Miałam wolny dzień, ale pisanie nie wchodziło w grę. Dopadło mnie całkowite lenistwo, które zapewne spowodowane było upałem. Obudziłam się o świcie, gdyż promienie słoneczne wtargnęły do sypialni bardzo wcześnie i nie dawały mi spać. Pomyślałam zatem, że to znak. Znak, aby wykorzystać ten dzień jak najlepiej. Nie miałam wystarczająco dużej weny do pisania, dlatego postanowiłam, że dzisiaj zrobię coś całkiem innego. Nie wiedziałam dokładnie co, ale czułam, że propozycja sama rzuci mi się pod nogi. Kiedy więc dostrzegłam moich znajomych na placu targowym, stwierdziłam, że to właśnie oni mogą zwiastować ciekawy dzień.
- Witam was - podeszłam, szeroko się uśmiechając. - Jak mija poranek?
- Rozalkaaa - Gabrysia rzuciła się na mnie z objęciami, więc mocno ją przytuliłam.
- O, dzień dobry, Rozalka - Feliks niemal natychmiastowo przeniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się.
- Co tam dzisiaj szykujecie na obiad?
- Gabrysia ma ochotę na racuchy, więc szukam idealnych jabłek.
- No, tak - zachichotałam. - Musimy pielęgnować polską kuchnię.
- No, ba. To znaczy wiesz... Lubimy spaghetti i pizzę, ale faktycznie nic nie zastąpi bigosu, gołąbków czy też białego barszczu.
- Zgadzam się - rzuciłam okiem na poustawiane pod parasolem kosze z owocami i warzywami.
- A ty co planujesz?
- Właśnie nie wiem, dzisiaj jestem tak bardzo niezdecydowana, że szkoda gadać.
- W takim razie przyjdziesz do nas na racuchy i jarzynową - Feliks pstryknął palcami.
- Ojj, daj spokój, bo w końcu się do was wprowadzę - wybuchnęłam śmiechem.
- Taaak! - wrzasnęła Gabrysia.
- Widzisz? Nawet Gabrysia jest za tym pomysłem.
- Jak ja was uwielbiam - zachichotałam. - No, dobra. W takim razie muszę pomyśleć, jak się za to wszystko odwdzięczę.
Rozmawialiśmy dłuższą chwilę, stojąc przy jednym ze straganów. W między czasie zrobiłam zakupy, podczas których Feliks pomógł mi się zdecydować.
W pewnym momencie Gabrysia oznajmiła, że chce podejść do jednego ze sklepów, bo coś przykuło jej uwagę. Feliks zgodził się, ale dodał, żeby nigdzie indziej się nie kierowała i żeby zaraz wróciła. Gabrysia była mądra i roztropną dziewczynką, w dodatku świetnie wychowaną. Nie dziwiłam się, że Feliks ufał jej w podobnych sytuacjach. Mimo to mimowolnie nie spuszczałam dziewczynki z oczu. Martwiłam się, bo świat nie jest bezpieczny nawet tu, w pięknym Asyżu.
Zaczęliśmy rozmawiać właśnie o Gabrysi - wesołej, brunetce z uroczą grzywką i błękitnymi oczami. Całkowite przeciwieństwo Feliksa, ale tylko z wyglądu. Z charakteru, zachowania, a nawet ruchów byli do siebie podobni jak dwie krople wody. Feliks kochał Gabrysię nad życie, w końcu stanowiła sens jego życia. Lubił o niej mówić, a ja chętnie słuchałam. Sama pokochałam tę uroczą dziewczynkę. Może to tylko przeczucie, ale zdawało się, że zbliżyła nas do siebie jeszcze bardziej.
- I wiesz, ona bardzo cię lubi - powiedział nagle i uśmiechnął się.
- A ja ją, bardzo. Jest przecudownym dzieckiem. Nic dziwnego, ma w końcu świetnego ojca.
- Tak myślisz?
- To jest oczywiste. Nie łam się, Feliks. Wszystko będzie dobrze, ja was wspieram, pamiętaj.
- Dzięki, Rozalka, naprawdę. Moje życie zmieniło się na o wiele, wiele lepsze, gdy cię poznałem. Jestem ci tak bardzo wdzięczny - czule mnie przytulił.
- Ale nie ma o czym mówić, jesteś dla mnie ważny. Zresztą nawzajem, bo ty też sprawiłeś, że wiele rzeczy się zmieniło - wtuliłam się.
Nagle obok nas z powrotem pojawiła się Gabrysia. Kiedy radośnie krzyknęła, oboje z Feliksem wzdrygnęliśmy się, a następnie odsunęliśmy od siebie. Spojrzeliśmy na nią zdziwieni, a mój przyjaciel najwyraźniej chciał o coś zapytać, jednak ona od razu jęła mówić. Okazało się, że dzisiejszego wieczoru organizują w parku rodzinny festyn. Wydarzenie jest otwarte, więc może przyjść każdy. Dziewczynce bardzo się to spodobało. Od razu mi to zaproponowała i zaprosiła, a ja się nie wahałam. Postanowiłam, że pójdziemy tam razem.
- Tatooo, proszę!
- No, dobrze - roześmiał się Feliks. - Pewnie, że możesz.
- Pójdziesz z nami?!
- Pewnie - poczochrał jej czarną czuprynkę, a następnie spojrzał na mnie z uśmiechem.
Zadowolona odwzajemniłam uśmiech. Właściwie to sama miałam ochotę iść na ten festyn, dawno nie uczestniczyłam w podobnych zabawach. Zresztą byłam ciekawa, jak to wyglądało we Włoszech. W Polsce panuje inny klimat, inne obyczaje i tradycje. Zawsze ciekawiły mnie obce kultury, a to była świetna okazja do lepszego zaznajomienia się z jedną z nich. Spędziłam we Włoszech już sporo czasu, wchłonęłam duży kawałek historii, jednak to nie to samo co obserwowanie włoskich rodzin na zabawie.
***
Cały dzień byłam podniecona wieczornym wydarzeniem. Przed wyjściem wpadłam w tak radosny nastrój, że aż zaczęłam tańczyć. Zupełnie, jakbym cofnęła się w czasie i poznawała wszystko od nowa, a to sprawiało mi niesamowitą frajdę. Cieszyłam się w taki sposób, w jaki raduje się dziecko. Oczekiwałam czegoś całkiem nowego, fascynującego i po prostu pragnęłam przygód. Co ciekawe, nastawiałam się na to od rana, więc coś było na rzeczy.
Ubrałam czerwoną, zwiewną sukienkę, ułożyłam włosy, a na końcu użyłam perfum. Wieczór wciąż był gorący, dlatego postawiłam na wygodę. Mimo to zadbałam, żeby wyglądać ładnie i kobieco. Kiedy zerknęłam w lustro, aby sprawdzić końcowy efekt, coś sobie uzmysłowiłam. "Wybieram się na festyn rodzinny... Idziemy tam w trójkę... Przecież będziemy wyglądać jak... rodzina" - pomyślałam. Zaraz potem machnęłam ręką i sięgnęłam po torebkę. Co z tego? Nikt nie zwróci uwagi, a priorytetem jest dobra zabawa. Ostatni raz przeczesałam dłonią włosy, wygładziłam sukienkę i wyszłam. Akurat zobaczyłam, jak Feliks i Gabrysia wychodzą z mieszkania. Od razu uchwyciłam spojrzenie mojego przyjaciela, chyba był pod niemałym wrażeniem. Zawstydziłam się, bo nie zrobiłam nic, by wyglądać "niesamowicie", a jednak zauważyłam, że Feliksowi najbardziej podoba się prostota.
- Witamy znowu - powiedział. - Wyglądasz olśniewająco, Rozalio.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się szeroko. - Za to wy wyglądacie niesamowicie olśniewająco
Podeszłam do dziewczynki, żeby wziąć ją na ręce i mocno przytulić.
- Gotowa, smyku? - musnęłam jej policzek.
- Taak!
- To w drogę - zadecydował Feliks.
Wyszliśmy z budynku i ruszyliśmy w stronę pobliskiego parku. Moim towarzyszom również dopisywał humor, bo przez cały czas byli uśmiechnięci i radośni. Wygłupiali się i zaczepiali. Oboje tryskali energią, co napawało mnie szczęściem. Martwiłam się o nich, pragnęłam, by zawsze byli zdrowi i szczęśliwi.
Kiedy doszliśmy do parku, zabawa już trwała. Słychać było muzykę, wokół biegały dzieci, dorośli żywo dyskutowali, a młodzież porywała smakołyki ze stołów. Na jednym ze stanowisk urządzono pokaz baniek mydlanych, na innym karaoke, a jeszcze dalej grano w gry planszowe. Nie sposób zliczyć tych wszystkich atrakcji, ale jedno było pewne: festyn został bardzo dobrze zorganizowany.
- To co najpierw? - zapytał Feliks.
- Mogę zobaczyć bańki?
- Jasne, Gabi, co tylko zechcesz.
Usatysfakcjonowana dziewczynka wyciągnęła do nas rączki, dlatego oboje chwyciliśmy jej dłonie. Następnie podeszliśmy do stanowiska, w którym pani wykonywała przeróżne sztuczki za pomocą baniek mydlanych. Przystanęliśmy na dłużej, aby przyjrzeć się owej specyficznej profesji. Co jakiś czas zerkałam na Gabrysię, która najwyraźniej była zachwycona. W pewnym momencie przeniosłam wzrok na Feliksa, który spojrzał na mnie w tym samym momencie. Uśmiechnęliśmy się, bo chyba oboje poczuliśmy, że zapamiętamy ten wieczór na długo.
Szaleństwo trwało przez cały czas, wszyscy doskonale się bawiliśmy. Gabrysia poznała nowe koleżanki i mimo że trudno było się im porozumieć, bariera językowa nie stanowiła żadnej przeszkody. Przyjemnie się obserwowało, gdy młode dziewczynki wygłupiały się, hasając po całym parku. Przy okazji razem z Feliksem poznaliśmy rodziców tych młodych dam. A kiedy skończyliśmy rozmowę i dziewczynki również się rozeszły, poszliśmy skorzystać z kolejnych rozrywek. Wybór Gabrysi padł na ogromną, dmuchaną zjeżdżalnię. Och, ile miała z niej frajdy! Wyskakała się, wyszalała, a nawet wytańczyła. Feliks zrobił mnóstwo zdjęć, podczas gdy mała zabawiała się na owej konstrukcji.
Kiedy zgłodnieliśmy, podeszliśmy do poustawianych rzędami stołach. Wybór był naprawdę duży: ciasta, ciasteczka, babeczki, galaretki, budyń, poncz, a jeszcze dalej kiełbaski z grilla i tosty. Ja skusiłam się na babeczkę czekoladową, Feliks oczywiście poprosił o kiełbaskę, a Gabrysia poczęstowała się galaretką cytrynową.
- I jak ci się podoba festyn? - zwróciłam się do dziewczynki, strzepując okruszki z ust.
- Jest cudownie, naprawdę cieszę się, że przyszliśmy. To najlepszy wieczór w moim życiu! - zawołała.
- To w takim razie czuję się szczęśliwa - uśmiechnęłam się szeroko.
Spojrzałam na Feliksa, który przyglądał mi się z wdzięcznością. Lekko wzruszyłam ramionami na znak, że przecież nie robię nic szczególnego. To normalne, że mi na nich zależało, byli mi bliscy jak rodzina.
- Dobra, napijmy się ponczu i chodźmy tańczyć! - Gabrysia skinęła na przygotowany parkiet. - Zamawiam taniec z Rozalką!
- Zgoda! - roześmiałam się.
Szybko dopiliśmy napoje, po czym ruszyliśmy w stronę tańczących, rozbrykanych ludzi. Muzyka głośno rozbrzmiewała, a ja dosyć prędko wczułam się w klimat. Porwałam Gabrysię na ręce i zaczęłam się kręcić. Zaraz potem podrzuciłam ją parę razy, a dziewczynka za każdym razem wydawała z siebie radosne okrzyki. Zabawy było co nie miara, miałyśmy naprawdę świetny ubaw. Kiedy z powrotem postawiłam Gabrysię na ziemię, złapała mnie za ręce i zrobiła wspaniały piruet. Zaczęłyśmy się poruszać w rytm muzyki, skacząc i klaszcząc na przemian.
Mimo że zapomniałyśmy o czasie, to czas bezlitośnie pamiętał o nas. Nieustannie pędził do przodu, wiec powoli zaczęło się ściemniać. Słońce chyliło się ku horyzontowi, zmęczone zabawą najwyraźniej postanowiło udać się na spoczynek. Ja jednak wciąż tryskałam energią, Gabrysia również nie chciała kończyć zabawy.
Tańczyłyśmy naprawdę długo, ale w końcu rozbolały nas nogi. Poza tym obie odczuwałyśmy niemiłosierne pragnienie. Kiedy schodziłyśmy z parkietu, nagle uchwyciłam spojrzenie Feliksa. Przez cały czas wsparty o drzewo przyglądał się nam z szerokim uśmiechem na ustach. Zauważyłam coś jeszcze... Zupełnie jakby... Lśniły mu oczy. Był wzruszony.
- Nie chwaliłaś się, że jesteś niesamowitą tancerką - powiedział, gdy podeszłyśmy do niego.
- Bo nie jestem - zachichotałam.
- Wiem, że moja córka szaleńczo cię wymęczyła, ale mógłbym prosić o jeden taniec? - wyciągnął dłoń w moim kierunku.
- Oczywiście - uśmiechnęłam się szeroko.
Akurat, gdy poszliśmy zatańczyć, rozbrzmiała spokojna piosenka, idealnie nadająca się do wolnego. Chyba oboje nie czuliśmy skrępowania, mimo że musieliśmy się do siebie znacznie zbliżyć. Byliśmy rozluźnieni i cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów, cały czas patrzyliśmy sobie w oczy.
- Patrzyłeś na nas tak czule... Z taką troską - powiedziałam nagle.
- Kiedy?
- Kiedy tańczyłyśmy.
- Och... Po prostu tak patrzyłem i myślałem o tym wszystkim... Jak obie jesteście dla mnie ważne... Ty... Jak zmieniłaś moje życie.
- Mogę powiedzieć dokładnie to samo, Feliks.
Przysunął się jeszcze bardziej, tak że poczułam na sobie jego ciepło. Uśmiechnął się, zerkając w stronę Gabrysi, która właśnie tańczyła z nowo poznaną koleżanką. Już wiedziałam, dlaczego nie mogłam doczekać się tego festynu. Zrozumiałam, czego cały czas oczekiwałam. Znowu ni stąd, ni zowąd pojawiłam się w magicznej bańce mydlanej. Wcześniej nie miałam czasu na rozważania, ciągle coś się działo: głośno grała muzyka, panował gwar, korzystaliśmy z dziesiątek rożnych rozrywek. Pojęłam, co jeszcze zmieniło się w moim życiu, a dokładnie co zmieniło się we mnie samej. Pojawiły się uczucia. Serce zaczęło mocniej bić, stałam się radośniejsza. Zyskałam coś nowego, coś bardzo ważnego. Mianowicie powód do wstawania każdego dnia z szerokim uśmiechem. Zakochałam się. Za każdym razem, gdy patrzyłam w te piwne oczy, odnajdywałam w nich swoją historię. Za każdym razem zagłębiałam się w naszą wspólną opowieść, która zaczęła się pewnej feralnej nocy. Czasami przypadkowe sytuacje dają początek wspaniałym relacjom. Kiedy z nim tańczyłam, nagle wszystko ucichło i ustąpiło miejsca bezgranicznemu szczęściu, które samo w sobie powodowało hałas. Doskonale słyszałam bicie naszych serc, a kiedy Feliks znowu spojrzał mi w oczy, również wiedział. Oboje nie chcieliśmy, aby ta chwila dobiegła końca.
- Kiedy na was patrzyłem - powiedział nagle. - Zrozumiałem, że oboje cię potrzebujemy. Kocham cię.
Wzruszenie odebrało mi mowę, jednak szybko wygrałam ze łzami. Uśmiechnęłam się i odparłam:
- Ja ciebie też.
W tym momencie nachylił się i złożył na moich ustach czuły pocałunek. Bez namysłu odpowiedziałam tym samym i wtuliłam się w niego. Objął mnie delikatnie, ale stanowczo i pocałował w czubek głowy. Zamknęłam oczy i zobaczyłam pewien wspaniały obraz. Mnie i Feliksa siedzących na kanapie w salonie. Pochylona nad zeszytem pracuję nad nową książkę, zaś Feliks z jednym pędzlem za uchem, z drugim w dłoni ustawia przed sobą sztalugę z płótnem. Unoszę wzrok, by przez chwilę obserwować jego spokojne i pewne ruchy. Patrzę, jak lekko przesuwa pędzlem po tkaninie, robi to z pasją, zapomina o całym świecie, ale nie o nas. Spogląda na mnie, uśmiecha się, następnie przenosi wzrok na swoją uroczą córeczkę, odrabiającą lekcje przy stoliku. Przez chwilę trwa pogrążony w zadumie, jednak zaraz wraca do pracy.
Otworzyłam oczy i znów usłyszałam muzykę. Spojrzałam na Feliksa i wpiłam się w jego usta, a on natychmiast odwzajemnił pocałunek. Czułam się wolna i szczęśliwa. Nie musieliśmy nic mówić, słowa znów stały się zbędne. Oboje wszystko rozumieliśmy. Pragnęłabym być w jego ramionach cały czas, wdychać zapach osoby, którą kocham.
Nagle podbiegła do nas Gabrysia.
- Tato! - zawołała. - Pocałujcie się jeszcze.
Spojrzeliśmy na siebie i głośno się roześmialiśmy. Bałam się reakcji Gabrysi, w końcu ona była najważniejsza. Zbyt wcześnie straciła mamę, więc mogła nie być gotowa na to, by jej tata znalazł sobie kogoś nowego. Poczułam więc ogromną ulgę, gdy zobaczyłam radość w oczach dziewczynki. Na jej prośbę pocałowaliśmy się krótko, ale czule.
- To co? Wracamy do domu? - zapytał Feliks. - Późno już, młoda damo. Na pewno jesteś zmęczona.
- Tak, możemy już wrócić - złapała nas za dłonie. - Razem.
- Razem - potwierdziłam i ruszyliśmy w stronę mieszkania.
***
W życiu nie spodziewamy się tak wielu sytuacji, zjawisk czy ludzi, a los stale nas zaskakuje. Często przewraca nasze życie do góry nogami, irytuje i wytrąca z równowagi. Krzyżuje wszystkie plany, zmienia kierunek drogi, którą od dawna kroczymy. Denerwujemy się, bo nie wiemy, że tak właśnie ma być. W trudnych chwilach raczej nie myślimy racjonalnie, że akurat to wyjdzie nam na dobre. Potem znowu wszystko się zmienia i stabilizuje. Czasem należy czekać. Owszem, długo czekać, ale pytanie jest następujące: czy nie warto? Myślałam, że moje życie już na zawsze takie pozostanie. Byłam pewna, że nigdy nie poznam bratniej duszy i zostanę sama z piórem i tysiącami myśli. Zawsze marzyłam o kimś, kto to zrozumie i wysłucha. O kimś, kto będzie chciał słuchać i wymieniać się swoimi spostrzeżeniami. Feliks tego pragnął. Kochał mnie, a ja kochałam jego. Nikt nie spodziewał się, że nasze losy tak się potoczą. Zaprosił mnie do swojego życia, mimo wielu ran, zaufał. To dobrze, bo chciałam uczynić Feliksa najszczęśliwszym człowiekiem. Feliksa i jego córkę, Gabrysię, którą również pokochałam całą sobą. Byłam szczęśliwa, że mnie zaakceptowała, a nawet bardzo polubiła. Wkrótce staliśmy się z Feliksem małżeństwem, stanęliśmy na nowej wspólnej drodze. Zaszłam z nim w ciążę i pojawił się kolejny powód do wstawania każdego dnia z uśmiechem. Powód do walki z wszelkimi trudnościami. Miłość to właśnie to uczucie, którego od dawna potrzebowałam, a niepostrzeżenie pojawiło się w moim życiu. Założyłam rodzinę, spełniałam się, robiłam to, co kocham. Z całkowitą pewnością mogę powiedzieć, że ułożyłam własną definicję szczęścia. Odnalazłam brakującą część do układanki, a ta część nazywała się "miłość".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zachęcam do dyskusji i komentowania. Będę wdzięczna za każde słowo. Pamiętajcie, że robię to dla was i wszelka opinia jest bardzo mile widziana.

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X